Wyjeżdżam, jest jeszcze jasno, względnie jasno. W końcu po kilku dniach pora wrócić do domu.
Męczy mnie przeziębienie, to już 5 tydzień, chyba pora odwiedzić doktora...
Ale nie to jest ważne, przede mną 30km. Drogi względnie puste, ruch jakby mniejszy, dzisiaj marzę o jak najszybszym dotarciu do Katowic. Jadę ale, nogi nie chcą specjalnie pomagać, o wjeździe w las nawet nie myślę, chociaż góral powinien sobie dawać tam świetnie radę. Mam wrażenie, że wieje na dokładkę wiatr od wschodu..., ech... cóż, jechać trzeba... :)
Na pocieszenie zostaje wysoka (jak na luty) temperatura i coraz dłuższe dni...
Poranek..., poniedziałek..., jestem w Zabrzu... mam bliżej do pracy, ale czuję się tak sobie... W sumie dobrze że zaliczyliśmy "Złoto dla zuchwałych" jednak coś mi się zdaje, że obydwoje to odpokutujemy. Darek rano jedzie do lekarza, a ja się umawiam na jutro... Mam już dość kaszlu, zmęczenia, temperatury. Co nie oznacza przerwy w jeździe na rowerze :), przynajmniej nie w moim, przypadku...
Z helenki wyjeżdżam około 7:30..., jeszcze chwila na smarowanie łańcucha, mała korekta magnesów na kole... i ruszam... Przez chwilę chodzi mi po głowie opcja jazdy przez ul. Leśną, ale szybko nachodzi mnie refleksja, nie mam założonych błotników, nie ma mrozu, a tam na bank leży masa błota. Nie dzisiaj....
Jedyną opcją jest przejazd przez centrum Zabrza i zaliczenie ul Chorzowskiej w Gliwicach za którą nie przepadam, tyle że ok 8:00 przebijam się z centrum Zabrza do centrum Gliwic... rucha jak diabli. Co chwilę coś, światła, skrzyżowanie, korek, autobus... itd...
Po dojeździe cieszy mnie, że to koniec na tą chwilę, może wieczór będzie lepszy?
Baza
Piątkowy poranek, nietypowy. Zamiast do pracy jedziemy z
Darkiem przez Poznań do Lubostronia w pobliżu Bydgoszczy na pierwszy Rowerowy
Rajd; "Złoto dla zuchwałych". Poznań jest jedynie krótkim
przystankiem u klienta.
W drodze przypominamy sobie czego zapomnieliśmy...
Kilkadziesiąt km przed bazą, zatrzymujemy się w Żninie. Wizyta w Biedronce i
Pizzeri. Dość dziwne miasto..., miasto kebabów. Chwilę nam zajęło zanim
znaleźliśmy jakąś otwartą "restaurację". Wystrój i klientela
wskazywała raczej na niezbyt wyszukaną kuchnię z mrożonek. Jednak kucharz
zaskoczył, nie dość że smaczne to na dokładkę dużo...
Z pełnymi brzuchami ruszamy dalej. Do bazy docieramy ok
18:40, organizatorów nie ma. Ktoś w samochodzie obok potwierdza nam, że dobrze
trafiliśmy, a Piotrek jest już w drodze. Ok czekamy.
Dochodzi 19:15, pojawiają się organizatorzy. Melinujemy się
na sali gimnastycznej, staramy się wybrać dobre miejsca, tuż przy gniazdkach i
kaloryferze. Mamy sporo czasu na przygotowanie rowerów.
Powoli pojawiają się kolejni znajomi i... nieznajomi, a w
między czasie organizatorzy proponują nam posiłek - fasolkę po bretońsku,
gorącą herbatę..., rewelacja, na dokładkę możemy się zrelaksować grając w
bilard przy kilku stołach. :)
Około 22:00 sala jest już częściowo wypełniona. Spotkanie z
Barkiem owocuje niesamowitymi gdyńskimi pączkami z wiśniami :). Na spotkaniach
i pogaduchach mijają kolejne godziny. W końcu zmęczeni poddajemy się, pora
spać.
