Kolejny powrót, opady przewaliły się przez Gliwice w czasie gdy siedziałem w biurze..., w chwili wyjazdy (po 17:00) jest już nieźle, nie pada, jest chłodno, wiatr zelżał.. W końcu.... Ruszam..., dość przyjemnie się jedzie, pomimo odczuwalnego chłodu, w sumie mogłem ubrać dzisiaj długie spodnie, ale jestem zwolennikiem naturalnej galanterii skórzanej :), nie przecieka, nie chłonie płynów, szybko wysycha, po prostu jest idealna... :) Jeżeli prognozy się nie miną z prawda, to jutro ma być sporo cieplej...., może wróci lato.... ?
Kolejny poranek, dalej czuję zmęczenie, jeszcze nie spłaciłem długu, dalej jestem niedospany. Na dokładkę ta pogoda za oknem.... Zbieranie się idzie marnie... wychodzę ok 7:20... w teren nie wjeżdżam, nie ma sensu... Pozostają szosy. Jak to we wtorki ruch dość spory, ale cóż, chyba pora się przyzwyczaić. Dmucha silny wiatr, po raz kolejny mam wrażenie, że nie z jednego kierunku tylko różnych, może nie jest tak silny jak wczoraj ale, odczuwalny. Place budowy w Rudzie Ślaskiej o Zabrzu zmieniły się w błotne czeluście. Trzeba mocno zwolnić, aby przez to przejechać. Z drugiej strony już od dłuższego czasu nic się tutaj nie dzieje..., wypadałoby to skończyć..., chyba...
Bracia Figo Fagot i Sztefan Wons Zobacz dziwko co narobiłaś
Kolejne wyjście, tym razem nieco wcześniej. Zrzucam z blatu, dzisiaj się oszczędzam, chcę odpocząć. Pogoda dalej nijaka, dalej jesienna.... Gdzie się podziało lato? Też ma go nie być jak i wiosny? Obłęd. Cóż zrobić, jadę szosami, mijam kolejne miasta, kolejne dzielnice, na szczęście nic wielkiego na szosach się nie dzieje, za to po raz kolejny wiatr niemiłosiernie wieje, i po raz kolejny za diabła nie jestem w stanie określić z jakiego kierunku.... raz jest to północ, raz zachód, a ra wschód, jedynie od południa nie wieje.... tylko co to zmienia... Już chyba wolę jechać cały czas po wiatr... Docieram do domu..., już mi sięnie chce myć roweru, może jutro się uda....?
Po mocno rowerowym weekendzie czuję delikatne zmęczenie... W zasadzie to za diabła nie mogę się dobudzić. W końcu jednak budzik wygrywa... Czuję te przejechane km, tą wycieczkę z buta na Czupel. Piękny weekend :).... Za to za oknem szaro..., prognoza wskazuje, że przez cały dzień gdzieś po okolicy będą krążyć deszcze.
Na zewnątrz wychodzę późno...., jest ok 7:25. Lecę po szosach..., dzisiaj nie mam melodii do szaleństw, tym bardziej, że pamiętam co się wczoraj działo na krótkim odcinku z Rudy Śląskiej do Panewnik. Na szczęście nie ma jakiegoś wielkiego ruchu na ulicach, mogę jechać spokojnie, nie męcząc się..., pewnie miną ze 2 dni zanim zupełnie odreaguję/odeśpię spotkanie integracyjne. Początkowo mam założoną przeciwdeszczówkę (w chwili gdy wychodziłem, kropił deszcz), jednak w okolicach Wirka jestem ugotowany, jest mi gorąco, zdejmuję ją... wszystko mokre/upocone.... na szczęście przestało padać, a bluza schnie w ciągu 5 minut :) Zaskakuje mnie brak korka w Zabrzu, chyba zmienili organizację ruchu w rozkopanym Centrum Południe..., może to i lepiej? A może zaczęły się już wakacje?
Powrót z pracy, ciężko, czuję dalej lekkie zmęczenie i efekt niedospania. Wsiadam na rower i ruszam, jadę, na ulicach „Sajgon”. Tysiące samochodów pędzących we wszystkie strony, źle się jedzie, na dokładkę mam silny wiatr, początkowo wydaje mi się, że wieje od zachody, jednak w trakcie jazdy czuję silne boczne podmuchy z różnych kierunków, kilka razy chwieje rowerem, ale jakoś udaje się utrzymać równowagę. Słuchając informacji słyszę, że zalało, Czechowice, Goczałkowice, podlało kilka innych miejscowości przez które wczoraj gnaliśmy... Masakra... wystarczył jeden dzień różnicy, jedna ulewa... i musielibyśmy wracać rowerami wodnymi...
