Powrót z pracy w całkiem przyzwoitych warunkach, przez całą drogę nie spadła ani kropla deszczu, nawet od czasu do czasu pojawiało się słońce. Część porannych ubrań powędrowała do plecaka, a z pracy wziąłem suche zastępcze wdzianko. Oczywiście pogoda zmodyfikowała moje plany i władowałem się w wersję bardziej terenową drogi powrotnej. W efekcie do Ochojca przyjeżdżam maksymalnie umorusany. Po drodze jeszcze odwiedziny bankomatu w pobliżu i niespodzianka - na ul. Fredry widzę stojącego bikera na SCOTT-cie, wszędzie rozpoznam ten rower, nie mogłem się mylić, nie ma takiego drugiego. Po 2 latach znajomości internetowej w końcu udało się spotkać Devilka. Kilkanaście min rozmowy i ruszam dalej, jestem umówiony, czas mnie goni. Fajnie się było spotkać, mam nadzieję, że w końcu gdzieś uda się razem pojechać.
Do posłuchania koncert/płyta o której zapomniałem przez długie lata, przez przypadek włączyłem ją dzisiaj w pracy i wróciłem "...do tych pól malowanych zbożem rozmaitem pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem gdzie bursztynowy świerzop,gryka jak śnieg biała..." (do dzieciństwa). Miłego słuchania :), jeżeli ktoś wytrwa ;P
Polecam szczególnie utwór The Bell zaczyna się w 24:55
Powrót klasycznie dość późno. Pogoda dżdżysta, czasami świeci słońce, jednak przez większość trasy leje, na dokładkę wieje z niewłaściwego kierunku, przywykłem ostatnio do tego. Po powrocie wszystko nadawało się do prania, w zasadzie rower też powinien zostać umyty, ale nie chce mi się, samo odpadnie.
Bieganie dzisiaj odpuszczam, nie chcę przegiąć na początek, niech się organizm przyzwyczai do wysiłku. W firmie załatwiłem sobie kartę multi-sport więc dojdzie jeszcze basen i siłownia od lipca ;). Najwyższy czas podnieść się i zacząć realizować wszystkie plany, boję się, że obudził się we mnie potwór. Z grubsza mam określony plan działania na najbliższe 5 lat, ale to nie pierwszy taki w moim życiu, zawsze były realizowane i kończone z sukcesem.
W końcu pogoda nieco się poprawiła, jest nieco cieplej, trochę bardziej sucho, w lesie jedynie sporo błota i wody. Po wczorajszym bieganiu zero zakwasów ;), co nie zmienia faktu że czuję to w nogach. W drodze katuję się dalej Nightwish-em - Imaginaerum, chyba nauczę się tych tekstów na pamięć. Do posłuchania jeden z utworów z tej płyty - ponad 13min. ale warto.
Nightwish - A song of myself
Wyjątkowo na dole wpisu umieszczam tekst tej piosenki. Warto posłuchać ,poczytać, pomyśleć.
The nightingale is still locked in the cage The deep breath I took still poisons my lungs An old oak sheltering me from the blue Sun bathing on its dead frozen leaves
A catnap in the ghost town of my heart She dreams of storytime and the river ghosts Of mermaids, of Whitman`s and the Ride Raving harlequins, gigantic toys
A song of me a song in need Of a courageous symphony A verse of me a verse in need Of a pure-heart singing me to peace
All that great heart lying still and slowly dying All that great heart lying still on an angelwing
All that great heart lying still In silent suffering Smiling like a clown until the show has come to an end What is left for encore Is the same old Dead Boy`s song Sung in silence All that great heart lying still and slowly dying All that great heart lying still on an angelwing
A midnight flight into Covington Woods A princess and a panther by my side These are Territories I live for I`d still give my everything to love you more
(repeat br.+ch.)
3. Piano Black
A silent symphony A hollow opus #1,2,3
Sometimes the sky is piano black Piano black over cleansing waters
Resting pipes, verse of bore Rusting keys without a door
Sometimes the within is piano black Piano black over cleansing waters
All that great heart lying still and slowly dying All that great heart lying still on an angelwing
4. Love
I see a slow, simple youngster by a busy street, with a begging bowl in his shaking hand. Trying to smile but hurting infinitely. Nobody notices. I do, but walk by.