Start
Poranek, sobota, ciężko się wstaje, ciężko się dobudzić,
przeziębienie z którym walczę nasiliło się dość mocno, na dokładkę Darek
wygląda mocno nieszczególnie, ale jeżeli już tutaj jesteśmy to głupio byłoby
nie pojechać.
Dochodzi 7:45 pora na odprawę, wyjątkowo krótką. Dostajemy
mapy możemy zająć się wykreśleniem szlaku. Z grubsza zaznaczamy ścieżki, od
razu zakładając w kilku miejscach 2-3 warianty w zależności od tego co może nas
spotkać w terenie. Niestety jakość mapy pozostawia wiele do życzenia, już na
pierwszy rzut oka widać, ze to robota drukarki atramentowej o nieszczególnych
możliwościach. Wyraźnie brakuje rozdzielczości..., w efekcie część ścieżek jest
prawie niewidoczna, trudno je rozróżnić w gąszczu innych oznaczeń. Tak na dobrą
sprawę wystarczyłoby gdyby zostały usunięte poziomice, są za gęste i niewiele
wnoszą w całości. W końcu to nie Karkonosze, gdzie takie szczegóły mają istotne
znaczenie (chociaż na Rudawskiej Wyrypie poziomice też były usunięte ;P jeżeli
dobrze pamiętam). Koniec narzekania. Kilka minut po 8:00 ruszamy na
poszukiwanie pierwszego PK.
PK 5 - Ruiny wieży
drzewo 20m na N
Ruszamy dalej, trochę podjazdu, ale ruiny wierzy widoczne są
z daleka, krótki postój na odnalezienie lampionu i możemy jechać dalej.
PK 6 - drzewo na SE
skraju skarpy
Dojazd do PK szybki, od poprzedniego przejechaliśmy max
1.5km ,a pewnie mniej. Tym razem poszło nieźle.
PK 11 - Skraj lasu
słupek wysokości
Kolejny bliski punkt, w sumie chyba nawet dobrze, że
pojechaliśmy w tą stronę, gorzej, że wcześniej straciliśmy niepotrzebnie sporo
czasu. Lampion odnaleziony, kierujemy się na wschód, tam czekają na nas 2 PK 10
i 14 umieszczone po 2 stronach drogi którą jedziemy.
PK 10 - Początek
strumienia
Mijamy wjazd na 14 i nieco dalej odbijamy na zachód kierując
się na 10-kę. Natykamy się na grupkę bikerów jadących z, i na PK więc z samym
odnalezieniem lampionu nie ma większych problemów.
PK 12 - Szczyt górki
Pora zawrócić i skierować się na Bukszewo, tyle, że źle
skręcamy i jedziemy na Kaliska..., z pomyłki zdajemy sobie sprawę dopiero w chwili
gdy próbujemy odbić na Obielewo... niby wszystko się zgadzało, ale coś jest nie
tak. Dobrze, że Darek czuwa.
Błąd nie jest może wielki, bo zaledwie kilka km, ale strata
w czasie jest. Zastanawiamy się, czy nie zawrócić do miejsca gdzie mieliśmy
skręcić, decydujemy się jednak na drogę przez pola po utwardzonej drodze.
Przynajmniej tak wynika z mapy. Początek jest niezły, o droga jest niezła.
Tyle, że w którym momencie odbija na północ zamiast prowadzić dalej na zachód.
Może inaczej, droga na zachód była, ale wyglądała tak paskudnie iż
zdecydowaliśmy się na wariant północy ;)
Wkrótce dojeżdżamy do szosy którą mieliśmy jechać wracając z
14-ki. Dojeżdżamy do Jabłówka, wjeżdżamy w drogę prowadząca w pobliże 12-ki.
Jest las, jest zakręt, jest górka..., tylko gdzie lampion?
Po kilku min poszukiwania decydujemy pojechać dalej, objechać górkę i
zaatakować z drugiej strony. Wyjeżdżamy z lasu i brzegiem pola objeżdżamy górkę
odnajdując ścieżkę, chwilę później jesteśmy już na PK wraz z kilkoma pieszymi.
