Z pracy późno, znowy 17:00 złapana, masakra. Lamki odpalone i lecę, spieszy mi się nieco, ma wpaść qmpel, będzie okazja pogadać chwilę, może napić się piwa i/lub wody mineralnej. Na drogach względny spokój, jedzie się dość przyzwoicie, jedynie zatrzymują mnie 3 światła 1 w Gliwicach i 2 w Rudzie Śląskiej. Paskudny wiatr strasznie przeszkadaza, mam go najczęściej z boku, podmuchy dają się we znaki. Już w domu zaglądam na new.meteo.pl - jutro będze pięknie. Być może pojawią się pierwsze przymrozki, muszę przygotować ochraniacze na nogi :)
Po wymianie klocków hamulce działają jak powinny :), w normalnych warunkach powinny starczyć na 5000-7000km, chyba, że znowu trafi się wypad w ulewie po błocie i kałużach ;P
Fotka zastępsza ze skansenu z Parku Śląskiego sprzed ok 6 lat, zastanawiam się czemu tam nie trafiłem w tym roku, tym bardziej, że lubię skanseny.
Wstaję o 6:00 - za oknem ciemnica, nie podoba mi się to, ale i tak trzeba zacząć się zbierać, szybkie śniadanie i... wypad z baru ;P Na zewnątrz rześko, nawet bardzo, ubrany jestem nieco cieplej, nie ma co przeginać, już raz walczyłem z przeziębieniem, a dalej coś mnie męczy. Tyle, że głupio by było tak po prostu odpuścić, nie jechać...., bez sęsu....
Zatrzymuje mnie malowniczy poranek pod Kochłowicami, grzechem byłoby tego nie sfocić.
Powrót z pracy dośc późno, przyznam się, że nie mam pojęcia czemu tak, czas jakoś mi uciekł i zanim się zorientowałem było już po 17:00. Wyjeżdżam ok 17:20, włączam lampi - tak profilatycznie, gdyż zniemiły się dzisiaj przepisu odnośnie oświetlenia. Lepiej nie ryzykować, zawsze to 100zł w kieszenie :), a po drugie chyba lepiej by było mnie widać z daleka. Sama droga bez większych ekscesów, poszło gładko i szybko.
Rano zauażyłem, że coś dziwnie miękkie mam hamulce, nawet nie musiałem sprawdzać co się stało. :) Wystarczyło 50km w deszczu, piachu, błocie i klocki uległy całkowitej zagładzie, więc dzisiaj na szybko do sklepu po komplet nowych.
Na zdjęciu po prawej stary klocek, po lewej nowy - różnicę widać :)
Pierwszy wyjazd dopracowy w tym tygodniu, pogoda średnia, ale nia pada, nie leje jak wczoraj na Odysei. Drofga w zasadzie mignęła, specjalnie nie było nad czym się rozczulac, po prostu trzebab było lecieć i tyle... . Z domu wyjechałem znowu dość późno, w okolicach 7:20 ale nie czuję jakiegoś parcia. Wstając o 6:00 było jeszcze ciemno, a ja jednak wolę słońce, nienawidzę ciemnicy, lodu, śniegu a to wszystko czeka nas już niedługo.
Po wczorajszej Odysei czuję jeszcze lekkie zmęczenie, ale nie jest to zmęczenie fizyczne, to ustąpiło dość szybko, zresztą nie mogło być inaczej. Jednak pewnie miną 2-3 dni zanim zupełnie dojdę do siebie. Niemniej "imprezka" genialna, pomimo kilku drobnych potknięć organizatorów należy się wielki plus za przygotowanie, za fantastycznie miejsce, za tony ciastek, które pochłonąłem. Nie pamiętam kiedy tak obżarłem się ciasteczkami, ale cóż w końcu Balsen był jednym ze sponsorów :) więc trzeba było skorzystać.
W trakcie spotkania panował niesamowity klimat, co prawda byli zawodnicy którzy nastawiali się tylko na rywalizację, stosowali specjalne diety, napoje przygotowania, chodzili spać z kurami, ale chyba nie o to chodzi na takich spotkaniach. "My" siedzieliśmy do późna, była okazja aby pogadać o wszystkim, napić się piwa w miłym towarzystwie, a jeżeli ktoś miał parcie tylko na złoto, to cóż... .