An old man gets naked and kisses a model-doll in his attic. It`s half-light and he`s in tears. When he finally comes his eyes are cascading.
I see a beaten dog in a pungent alley. He tries to bite me. All pride has left his wild drooling eyes. I wish I had my leg to spare.
A mother visits her son, smiles to him through the bars. She`s never loved him more.
An obese girl enters an elevator with me. All dressed up fancy, a green butterfly on her neck. Terribly sweet perfume deafens me. She`s going to dinner alone. That makes her even more beautiful.
I see a model`s face on a brick wall. A statue of porcelain perfection beside a violent city kill. A city that worships flesh.
The 1st thing I ever heard was a wandering man telling his story It was you, the grass under my bare feet The campfire in the dead of the night The heavenly black of sky and sea
It was us Roaming the rainy roads, combing the gilded beaches Waking up to a new gallery of wonders every morn Bathing in places no-one`s seen before Shipwrecked on some matt-painted island Clad in nothing but the surf - beauty`s finest robe
Beyond all mortality we are, swinging in the breath of nature In early air of the dawn of life A sight to silence the heavens
I want to travel where life travels, following its permanent lead Where the air tastes like snow music Where grass smells like fresh-born Eden I would pass no man, no stranger, no tragedy or rapture I would bathe in a world of sensation Love, Goodness, and Simplicity ( While violated and imprisoned by technology )
The thought of my family`s graves was the only moment I used to experience true love That love remains infinite, as I`ll never be the man my father is
How can you "just be yourself" when you don`t know who you are? Stop saying "I know how you feel" How could anyone know how another feels?
Who am I to judge a priest, beggar, whore, politician, wrongdoer? I am, you are, all of them already
Dear child, stop working, go play Forget every rule There`s no fear in a dream
"Is there a village inside this snowflake?" - a child asked me "What`s the color of our lullaby?"
I`ve never been so close to truth as then I touched its silver lining
Death is the winner in any war Nothing noble in dying for your religion For your country For ideology, for faith For another man, yes
Paper is dead without words Ink idle without a poem All the world dead without stories Without love and disarming beauty
Careless realism costs souls
Ever seen the Lord smile? All the care for the world made Beautiful a sad man? Why do we still carry a device of torture around our necks? Oh, how rotten your pre-apocalypse is All you bible-black fools living over nightmare ground
I see all those empty cradles and wonder If man will ever change
I, too, wish to be a decent manboy but all I am Is smoke and mirrors Still given everything, may I be deserving
And there forever remains that change from G to Em
Tłumaczenie to jest tu: www.tekstowo.pl trzeba kliknąć na link "pokaż tłumaczenie" znajdujący się po prawej stronie tekstu angielskiego.
Poranek chłodny, mokry, chwilami wietrzny. Trasa standardowa częściowo po lesie, częściowo po bocznych szosach, więc jak zwykle przyjemnie, jedynie błota i kałuż wszędzie pełno, trzeba było uważać. Do firmy przyjechałem usmarowany od stóp do głowy, ale już się chyba przyzwyczaili do takiego widoku. Czerwiec coś mnie nie rozpieszcza rowerowo, mało jeżdżę, muszę to nieco podgonić, zwiększyć ilość pokonywanych kilometrów :)
Powrót do domu tą samą trasą co poranna, więc nie ma sensu się rozpisywać. Pogoda nijaka, w kilku miejscach na trasie dorwał mnie deszcz, w lesie błotniście, wodniście, ale już mi to nie przeszkadzało, mogłem się wytarzać w błocie i tak by nikt nie zauważył różnicy ;P
Dzisiaj krótki wypad po okolicy. Trafiło na Paprocany w Tychach, po wczorajszych i przedwczorajszych manewrach z buta, dzisiaj zdecydowałem się na samotny rajd po okolicy. Kocham jazdę na rowerze, planowałem rowerowy wypad do Wisły, jednak z różnych powodów nie miał on szansy powodzenia. Wybrałem więc trasę prostą na Tychy-Paprocany. Wieczorem byłem umówiony na grilla, więc czasu nie było zbyt wiele. Droga raczej standarciak, po wczorajszych zakwasach jedyna słuszna, tzn. nieskomplikowana, żadnych wielkich podjazdów po drodze.