Pomyłka kosztowała nas kolejne kilkadziesiąt minut... Jednego jesteśmy już
pewni - nie zaliczymy wszystkich punktów. Pod nóż idą PK 20, 22, 13, a dalej
się zobaczy.
PK 9 - Granica kultur
Kolejny z PK z moim ulubionym opisem.... ;P
Początkowo mieliśmy na niego jechać przez Gąbin, jednak
droga prowadząca w pobliżu PK 15 jest na tyle dobra iż decydujemy się na kontynuowanie
jazdy nią. Troszkę nie w tym miejscu
wyjeżdżamy na szosę więc musimy szybko skorygować plan jednak do samej 9-ki
dojeżdżamy w dość niezłym czasie. Nawet opis punktu nam nie przeszkodził
:)
PK 2 - Skraj rowu
Ponownie dłuższy przelot przez lasy, aż do drogi prowadzącej
na Łabiszyn, Chwilę później namierzamy rów i kierujemy się wzdłuż niego, natykamy
się na grupę bikerów, wspólnymi siłami odnajdujemy lampion. Można ruszać dalej.
Spoglądamy na zegarek i... chyba pora po raz drugi skorygować nasze plany.
Odpuszczamy 17, 21, 4, 1, a decyzję co do 19 zostawiamy sobie na później.
PK 7 - Brzeg
strumienia
Przejazd przez miasto i długi odcinek szosami, po koniec
wjazd w teren i jesteśmy na PK. poszło nieźle.
PK 23 - Wielki pień
na skarpie
Okolica punktu nie wygląda najlepiej, mocno „nadziubane” na
mapie, sporo ścieżek, może być bardzo różnie. Podjeżdżamy pod górkę zsiadamy z
rowerów i szukamy pnia. Minutę później mamy podbite karty, pamiątkowa fota i
jedziemy dalej.
PK 24 - Skrzyżowanie
drzewo 10m na SE
To PK położony najbliżej bazy, mieliśmy zaliczać go jako
ostatni, ale plany zostały jakiś czas temu zmienione. Przy 23 jeszcze się zastanawiamy
czy aby nie pojechać przez 19-kę... jednak liczba odpuszczonych PK jest zbyt
wielka. Jeden więcej, jeden mniej już niewiele zmieni. Sam punkt odnaleziony
dość szybko, pozostało skierowanie się na 16 i 18.
PK 16 - Zagłębienie
złamane drzewo
początkowo szosą, później trochę terenu i zbliżamy się na
PK. Z daleka widać jakieś zagłębienie, wypełnione wodą, zsiadamy z rowrów i
zagłębiamy się...
Mija dobre 10-15 min. Po drzewie i lampionie nie widać
śladu. Darek postanawia się wrócić... do rowerów i przestudiować mapę jeszcze
raz. Słyszę przekleństwa..., coś się stało...? Wracam.... spoglądam na Darka,
na rowery i... na lampion dokładnie na wprost :)
Zawracamy, po głowie chodzi jeszcze myśl, aby zebrać
19-kę..., mamy ok godzinę czasu. Jednak nie. Wracamy do mety, zatrzymujemy się przy
pałacu w Lubostroniu i wracamy do szkoły gdzie czeka na nas kolejny ciepły
posiłek.
Godzinę później wsiadamy o samochodu i wracamy na Śląsk.
Zamiast do domu, kieruję się na Helenkę, jutro z rana czeka nas wyjazd do Poznania. Zabieram resztę rzeczy z firmy o których zapomniałem i ruszam. Szosy, szosy, szosy i to po raz kolejny w tym tygodniu przez Zabrze, Mikulczyce, Rokitnicę...
Nie spieszę się..., jak będę zbyt wcześnie to czeka mnie kwitnięcie przed blokiem, ale może to i lepiej, przynajmniej nie pędzę na złamanie karku.