Przeżyliśmy dwa zupełnie różne dni, pierwszy ciepły, suchy, gdzie jazda była przyjemnością, i drugi gdy lało od rana do wieczora, gdy do bazy wróciliśmy przemarznięci, przemoczeni, wymęczeni jazdą w błocie, w lepkim kiesielu leżącym na podjazdach, ścieżkach, oblepiający nasze buty spodnie, rowery. Po kilku godzinach jazdy przerzutki odmawiały współpracy, piasek i błoto było wszędzie.
Nie zmienia to fakty, że była to fantastyczna przygoda, piszę się na kolejną, kiedy? zobaczymy..., ale będę korzystał z okazji.
Kolejny dzień Odysei Jurajskiej, pogoda jest jednak różna od tej wczorajszej. W nocy lało, w chwili gdy otrzymujemy mapy i karty startowe deszcz znowu zaczyna padać. Kilka różnych prognoz i każda mówi co innego, jednak wszystkie twierdzą, że opady mają się skończyć w okolicach południa.
Ubieram się w wariancie mocno przeciwdeszczowym, kurtka + spodnie + 2 warstwy pod spodem, temperatura ma spadać. O 9:00 jest nieprzyjemnie, a ma być gorzej. Organizatorzy w trosce o nas skracają dzisiejszą trasę o 4 punkty i godzinę jeżeli chodzi o czas całego przejazdu. Niby dobrze bo będzie prościej, z drugiej strony patrząc na opisu i rozmieszczenie tych punktów to troszkę ich szkoda. Myślę, że przy jakiejś nadarzającej się okazji pojadę tam mimo to rekreacyjnie :). Przed wyjazdem analizujemy z Darkiem rozmieszczenie PK i nasz wybór pada na PK 2 – skrzyżowanie dróg leśnych, położony jest za kamieniołomem, a z mapy wynika, że prowadzą do niego co najmniej 3 drogi, wybieramy najkrótszą i jedziemy, tyle, że jakoś nikt z nas nie zastanowił się, że przejazd przez kamieniołom może być mocno utrudniony, a jedna z bocznych dróg jest jakaś taka niekompletna na mapie. Po dojeździe na wysokości wjazdu do okazuje się, że zasieki uniemożliwiają nam przejazd, odzywa się jednak ułańska fantazja i zastanawiamy się czy nie przeprawić się na przełaj przez chaszcze, bo tam gdzieś musi być droga. Na szczęście wczorajsza rozmowa z Bartkiem dała nam do myślenia i odpuszczamy, w końcu nie jesteśmy leśnymi skrzatami. Wycofujemy się i jedziemy asfaltem szerokim łukiem omijającym kamieniołom, robimy kilka km więcej, ale z dojazdem nie ma większego problemu. PK odnajdujemy szybko i sprawnie, więc lecimy dalej na PK 1 – Skrzyżowanie ścieżek – z tym punktem również nie mamy problemów, więc zadowoleni z osiągnięć, pchamy się na PK 4 – rów, i napotykamy pierwszy poważniejszy podjazd, niby asfalt ale rower toczy się po nim dość niemrawo. Sam punkt widoczny jest z kilkunastu metrów, więc odbijamy karty i pora na PK5. Na mapie nie wygląda to groźnie, jednak od zjazdu z szosy czeka na nas paskudny błotnisty podjazd, koła się ślizgają, tracą przyczepność, jest ciężko.
Chwila zastanowienia i już wiemy, że wszystkich PK nie zaliczymy, czas leci, odpuszczamy PK8 – Mostek i kierujemy się na PK 6 – Róg lasu ścieżka. Z PK 5 zjeżdżamy polną ścieżką i lądujemy na drodze prowadzącej do Głuchówki jednak na mapie nie ma pewnych oznaczeń i nie do końca wiemy gdzie wylądowaliśmy, ale kręcić trzeba więc jedziemy, po 2-3 km odnajdujemy się i możemy skierować rowery na właściwy szlak do PK6. Tam czekają na nas organizatorzy z poczęstunkiem.