O bieganiu chwilowo nie ma mowy, za duże zakwasy, ale dam radę, pewnie już w Niedzielę.
Poranek prawie jak zwykle, tyle, że zaczął się nieco wcześniej, wstałem ok 5:00 i zaczałem się przygotowywać do wyjścia, po wczorajszym bieganiu czuję lekkie zakwasy, ale nie jest źle, mogę chodzić ;P. Do pracy wychodzę ok 6:30 tyle, że już na podwórku na szybko czyszczę rower z zaschniętego błota, oliwię łańcuch i przerzutki, w końcu im się też coś należy. Sama droga rewelacyjna, pomimo tego, że błotnista i nie można było poszaleć, co ciekawe jechało mi się całkiem przyjemnie, nie czułem żeby coś mnie bolało, coś mi przeszkadazało. Ciekawe czy wieczorem będę miał siły na kolejne bieganie :)
Powrót popracowy stosunkowo wcześnie, pewnie dlatego, że w Gliwicach byłem chwilę po 8:00. Dzień minął całkiem przyjemnie, jednak przeżyłem szok gdy okazało się, że pół firmy przegląda mojego bloga, masakra :), teraz nic się nie ukryje ;P. W każdym razie Pozdrawiam Wszystkich zaglądających tutaj :)
KTM Story Dostałem informację z bikershopu z Krakowa (dystrybutora KTM-a), poniżej jego cała treść:
Rama została przesłana do centrali KTM w Austrii.
Jest mi bardzo przykro z powodu długiego oczekiwania.
Zamówiony kurier z przyczyn mi nieznanych (nie zamawiamy go w Polsce) nie przyjechał podebrać ramy. Dopiero kolejne zamówienie kuriera zostało zrealizowane.
Przypuszczam, że nowa rama - po sprawdzeniu uszkodzenia w ramie reklamowanej, zostanie do Pana wysłana w połowie przyszłego tygodnia.
A do posłuchania Tenacious D - Live @ Rock am Ring 2012
Obudziłem się ok 4:30 i za diabła nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok. W końcu dałem za wygraną i wstałem, za oknem lało. Wyjazd do pracy był pod znakiem zapytania, ale powolutku zacząłem się zbierać, w między czasie przestało padać. Ubrałem się w nieprzemakalne wdzianko i ruszyłem w drogę. Wyjazd 45 min wcześniej niż zwykle, ale nie spieszyło mi się, jakbym mógł to pewnie jechałbym gdzie mnie oczy poniosą. Pomimo aury w lesie pięknie, widać, że przyroda odżyła, ten deszcz był potrzebny. Po dojeździe do pracy wyglądałem jak błotny potwór, ale to moja głupia natura ładowania się w bagniste przejazdy przez hałdy dała znać o sobie, chyba to lubię :). Na szczęście wdzianko dobrze chroniło, wystarczyło "syf" spłukać pod prysznicem i wieczorem będę przez chwilę wyglądał jak człowiek ;P (do pierwszej hałdy).
Aura niestety wpłynęła na mnie dzisiaj i na muzykę którą odpaliłem, chyba też tego potrzebowałem. Nie przeciągając miałem odpaloną płytę Riverse - Voices In My Head. Piękna nastrojowa muzyka, na dole wpisu link do koncertu RIVERSIDE - Reality Dream. Mam nadzieję, że się spodoba.
W weekend, udało mi się nieco odpocząć w niezłym towarzystwie, a teraz zostało tylko wziąć byka za rogi i w końcu zacząć realizować wszystkie tegoroczne plany, a jest tego trochę.
Pogoda popołudniu również nie rozpieszczała, cały czas siąpiło. Na drogach spory ruch, starałem się jak najszybciej dotrzeć do lasu i to się udało, tam już cisza spokój, zero spacerowiczów i rowerzystów (trochę szkoda). Zdaje się, że tylko ja jestem taki odjechany aby pchać się w las przy takiej pogodę, ale fajnie było. Pomimo tego, że chwilami lało, podobało mi się. Na uszach dla odmiany "Sonata Arctica" - świetna muzyka, z powerem, podobało mi się. Poniżej link do koncertu, miłego słuchania.