Wpisy archiwalne w kategorii

W jedną stronę

Dystans całkowity:87899.67 km (w terenie 13786.08 km; 15.68%)
Czas w ruchu:3963:11
Średnia prędkość:22.18 km/h
Maksymalna prędkość:170.00 km/h
Suma podjazdów:341916 m
Maks. tętno maksymalne:240 (130 %)
Maks. tętno średnie:171 (92 %)
Suma kalorii:3366060 kcal
Liczba aktywności:2567
Średnio na aktywność:34.24 km i 1h 32m
Więcej statystyk

Długo się nie cieszyłem czystym rowerem

Poniedziałek, 16 lipca 2012 · Komentarze(10)
Daab - W moim ogrodzie


Wyjeżdżam z firmy, jest ok 17:00, na niebie wiszą paskudne chmury, od rana cały czas popadywało, raz mocniej raz słabiej. Zastanawiam się nad trasą powrotną, nie mam ochoty jechać szosami, nie lubię ich. W Maciejowie skręcam do lasku, to jest dobrze, tu czuję się najlepiej, co z tego, że wszędzie woda, błoto. Jestem w swoim żywiole. Początkowo wieje silny w mordę wiatr, później jest zdecydowanie lepiej, pokazuje się słońce, niebo nieco przeciera się.

Błota jest jednak sporo, łańcuch zaczyna paskudnie zgrzypieć, pojawiają się problemy z przednią zmieniarką, W zasadzie mam tylko środkową tarczę, nie ma mowy o zmianie przełożenia z przodu. Trudno, będę się bawił w wysoką kadencję ;P

I to by było na tyle czystych przerzutek © amiga


A rano był taki czysty... © amiga


Zmieniony tylny zacisk © amiga


Już w domu jedną z pierwszych czynności jest wypłukanie nazbieranego "syfu", było co czyścić, Najgorzej było z łańcuchem, wymycie go zajęło mi kilkanaście minut, reszta poszła jakoś szybciej.

Będąc w Gliwicach wymieniłem zaciski do kół, w tylnym wczoraj zgubiłem sprężynkę, a przy sprawdzeniu obu zacisków okazało się że przedni jest dla odmiany skrzywiony. Oba są nowiutkie i.. lżejsze od oryginałów. Będę mógł więcej błota zapakować na ramę ;P

Kacowo, dopracowo ;P

Piątek, 13 lipca 2012 · Komentarze(5)
ANTI TANK NUN "DEVIL WALKS"


Po wczorajszym małym szaleństwie dzisiaj kolejny raz mam problem z dobudzeniem. Udaje się wstać dopiero ok 6:20, mam niewiele czasu, szybkie śniadanie, mycie i na rower, tyle, że po wczorajszej wizycie na hałdzie trzeba było go nieco oczyścić, zajmuje mi to kolejne cenne minuty. Ruszam dopiero ok 7:10, będę musiał to nadrobić na trasie. Temperatura do jazdy jest idealna, może ciut za chłodno, ale znam świetny sposób na rozgrzanie się ;P. Wcielam plan w życie i jadę (na uszy zapuszczam całkiem niezły kawałek metalu, Próbka w dzisiejszym wpisie), staram się unikać głównych dróg bo wczorajsze promile jeszcze się nie ulotniły, a głupio by było zostać zatrzymanym za jazdę pod wpływem na rowerze.

Dzisiaj fotka zastępcza, jakoś wyleciało mi z głowy robienie zdjęć ;P
Zamek Tenczyński w Rudnie © amiga

Może uda mi się tam pojechać w Niedzielę, może...