Kilka ciastek i ruszamy dalej PK9 – drzewa na miedzy, lecimy po szosach, najkrótsza i najszybsza trasa, w ciągu kilku min jesteśmy na miejscu, podbijamy karty i kierujemy się na PK 7 – Pod skałą, wschodnia ściana. Podjeżdżamy od północy – inaczej niż większość uczestników, ale mamy podobne problemy jak reszta, na odszukanie PK tracimy dobre kilkadziesiąt min, po prosty za dużo skałem w okolicy, ale opis jest właściwy, to jest ściana wschodnia :).
Powoli kierujemy się w kierunku mety do zaliczenia pozostał już tylko jeden punkt – PK3 – Południowo wschodni róg polany. Jadąc drogą popełniamy dość poważny błąd nawigacyjny i gratis nadkładamy kilka km. Dojeżdżając na miejsce mści się to na nas niesamowicie, nie mamy czasu na szukanie PK. Wiemy, że jest w okolicy jednak metę zamykają za ok. 40 min, a przed nami jeszcze kilka ładnych km po terenie i szosach, z przewagą tych pierwszych. Olewamy PK, trudno, ale lepiej być klasyfikowanym, niż mieć zaliczone wszystkie PK i spóźnić się.
Na metę wpadamy w ostatniej chwili z kilkoma innymi spóźnialskimi bikerami, Ostatni kilometr to horror począwszy od tego, że przeciskaliśmy się pod szlabanami przejazdu kolejowego w Krzeszowicach pomiędzy jednym a drugim pociągiem. Obłęd. Chyba pierwszy raz coś takiego robiłem, ale maraton rządzi się swoimi prawami ;P.
W efekcie kończymy imprezę na 7 miejscu, nie jest źle, ale… Pogoda dała nam się dzisiaj mocno we znaki, nie miałem na sobie nic suchego, nawet plecak zaczął przesiąkać. Przeciwdeszczowe ubranie dało głównie tyle, że byłem chroniony od wiatru i błota.
W sumie niezła imprezka, świetne tereny, następnym razem będzie lepiej, przynajmniej miałem okazję zobaczyć jak to powinno działać, jak jeżdżą „zawodowcy”.
Z drugiej strony jechałem tam dla zabawy i ten cel został zrealizowany w 100%. Fantastyczny weekend, niezłe towarzystwo. Liczę na kolejne. Za 2 tyg. Harpahan :).
Minęła pierwsza noc na Sali, powoli wstajemy, do bazy w między czasie nadciągają kolejne hordy bikerów. W sumie zbiera się nas ponad 100, mało, ale i całkiem sporo, to już nie jest kameralne spotkanie, zapowiada się niezła przepierducha. Prognoza na Sobotę jest rewelacyjna temperatura pomiędzy 18-22 stopniami, bez opadów i innych niespodzianek. Jedziemy na krótko :). Wraz z Darkiem jedziemy w parze jako DarkRiders. Chwilę przed startem na odprawie technicznej dostajemy mapy (zdjęcie zrobiłem już po powrocie), analizujemy punkty i …
postanawiamy jako pierwszy zaliczyć PK 25 – Krzyż, dojazd jest w większości po szosie, więc nie powinno być problemu z dojazdem, dopiero w Miękini odbijamy w teren, kolejne poziomice dają się we znaki, ale jeszcze się nie rozgrzaliśmy, później pewnie będzie lepiej. Na dzień dobry zaliczamy drobnego Zonka, szukamy PK nie tam gdzie jest zaznaczony, wydaje nam się, że powinien być 100m wcześniej, na szczęście po chwili inni bikerzy naprowadzają nas na odpowiednie miejsce.
Nie tracąc zbyt dużo czasu lecimy na kolejny punkt 21 – Skrzyżowanie dróg (ktoś się nieźle wysilał przy nazywaniu tych punktów, 60% jest pisana jako skrzyżowanie dróg), z tym punktem nie ma specjalnego problemu, lampion pomimo, że poza ścieżką, jest widoczny z daleka.
Nie namyślając się wiele ruszamy w kierunku miejscowości Płotki gdzie czeka na nas kolejny punkty – PK 20 – Skrzyżowanie dróg :), chwila nieuwagi i skręcilibyśmy nie tam gdzie powinniśmy, na szczęście jest nas dwóch i możemy korygować nawzajem swoje błędy.