Wczorajszy dzień to sporo atrakcji, włącznie z pływaniem po jeziorze Żywieckim. Imprezka przeciągnęła się niektórym do 5:00, od jakiegoś czasu jest już jasno. Towarzystwo zaczęło uciekać do domków spać...., a ja jakoś nie mam ochoty na sen..., tylko co tu robić, pierwsza myśl, to aparat i polowanie na taki nad wodą. Jednak chwilę później nachodzi refleksja, jestem w górach i na żadnej w zasadzie nie zdobyłem... Chyba najwyższa pora gdzieś się wybrać. Mam niecałe 4 godziny czasu... więc nie poszaleję... krótkie spojrzenie na mapę i... Czupel... . Do najbliższego żółtego szlaku mam ok 500-700m. Dość szybko znajduję się w pobliżu Tresnej, szczyt mijam w odległości może 100m, ale nie on jest moim celem, a to na żółtym szlaku zaliczam Solisko (635) i kawałek dalej na wysokości Koleb wchodzę na czerwony szlak prowadzący na Czupel, zastanawiam się jaka jest tutaj trasa, na ile da się podjechać rowerem, wrażenia są podobne jak rok temu, jadąc innym szlakiem, wiele miejsc jest do przebycia tylko z buta. W ciągu nieco ponad godziny osiągam Czupel (933 - najwyższy szczyt Beskidu Małego w Beskidach Zachodnich), odbijam na Rogacza (899) i wchodzę na niebieski szlak, teraz głównie zejście, jednak wiem jakie to jest zdradliwe, zresztą na mapie jest gęsto od poziomic, będzie ciężko. Do Suchego Wierchu (781) jest jeszcze ok, za to później w kierunku Czernichowa jest wiele miejsc usianych kamieniami o różnej wielkości od groszku do TV Rubin... Zmęczyło mnie te zejście, chyba mimo wszystko wolę podchodzić, podjeżdżać. Ostatni kawałek to głównie szosa prowadząca do Zarzecza. W ośrodku jestem 5 min po zakładanym czasie :). Zmieściłem w limicie czasowym... uff, prawie 15km za sobą :).
Po śniadaniu w ciągu godziny wyjeżdżamy, jest nas 4: Darek, Andrzej i Tomek. Początkowo planujemy wjazd na górę Żar, jednak przy sklepie, w Czernichowie, odpuszczamy, przed nami szmat drogi, a dobrze by było dotrzeć o jakimś normalnym czasie, tym bardziej, że jest już o 11:00. Jedziemy przez Kobiernice (ech... żeby było więcej czasu), Kęty, Pisarzowice, Janowice, Bestwinę, tutaj zatrzymujemy się w małej knajpce, chwilę odpoczywamy ustalamy dalszą trasę, chwilę później rozstajemy się z Andrzejem, musi jak najszybciej dotrzeć do domu, a my niespiesznie kierujemy się przez Czechowice-Dziedzice do Goczałkowic Zdroju, tutaj przy głównej promenadzie posilamy się w knajpce... Mija kilkadziesiąt minut, na horyzoncie (od południa) pojawiają się ciemne chmury. Trzeba uciekać, jadąc przez całą długość Goczałkowic, pada deszcz, na szczęście udaje nam się wydostać spod wpływu chmury, robimy przerwę przy zalewie Łąka :)
Jednak nie ma specjalnie czasu na podziwianie okolicy. Pozostało jeszcze sporo drogi przed nami. Kierujemy się przez lasy na Zgoń, Gardawice, Zawiść, po drodze kolejna przerwa, wypijamy po małym piwie. W międzyczasie słońce zaczyna grzać. Chce mi się niemiłosiernie spać, męczę się jadąc na rowerze, uważam, aby nie usnąć, dopiero kilka podjazdów w okolicach Orzesza , Ornontowic budzi mnie na dobre :). W Gierałtowicach rozstajemy się z Tomkiem pędzi do Gliwic. Stajemy jeszcze na chwilę przy sklepie, uzupełniamy elektrolity i powoli odbijamy każdy w swoją stronę, Darek na helenkę, a ja wracam do Katowic. Jeszcze krótka przerwa przy boisku kolejarza w Piotrowicach i mogę odpocząć w domu. Jeszcze tylko włączyć pranie, coś zjeść i można iść spać :)
Piękny weekend, nawet nie przypuszczałem, że będzie taki udany, że tak miło go spędzę, ech... oby więcej takich.