Przed deszczowo

Piątek, 13 lipca 2012 · Komentarze(0)
Doro - Live At Hellfest 2011


Kończy się ciężki dzień, zamiast podziwiać TDP w Katowicach, siedzę w pracy, cóż, było sporo do zrobienia i sporo zostało na kolejny tydzień. Wyjeżdżam ok 16:30, pogoda nieciekawa, wiszą ciężkie chmury, new.meteo.pl wróży deszcze.
Bez wygłupów więc jadę jak najszybciej w kierunku domu, nie ma objazdu przez Mikołów, Chudów czy choćby Starganiec. Nie dzisiaj, odbiję to sobie jutro na wycieczce do Lublińca. Na chwilę zatrzymuję się dopiero w Halembie na hałdzie, kilka fot i ruszam dalej, zaczyna kropić, ciekawe czy zdążę przed ulewą. Przez las jedzie się przyjemnie, jednak na otwartej przestrzeni, wmordęwiatr umila mi drogę, ale cóż, taki urok dzisiejszego dnia. W sumie udało się dojechać przed większą ulewą, już w domu z okna mam okazję podziwiać smutny zapłakany krajobraz.

Kołki zostały wbite © amiga


Codziennie okolica wygląda inaczej © amiga


Na niebie zawisły ciężkie chmury © amiga



Wieczorem muszę chyba w końcu nieco wyczyścić Manfreda, może go nawet wykąpię, cały tydzień ganiania po lesie, hałdach dał mu się we znaki, może też podmienię kierownicę, będzie okazja do przetestowania jej jutro :)

Nieskładnie, ale zawsze

Czwartek, 12 lipca 2012 · Komentarze(5)
Bulbulators - Będę Grzeczny

Jest 23.55, jestem lekko wstawiony, udało mi się spić kilku francuzów w zasadzie 2. Daję rade i podtrzymuje ułańską tradycję. Po prostu nie wypada, gdy przylecieli goście z francji. Ballentines i gorzka miętowa dają radę, jakby miało być inaczej, zostaję tylko ja i szfagier na placu boju, jest dobrze.
Od czasu do czasu potrzebuję się upić, a jest okazja ku temu, więc po co przeszkadzać?

Powrót z pracy bardzo szybki, związane to było z koniecznością wizyty na poczcie (kolejne części do Manfreda), ale również z przylotem znajomych z francji. Drogę obrałem optymalną pod kontem odległości i prędkości. Hałdę w Makoszowach przez jakiś czas będę omijał po porannej przygodzie, pewnie za jakiś czas wjedzietam ciężki sprzęt i poprawią nieprzejedzne fragmenty.
Basia przgtowuje kolację © amiga

Mimi and Eric © amiga

Mimi z jujusiem © amiga

Porankowo, dopracowo, hałodowo, błotniście

Czwartek, 12 lipca 2012 · Komentarze(6)
TURISAS - Rasputin


Poranek przyjemny, chłodny, ale to już kolejny dzień gdy mam problem się dobudzić, przed 7:00 wsiadam w wariancie na zombiaka i jadę. Czasu niestety nie mam na szaleństwa, wybieram najkrótszą drogę. W Zabrzu Makoszowach postanawiam jednak pojechać przez hałdę. Początek drogi całkiem, całkiem, jedzie się rewelacyjnie, moją uwagę przykuwa kikut potężnej topoli.

Zegar słoneczny © amiga


Armata, o jaka wielka © amiga


Armata od przodu © amiga


Focę i pedalę dalej, nie zdaję sobie jeszcze sprawy z tego co mnie czeka, za A4 przed podjazdem na hałdę rower zapada mi się w kilkunasto centymetrowym mule wypłukanym z hałdy, o jeździe nie ma mowy, zeskakuję z rowera i sam się zapadam. Docieram do końca osuwiska, czyszczę buty i pedały (z Crankami nie było tego problemu) i ruszam dalej. Po minięciu szczytu ścieżka robi się wąska, zwykle ma ok 40-50cm, dzisiaj mam wrażenie, że rośliny, drzewa są jakoś bliżej, ścieżka ma po kilkanaście cm, kolejne wiatrołomy uprzyjemniają mi jazdę, raz przywaliłem głową o jakieś drzewo, na szczęście miałem kask. W kilku miejscach znowu masa błota mułu oklejającego wszystko, butów i pedałów już nie czyszczę, nie ma sensu. W końcu po ciężkiej walce dojeżdżam do asfaltu w Sośnicy i mogę jakoś normalnie pojechać dalej. Jestem cały up...y z błota, rower nadaje się do kompletnego mycia, masa błota, piasku liści, gałązek i wszystkiego po czym jechałem dzisiaj. Masakra.