Odbijamy perforatory na kartach i ruszamy w dalszą drogę, nie ma co się rozczulać, czas jest mocno limitowany, a punktów jeszcze sporo przed nami. Jedziemy terenem na PK 19 – źródło, miejsce jest dość ciekawe, urokliwe, robi wrażenie, jednak skrzyżowanie i oznaczenia chwilami Są mylące. Zabija tzw. ścieżka rowerowa, gdzie końcówka to ścianka z korzeniami. Pamiętając moje doświadczenia sprzed tygodnia wolę zejść z rowera i zwyczajnie zejść.
Kolejny PK 18 – Skrzyżowanie dróg na dawnej pustyni Starczynowskiej, dość dziwne miejsce, jednak ścieżka jest idealna, płaska jak stół, w obie strony jedzie się szybko przyjemnie i bez zbędnego marudzenia.
Do tego PK mieliśmy z grubsza rozrysowaną trasę, teraz musimy zdecydować co dalej…, czas ucieka, mamy świadomość, że nie zaliczymy wszystkich PK, najbliżej jest PK 17 – więc tam się kierujemy, w między czasie odwiedzamy jeszcze jeden PK, wodopój powoli mi wysycha, muszę uzupełnić baki i wizyta w sklepie jest jak najbardziej wskazana.
Wchodząc do sklepu, sprzedawczyni rozbraja mnie pytaniem – „Czy pana kolega jest z bractwa rycerskiego?” Nie wiem o co jej chodziło? O to, że przyjechał na białym koniu, czy chciała zasugerować coś zupełnie innego? Hmmm.
10 min odpoczynku na przysklepowej ławeczce daje nam pozbierać myśli, ustalić kolejne PK do zaliczenia, ale też posilić się. Banany, jabłka + kola robią swoje, odzyskujemy energię i możemy gnać dalej.
PK 17 – Skrzyżowanie drogi i przecinki - nie sprawił nam żadnego problemu, szubko odbijamy się i ruszamy na PK16 – skrzyżowanie ścieżek. Niby wszystko idzie ok, ale…
Jedziemy drogą, której nie ma na mapie, widać, że jest nowa, oj… chyba chwilę zajmie nam odnalezienie tego PK. Pochylamy się nad mapą i wygląda na to, że „ta” droga odbija za bardzo na południe, więc wjeżdżamy w najbliższą ścieżkę odbijającą na północ i wjeżdżamy w las, tam już ścieżkami docieramy do poszukiwanego przez nas PK. Szczęśliwie jest dobrze widoczny, więc nie tracimy czasu i kierujemy się na PK15 – róg młodnika. Panorama rozpościerająca się z tego miejsca rozbraja nas, wygląda to fantastycznie, brakuje tylko piwa…, ale w końcu prowadzimy rowery i wydmuchanie czegoś na alkomacie mogłoby się skończyć wizyta w więzieniu. Lepiej nie ryzykować ;P
Nie możemy zostać zbyt długo, jedziemy dalej na PK23 – Skałka południowe podnóże – na miejscu mamy drobny problem, podjeżdżamy od strony północnej i skałek jest zdecydowanie więcej, na odszukanie PK tracimy dobre 30 min.
Spoglądamy na zegarki, czasu zostało niewiele, nie zaliczymy wszystkich PK, olewamy PK 22 – Skraj lasu i pędzimy na nasz ostatni PK 24 – Droga Leśnia – znajdująca się w pobliżu wielkiego kamieniołomu. Na miejsce prowadzi żółty szlak, miejscami z buta jest trudny doprze bycia, koleiny „głazy”, błoto, woda mocno ograniczają naszą prędkość. Jednak widoki rekompensują naszą męczarnię…., jest po prostu pięknie.
Ścieżkami leśnymi docieramy do Dębnika, byliśmy tu wczoraj, więc obieramy właściwy kierunek i lecimy na metę. Na więcej PK nie ma czasu, a szkoda, żal mi jest Doliny Szklarki i Będkowskiej, byłem tam jakieś lata temu i wiem, że trasa jak i widoki są genialne…. . W czasie gdy organizatorzy analizują wyniki, możemy zająć się małym after party, jednak wszyscy jesteśmy mocno zmęczeni i nieco po północy kończymy zabawę i każdy ląduje w swoim śpiworze.