Piątek „skoroświt”.... Dzień zaczyna się nieco inaczej niż zwykle. Zabieram sięga kończenie przygotowań do wyjazdu… niby niedużo, ale na poranek zostawiłem sobie czyszczenie rowera…., zajmuje to trochę czasu. Oliwienie, przygotowaniem map… dochodzi 7:30, telefon kontrolny do Darka, jest nieźle, też kończy ostatnie przygotowania. Ok. 8:00 jestem już na rowerze, jadę w kierunku Zabrza, spotkamy się gdzieś po drodze. Plan na dzisiaj to spokojna krajoznawcza wycieczka, jako, że słońce ma palić przez cały dzień, chcemy jak najwięcej, jak najdłużej pozostać w lesie…
Dojeżdżam do Kończyc, w zasadzie do skrzyżowania leśnej ścieżki, z Chudowską, staję… dalej nie jadę, bo nie wiem do końca którędy pojedzie Darek, czy od strony Makoszów, czy Kończyc. Mam chwilę czasu aby się napić. Mijają może 2-3 minuty i jesteśmy w komplecie. Jako, że nieco lepiej znam tą trasę, a przynajmniej częściej nią jeżdżę to „prowadzę” chociaż może to lekkie nadużycie :). Początkowo Halemba, zatrzymujemy się chwilę przy pomniku Pamięci Ofiar Hitlerowskiej przemocy niedaleko elektrowni… mało znane miejsce, myślę, że nawet część mieszkańców nie wie o jego istnieniu.
Ruszamy dalej, kierujemy się na Mikołów, tyle, że nie wjeżdżamy do miasta tylko mijamy je od południa, przez Starganiec, Kamionkę, Zarzecze, Podlesie i kierujemy się przez las na Tychy, tam wjeżdżamy na szlak prowadzący nas na Żwaków i Paprocany.
W okolicy mamy Zameczek Myśliwski w Promnicach więc szkoda byłoby go nie odwiedzić, niemniej chyba 2 razy tą samą drogą do niego nie podjeżdżałem. Oznaczenie są takie sobie więc najczęściej kończy się to jazdą na czuja, na azymut, dzięki temu po raz pierwszy i jak się później okaże ostatni spotykamy błoto na drodze :). Chwila na focenie i ruszamy dalej po drodze technicznej wzdłuż wodociągu, bokiem zahaczamy o Kobiór, mijamy stojące jagodzianki, ale chwilę później mija nas jakaś BeEmWuCha pewnie je zgarnęła, bo kilka min później mija nas ponownie :). Jadąc powrotem ;P Na skrzyżowaniu z E75 spotykamy bikera jadącego po mięso do Kobióra, chwila rozmowy, próbuje nam doradzić najlepszą drogę, naopowiadał się ile wlezie a i tak pojechaliśmy po swojemu :).
Kilka km dalej wjeżdżamy w końcu do Pszczyny, zatrzymujemy się przy skansenie, kawałek dalej przy Pałacu (grzechem byłoby ominąć to miejsce) i…. szukamy jakiejś knajpki, gdzie będzie cień…
Zatrzymujemy się w restauracji na rogu ulic Piastowskiej, Katowickiej i Dworcowej. Może nie jest to jakieś super wyszukane miejsce, ale pierogi ruskie są genialne i to zimne Karmi :) Mija dobre kilkadziesiąt minut, chwilę rozmawiamy w właścicielem i chyba jednym z pracowników, doradzają nam którędy najlepiej pojechać do…. Wisły, jednak dzięki nim zmieniamy pierwotny plan i postanawiamy jechać przez Bielsko-Białą trzymając się prawej strony rzeki Białej (patrząc od strony z której jechaliśmy to była lewa strona ;P ). Będzie kilka km mniej do przejechania, a nawigacyjnie dużo prostsze.
odbijamy na Czechowice-Dziedzice i trzymając się bocznych szos docieramy do Bielska…, spory ruch na drogach, miliony świateł, skrzyżowań… ogólnie nieprzyjemnie… Chwila przerwy już prawie na wylocie przy pięknym drewnianym kościółku św. Barbary
i odbijamy na Wilkowice, w końcu doczekałem się jakiegoś konkretniejszego podjazdu, zatrzymujemy się przy jakimś sklepie, od dłuższego czasu w zasadzie nie było szans na uzupełnienie zapasów, teraz trzeba to nadrobić, temperatura utrzymująca się przez cały czas powyżej 30 stopni dobija… Przy sklepie pęka kolejna butelka, koli, wody…, ruszamy dalej.