Leniwie, porankowo, dopracowo - "Warto być dobrym"

Środa, 11 lipca 2012 · Komentarze(6)
Leniwiec - Droga


Jest środa, budzik drze m..ę już o 5:00, uspokajam go, jeszcze mała drzemka, jeszcze chwilka. W końcu budzę się i... masakra jest 6:15. Włączam wariant awaryjny i w biegu zaczynam się zbierać, jeść itd. Wychodzę z domu o 6:50. Mam mało czasu, więc dzisiaj z rana nie poszaleję, jadę standardowym szlakiem, średnio chce mi się kręcić, chyba jeszcze się nie przebudziłem. Jedyny fajny akcent to podjazd na Makoszowach zrobiony na przełożeniach blat + 11T ;).

Już w pracy natykam się na nowiutkiego Krossa z tekstem "Warto być dobrym", mam nadzieję, że cały dzisiejszy dzień będzie pod tym hasłem :), czego sobie i wszystkim życzę :)


Kto pod kim dołki kopie... © amiga


Poranek w lasku makoszowskim, w tle widać przygotowania do budowy średnicówki © amiga


Ktoś przyjechał na Krossie :) © amiga


Warto być dobrym © amiga


Stowarzyszenie przyjazna szkoła © amiga

Pod szyldem sieci WiFi

Środa, 11 lipca 2012 · Komentarze(7)
SCORPIONS ACOUSTICA - LIVE IN LISBON 2001


Dawno nie wstawiałem żadnego koncertu, a coś mnie wzięło dzisiaj na dinozaurów, tym razem Scorpions i cały koncert Acoustica. Warto posłuchać.

Powrót z pracy średni, gdy wyszedłem z firmy ok 17:00 na zewnątrz padało, nie wyglądało to zbyt ciekawie, ubrałem kurtkę przeciwdeszczową i w drogę. Deszczyk towarzyszył mi aż do Halemby, gdzie po prostu zniknął a nade mną było piękne niebo z bielusieńkimi chmurkami. W trakcie jednak coś dzisiaj rozdzwonił się telefon i zamiast jak człowiek zahaczyć o Starganiec jadę na Ligotę konfigurować router WiFi. Po drodze zaliczam okolice katedry w Panewnikach, dawno tam nie byłem, a jest co focić.
Godzinę później już w Ochojcu ląduję u Qmpla i konfiguruję drugi Router. Jakiś urodzaj dzisiaj jest na sieci bezprzewodowe, w między czasie dzwoni siostra, że z zabawy z elektryką dzisiaj nici, pewnie jutro będę się z tym bujał, zobaczymy co z tego dalej wyniknie.

Jest pomysł aby w piątek zorganizować kolejne lokalne spotkanie BS, czy będzie to Starganiec? Nie wiem. Korci mnie staw Barbara, ale dawno już tak nie zajeżdżałem. Kiedyś było miejsce na ognisko, teraz nie mam pojęcia co się tam dzieje. Jak wstanę rano to postaram się tam podjechać, chyba że ktoś coś wie.

I jeszcze jedna sprawa, 27 lipca po Katowickiej masie można by zorganizować afterparty. Propozycja 1 - Bar Wiocha na dolinie 3 stawów, Propozycja 2 - Starganiec - ognisko. Wstępnie rozmawiałem z Luke28 o tym pomyśle i jest szansa na jego realizację. Dużo będzie zależeć też od pogody.


Pomnik w panewnikach © amiga


Grota w panewnikach © amiga

Przez Podlesie i Mikołów do pracy

Wtorek, 10 lipca 2012 · Komentarze(4)
Queen - The Show Must Go On


Jeszcze jeden kawałek Queenów. Po tylu latach dalej może się podobać.