Jutro czeka nas ciężki dzień, prognozy na niedzielę nie są zachęcające.
Jest piątek, dzisiaj nietypowo, mam wolne, musze się przygotować do wyjazdu na Odyseję Jurajską do Krzeszowic, po kilku rajdach których brałem udział, apetyt na kolejne wyzwania rośnie. Tyle, że wcześniej brakowało mi kondycji doświadczenia i w zasadzie wszystkiego. Teraz część zaległości odrobiłem więc, świadomie mogę podjąć się takiego wyzwania.
Około południa umawiam się z Darkiem, jestem już spakowany, rower przesmarowany, wyregulowany. W końcu ruszamy, trasa paskudna bo jedziemy opłotkami, wąskimi dróżkami przez Jaworzno, Chrzanów, Trzebinię, dziwna ta trasa, ale Hołowczyc chyba wie co mówi ;P i nie mamy mu powodu nie wierzyć :)
W drodze czytam jeszcze raz regulamin, bo może coś pominęliśmy, czytam na głos i wszystko jest ok. do chwili gdy dochodzę do punktu odnośnie zalecanego sprzętu, rower, karimata, śpiwór – i tu rozniosło się po okolicy gromkie słowo określające krzywą po łacinie. Zapomniałem śpiwora i karimaty. Co robić, warianty są 2 – albo wrócić, albo podjechać do marketu i kupić nowe. Jesteśmy w połowie trasy więc wybieramy wariant powrotu (do marketu jest dalej najbliższy w Krakowie). Masakra, w sumie niepotrzebnie tracimy godzinę.
W końcu z w/w małymi przygodami docieramy do gimnazjum im. A. Mickiewicza w Krzeszowicach, jest ok. 15:00 – biuro otwierają o 18:00 więc nie dziwi brak organizatorów i uczestników. Mamy sporo czasu więc jedziemy do centrum, coś zjeść. W miejscie wybór jest żaden, 2 restauracji, kebab i hamburger. Na 2 ostatnie nie mamy ochoty więc trafiamy do jednej z restauracji w która okazuje się całkiem niezłą Pizzerią.
Maksymalnie wypchani wracamy do gimnazjum, jest po 16:00 ale nic się nie zmieniło, więc przebieramy się na przyszkolnym parkingu i ruszamy na mały objazd okolicy, chcemy zobaczyć jak wygląda teren, czego się spodziewać . Pierwotnie próbujemy wyjechać na azymut, ale jakoś nam to specjalnie nie wychodzi więc sięgamy po mapę i już wiemy gdzie jedziemy. Pierwotnie na Czatkowice, później po terenie na Dębnik, w lesie na kamienistych ścieżkach jest delikatna warstwa błota, zdradliwego błota, chwilami nie wiemy co się dzieje z rowerami, co z tego, że hamujemy, rower ślizgiem zjeżdża dalej, niesamowity hardcore. Spodziewamy się Sajgonu na Odysei. Na jednym ze zjazdów Darek zalicza delikatną glebę, szczęśliwie przy niewielkiej prędkości i miękkim podłożu. W Dubiach przejeżdżamy obok kamieniołomu i wkrótce wyjeżdżamy na szosę. Już jest bezpieczniej, teraz długi zjazd do Krzeszowic i lądujemy ponownie przy szkole.
Jest już grubo po 18:00, a organizatorów coś nie widać,…. zaczynamy się niepokoić, może coś jest nie tak, może coś przeoczyliśmy, kilka tel. I dalej nic nie wiemy. Na szczęście wkrótce ktoś się pojawia, uff, to Maciek jeden z organizatorów. Napięcie ustępuje, chwilę gadamy, zajmujemy jedną z sal w szkole i czekamy na kolejnych uczestników. W między czasie odwiedzamy pobliski sklep z izobrontami. Siadamy w pobliżu wejścia i zaczynamy witać kolejnych bikerów dojeżdżających na miejsce. Integracja postępuje, dzieje się… Spać udajemy się po opróżnieniu ostatniej butelki, jest grubo po północy.