Zaczynają się Łodygowice i dłuuuuuugi zjazd (krótka przerwa przy kolejnym drewnianym kościółku i odrestaurowanym pałacu)
w kierunku Zarzecza. Prędkości na licznikach przez cały czas grubo powyżej 50km/h :). Jeszcze tylko kilka km i kilka górek i lądujemy w ośrodku. Spotykamy kilku znajomych i jedziemy napić się w końcu zimnego piwa, tylko czemu to Żywiec….? ;P
Kończę powoli pracę..., telefon... czeka mnie wizyta w sklepie i kurierka :), cieszę się, że będzie okazja odwiedzić przyjaciół, chociaż przez chwilę. Dzisiejsze plany dość napięte, dokończyć przygotowania do wyjazdu... Jadę chyba najkrótszą drogą na Helenkę. Temperatura i słońce daje popalić..., czuję zmęczenie..., na miejscu mija godzina na rozmowach, stygnę... i niestety muszę lecieć do domu. Wychodzę na zewnątrz, temperatura jakby niższa, tylko co z tego jak dalej jest powyżej 30 stopni. Droga mija względnie szybko. W Kończycach chwila zastanowienia, mam dość szos i słońca na dzisiaj, chcę do lasu, może będzie chłodniej? Jednak płonne moje nadzieje, jestem już na ścieżce leśnej na Halembę. Dalej parno, dalej duszno...., pot się leje strumieniami. Jeszcze tylko podjazd na Panewniki i jestem domu. Wizyta w sklepie, trzeba uzupełnić płyny... Trzeba się dobrze nawodnić, jutro ma być podobnie... Będzie prze..., przefajnie ;)
Czwartek, jakoś raźniej mi się dzisiaj wstawało, może dlatego, że dzisiaj po raz ostatni w tym tygodniu jadę do Gliwic, od jutra zaczyna mi się weekend, nieco przedłużony weekend. Cały czas mam nadzieję, że pogoda dopisze i uda się trochę pojeździć, pozwiedzać… Poranek ciepły, ale w końcu mamy prawie lato, szybkie śniadanie, przygotowanie wehikułu, pakowanie gratów i z wielkim pomarańczowym plecakiem jadę do Gliwic. Nie przepadam za takim żaglem na plecach, ale od czasu do czasu… z drugiej strony przywykłem do obciążenia na plecach przynajmniej kilku kg. Więc 5/6 kg w jedną w drugą specjalnie różnicy nie robi. W trakcie jazdy czuję, że kolejny dzień wieje od wschodu, w zasadzie to dobrze, plecak nie będzie tak ciążył. Jadę po raz kolejny po szosach, to w końcu najszybszy możliwy wariant przejazdu, chyba, że spróbuję opracować coś innego omijającego skrzyżowania, place budowy, korki w Zabrzu. Korci aby przetestować starą drogę Mikołów-Gliwice, tyle, że się jej obawiam, tam dalej nikt nie przejmuje się ograniczeniami, a gdy przypomnę sobie węzeł w Sośnicy to ciarki przechodzą po plecach. Chociaż może…, zbliża się w końcu sezon urlopowy.. już za kilka dni ruch powinien zmaleć o jakieś 30%. Drogi opustoszeją, znikną studenci, rodzice dowożący pociechy do szkół… Większość trasy dzisiaj przebiegła bez większych odstępstw, klasycznie światła, korki, przebudowa itp. Rozeźliła mnie jedynie jakaś kobiecina która już w Gliwicach skręciła ni z gruchy nie z Pietruchy z lewego pasa prosto mi pod koła, przejeżdżając mój pas i wjeżdżając w boczną drogę, chyba zauważyła swój błąd/manewr, bo przepraszała… tylko co z tego… chwila mojej nieuwagi i … a co ta… idioci też muszą istnieć na tym świecie, bez nich życie nie byłoby takie kolorowe…, przejazdy do pracy byłyby nudne jak flaki…., przynajmniej jest o czym wspomnieć na blogu :P
Środa, pora wstać, pora ruszyć do pracy. Ten pierwszy punkt jest nieco problematyczny, w końcu udaje się wyjść ok 7:15. Masakra.... Znowu postanawiam polecieć po szosach, znowu będę próbował oszukać czas. Ruszam. Na szosach małe wyrojenie, w zasadzie na całej długości coś... światła, korki, kierowcy wariaci... Najgorszy fragment od Rudy Śląskiej - Wirka do Zabrza Kończyc, oczy dookoła głowy, cały czas trzeba uważać. W Gliwicach też niewiele lepiej, spory sznur samochodów na ul. Odrowążów, a budowa średnicówki daje się miejscami we znaki. Przynajmniej jest ciepło, może nawet nieco za bardzo, znowu wszystko poleci do suszenia..., znowu się spocę, ale czyż nie o to chodzi? Na szczęście ten tydzień powoli się kończy, jeszcze tylko dzisiaj i jutro i czeka mnie zasłużony nieco dłuższy weekend, może nawet uda się pojeździć ;P