Budzę się rano jest 4:40, budzik ustawiony na 5:45, ale... nie chce mi się spać. Powoli wstaję, mam czas żeby przygotować sobie solidne śniadanie, przygotować się do wyjazdu. Wyjeżdżam ok 6:15. mam spory zapas czasu więc głupio by było tego nie wykorzystać, jadę na Podlesie czeka na mnie długi 3km podjazd w stronę Mikołowa. W mieście trochę kluczę, jakoś nie przemawia do mnie organizacja ruchu w Mikołowie, w końcu wyjeżdżam na starą trasę na Gliwice i jadę szosą, ruch jest masakryczny, nie lubię jeździć tutaj, na wysokości Straconej Wioski wjeżdżam w las. To jest moje naturalne środowisko, tutaj czuję się dobrze, mogę pędzić po leśnich ścieżkach, nie ma blachosmrodów, jestem ja, rower i las. Wyjeżdżam w Halembie i spoglądam na zegarek, wyczerpałem zapas czasu, więc pora na standardowoą drogę dopracową, pod koniec jeszcze tylko piękny podjazd w Makoszowach i powoli dojeżdżam do pracy.
Rano temperatura optymalna do jazdy, chłodno. Myślałem, że po wczorajszym szaleństwie skończy się na zakwasach, ale nie ma nic..., nic mnie nie boli, nic się nie dzieje, może jestem tylko lekko zmęczony.

Powrotna droga będzie raczej którka, na poczcie czekają na mnie tajle do roweru :) trzeba je odebrać przed 19:30.

Reklama hotelu przy drodze Gliwice-Mikołów © amiga

Na pocztę

Wtorek, 10 lipca 2012 · Komentarze(6)
Queen - Under pressure


Dzisiaj przez głupotę odpalam Antyradio - jedyne radio ustawione na komórce i słyszę Queenów. Jakiś spisek czy co?

Po pracy, jadę prawie najkrótszą drogą do Katowic, dzisiaj zależy mi na czasie, na pocztę dotarła pierwsza porcja gratów dla Manfreda związana z uphillem na Śnieżkę. Wymiana nastąpi pewnie w ciągu 2 tygodni, gdy przyjdzie reszta gadgetów i gdy dojadę do końca aktualną kasetę SLX 11-28 (i tak jestem w szoku, przejechałem na niej ok 3000km na 1 łańcuchu i jeszcze działa, poprzednie padały po ok 2000-2500km). Swoją drogą jest świetna, ale na jakiś czas się z nią żegnam przechodząc chwilowo na 11-34 - mój wariant górski. Wariant przygotowywany na Śnieżkę. W komplecie są oczywiście 3 łańcuchy i... kierownica prosta - też do tego wracam. Czekam jeszcze na kolejną przesyłkę z rogami (czerwonymi tym razem), nowym światełkiem tylnym. Do kupienia pozostał jeszcze mostek 120mm. Ale to za chwilę, z tym myślę, że mogę śmiało wybrać się w góry. Pewnie wymienię profilaktycznie zawartość piast jeszcze przed 12 sierpnia, tak żeby nic mnie już nie zaskoczyło.

Kaseta Shimano 11-34 © amiga


śniezko nadjeżdzam © amiga


Graty dla manfreda © amiga

Queen, Beskidy i praca

Poniedziałek, 9 lipca 2012 · Komentarze(6)
Queen - Bohemian Rhapsody


Weekend bardzo niestandardowy, zresztą, jak większość moich weekendów od kilku miesięcy, tym razem jednak mocno nierowerowy.

Sobota
Późnym popołudniem wyruszamy na koncert Queen-ów na stadionie we Wrocławiu. Droga szybka, rewelacyjna, bezproblemowa, jazda piękną autostradą, to czysta przyjemność, chociaż działa na mnie podobnie jak liczenie baranów (chyba wolę rower i teren). Na miejsce docieramy na czas, pierwsza jest IRA, grają nieźle, ale znane oklepane kawałki, niczego nowego nie wnoszą, czegoś tu brakuje, jakiegoś klimatu, coś jest nie tak, może zbyt stara publiczność (średnia pewnie koło 40)? W każdym bądź razie po godzinie pańszczyzny wychodzi drugi zespół Mona, wytrzymuję 2 kawałki i wychodzę (tego nie da się słuchać), mam godzinę czasu, żeby przyjrzeć się stadionowi, pomiziać wystającą tu i ówdzie murawę, trochę pofocić (lustrzanki zostały w domu, ze sobą mam staruszka Nikona Coolpix 4600). Szwendam się po całym terenie i jestem zachwycony tym co widzę, stadion jest piękny, już planuję powrót przy najbliższej okazji :)