Powrót z pracy prawie standardowy, jednak do czasu, jadąc szosami coś mi odbiło i w Kończycach postanawiam jednak władować się w las. Chcę się pobawić trochę komórką, zobaczyć jakiej jakości będzie mi robiła zdjęcia i... nie jestem specjalnie zachwycony, z tego co widzę to rozdzielczość samej matrycy pozostawia wiele do życzenia. Piszę to o rozdzielczości składowych kolorów. Optyka jest również średniej jakości, w efekcie sporo rozmyć i brak szczegółów. Testowałem tez tryby tematyczne i... są również nijakie, takie bezpłciowe, na dokładkę brakuje mi dokładniejszej korekty ekspozycji ;P, ale to już moje "widzimisię". Po prostu przywykłem już do czegoś innego, chcę mieć nad wszystkim kontrolę, a... tu niestety tego nie ma. Może poszukam jakoegoś alternatywnego programu/softu? Poniżej 2 fotki popełnione tą komórką. Jako taki szybki backup pewnych szczegółów, szybkiej fotki może być. Do czegoś poważniejszego można zapomnieć.
Pora kończyć to marudzenie, powoli trzeba się przygotować do wyjazdu.
Z domu klasycznie już wyjeżdżam późno, 10 stopni za oknem. Może nie upał, ale jedzie się całkiem przyjemnie, mam okazję podziwiać budzący się dzień... i te niesamowite kolory nieba. Walczę z lekkim bólem głowy, ale w końcu od czego są prochy? Nadgarstek jeszcze pobolewa, czynności takie jak otwieranie drzwi są jeszcze trudne, ale.... jazda na rowerze na stojąco ze sporym naciekiem na dłonie nie stanowi już problemu. Dziwne jest te uszkodzenie...
Jest po 16:00, spotykam Darka i... jedziemy do Decathlonu w Gliwicach. Ostatni raz tam byłem chyba 2 lata temu, a niby tylko 2.5km od pracy, jednak zawsze mam nie po drodze, ech....
Powoli trzeba się przygotować do wypadu na Odyseję Jurajską, muszę zrobić kilka "drobnych" zakupów, przez net niestety niektóre rzeczy ciężko się kupuje, nie jestem w stanie określić jak coś bedzie wyglądało w rzecywistości i czy będzie mi to pasować. W skrócie pora poszukać kolejnego plecaka :). Wymagania dośc konkretne. W środku musi zmieścić się lustrzanka z dodatkowym obiektywem, 2l wody mineralnej w butelce + kurtka przciwdeszczowa i jakaś pasza na wyprawy rowerowe. Odpadają więc plecami poniżej 10l. Na miejscu okazuje się, że te 15l też są jakieś małe. Na necie wstępnie upatruję sobie Kellysa i Quechua. Tego pierwszego nie ma w Gliwicach, ale tą drugą marka handluje Decathlon. Trochę szwędania się pomiędzy regałami i coś jest, inny niż pierwotnie zakładałem lecz wydaje się niezły, cena może nie powala, ale jakość i wykonanie są na niezłym poziomie - Quechua Forclac 22 AIR. Przy okazji wypadałoby kupić nowy kompas, stary jest "gdzieś" w domu, ale mam średnią ochotę na jego szukanie, a po drugie potrzebuję coś bardziej poręcznego. Wybór nie jest powalający, jest może 5-6 róznych wariantów. 3 na wejściu odrzucam, wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Jeden jest rewelacyjny, ale na rowerze będzie bardzo nieporęczny, Z pozostałych 2 wybieram model C Quechua 500 - 6 linijek w różnych skalach + przyzwoita busola :). I na koniec kupuję nową przeciwdeszczówkę, najbardziej oczojebną jaka była.
W sumie znalazłem całkiem niezły sposób na pozbycie się ponad 300zł ;P - dzięki Darku :)
Po powrocie zaczynam przepakowywać plecak, stary został jeszcze w firmie, zabiorę go przy okazji. Sama droga bezproblemowa i względnie szybka. Wyjeżdżam ok 17:30 więc jest duża szansa, że końcówka trasy będzie już po zachodzie. Temperatura powoli spada, co mnie nie cieszy, za to motywuje do mocniejszego naciskania na pedały. Do domu udaje się dotrzeć na kilkadziesiąc min przed zapadnięciem zmroku. Uff znowu się udało.