Jest po 21:00 w końcu z lekkim poślizgiem zaczyna się główny punkt programu. Wychodzą "niedobitki" Queen-ów z Adamam Lambertem i... dają czadu. Dawno takiego POWERa nie słyszałem, nie przypominam sobie koncertu na którym 30000 ludzi śpiewa wszystkie piosenki, gdzie płyta boiska to jedno wielkie pole falujących rąk. Spodziewałem się odgrzewanych kotletów, a dostałem coś co zapamiętam na długie lata i jeszcze ta 10 minutowa solówka na gitarze...

Do domu wracam o 1:30.

Stadion we Wrocławiu © amiga


Zachód słońca © amiga


Stadion w całej okazałości © amiga


Tabliczka informacyjna © amiga


Zaczyna się... © amiga


Dalej poruszają tłumy © amiga


Niedziela

Pobudka o 5:00, późno, ale musiałem się wyspać ;P (3:30 - ostatnio chyba standard u mnie). Zbieram się i jadę do Katowic, jestem umówiony z rodziną K. na wypad w Beskidy, wstępnie mam zaplanowane 3 trasy, o różnym stopniu skomplikowania, długości, każda jednak ma kilka wariantów, takich w razie czego.
W pociągu ustalamy szczegóły, nie ma co szaleć, bo 2 dni po chorobie niektórych członków wyprawy, nie można przeginać. Pada więc wybór na Małą Czantorię, Dużą Czantoria, a później się zobaczy. Wysiadamy w Ustroniu Uzdrowisku i idziemy żółtym szlakiem. Początkowo idzie się ciężko, jest parno, duszno, daje się to we znaki, nieco wyżej robi się już przyjemniej, temperatura nieco spada, powietrze jest bardziej krystaliczne. Stajemy przy prawie każdej napotkanej budce z izobronikami, aby się wzmocnić, a do jedzenia mamy jagody i maliny występujące na szlaku w dużych ilościach. Dłuższą przerwę robimy dopiero w Ustroniu Polance po zejściu czerwonym szlakiem z Dużej Czantorii, w końcu jest chwila, aby zjeść coś "normalnego". Jeszcze mały spacer powrotny do Ustronia Uzdrowiska i możemy ruszać w podróż powrotną pociągiem. Rewelacyjnie spędzony kolejny dzień, bez problemów, trosk, tylko my i góry. Dzięki za wspólną wyprawę w Beskidy.

wejscie na Małą Czantorię © amiga


Driga pod górkę © amiga


Mała Czantoria zdobyta © amiga


Próbujemy sobie pomagać ;P © amiga


Niektórzy nas denerwują © amiga


Panorama rozciągająca się z wieży widokowej na Dużej Czantorii © amiga


Poniedziałek

Jak to z reguły bywa w poniedziałki trzeba było pozbierać się do pracy i pognać na rowerze. Wyjeżdżam 20 min wcześniej, chcę mieć nieco więcej czasu dla siebie, jadę przez Starganiec, jednak coś mi nie pasuje, chyba w Katowicach musiała być jakaś straszna burza, miejscami mam przed sobą spore rozlewiska, a w lesie widać połamane drzewa, czasami zagradzające mi drogę przejazdu. Spory problem pojawia się za Stargańcem na ścieżkach pomiędzy Mikołowem, a Rudą Śląską, gdzie jadę po podmytym terenie, łachach mokrego piasku, błocie. Rower kilka razy się zapada. Wyjeżdżam w Halembie i jadę dalej standardowym szlakiem dopracowym, kolejne problemy z przejazdem pojawiają się w lasku Makoszowskim w Zabrzu gdzie ekipy pracują przy usuwaniu powalonych starych drzew. Oj chyba się działo wczoraj gdy byłem w górach.

Fragment ul. śląskiej o poranku © amiga