Po raz ostatni w tym tygodniu jadę do pracy. Niby czwartek, ale... jutro wyjazd do Poznania a później w okolicę Bydgoszczy. Rower przygotowany, przynajmniej tak mi się wydaje. Mapnik założony, ciężki plecak też, kompas na ręce... mogę jechać.
Po kilometrze staję, coś jest nie tak, czuję, że tylne koło jakieś miękkie jest, przez tydzień z KTM-a zeszło część powietrza. Ech...
Chwila pompowania, mogę jechać dalej, ale i tak mam wrażenie, że jadę na mule...
Chyba przyzwyczaiłem się do Gianta...., do tych wąskich opon..., korby 48ki :) Tutaj muszę walczyć na 42 zębach..., niby da się to nadrobić kadencją..., ale ja wolę siłowe rozwiązania ;P Na dokładkę na podjazdach mam problem z amorem, stary był sporo bardziej twardy, nie bujał tak... ale przecież mam blokadę na kierownicy i zaczynam z niej korzystać.... jest zdecydowanie lepiej..., ale każdy podjazd to konieczność włączenia blokady. Nic to musi wejść w krew...
Po drodze zastanawiam się czy nie zjechać na myjnię, spłukać trochę rower. Jednak nie teraz..., zrobię to wieczorem... po wyjeździe z firmy.
Dojeżdżam do pracy..., kąpiel i można zasiąść przed komputerem.
Czuję lekkie zmęczenie, średnią ochotę na jazdę, z drugiej strony chyba zmęczył mnie dzisiejszy dzień w pracy. Wychodzę raczej klasycznie ok 17:00. Drogi względnie czyste..., nie pada... więc jest nieźle...
W miarę normalnym czasie ocieram do Katowic, mam tylko jedno marzenie... spać :)
A jednak nie..., spoglądam na ślad endomondo i wizę jakieś zanotowane bzdury.począwszy od tego że wygląda jakbym część drogi zrobił chorzowską w Gliwicach a na dokładkę wyrosła mi wielka 2,5km góra :) analizując ślad z rana okazało się, że endomondo gdzieś pomiędzy Bytomiem, a Zabrzem znalazł 100m depresję. Może amerykanie postanowili napaść na kogoś i satelity pokazują bzdury? Cóż... ślad zostawiam dla potomności :)
Wychodzę z domu ok godzinę wcześniej niż zwykle. Powód prosty..., skleroza.Muszę pojechać do Bytomia po klucze z domu, z szafki... Zastanawiam się czy nie pojechać dokładnie tą samą trasą którą wczoraj wracałem z Gliwic? Chwila zastanowienia i nie..., Gliwicka w Katowicach jest mocno rozkopana, jeden kierunek, musiałbym jechać po chodniku, a nie mam na to ochoty. Decyduję się na myk przez Kochłowice i Nowy Wirek z wylotem gdzieś w Świętochłowicach. Ciężko powiedzieć czy będzie bliżej, czy może dalej, ale najważniejsze, że ominę centrum Katowic.
Do Kochłowic idzie rewelacyjnie, na Nowym Wirku jednak niespodzianka... podjazd, długi dość upierdliwy podjazd, nie pamiętam kiedy ostatni raz zrzucałem z blatu, a ty miałem taką wewnętrzną potrzebę, a może to brak kondycji po zimie, po chorobie....?
W Bytomiu decyduje się dzisiaj na ścieżki rowerowe, ruch na drogach jest paskudny...., wystarczy chwila nieuwagi. W końcu dojeżdżam na miejsce odbieram klucze i... kieruję się na Gliwice, przez Rokitnicę, Mikulczyce, Maciejów..., Dochodzi ósma..., jestem gdzieś na granicy Zabrza i Gliwic. Zaciska. Czerwona fala... Masakra
Queen & Annie Lennox & David Bowie - Under Pressure
Wychodzę z firmy i... nie jadę do domu, przynajmniej jeszcze nie w tej chwili. Kieruję się na Zabrze a później Bytom, jestem tam umówiony. Ruch na drogach jak diabli, ale czemu się dziwić jeżeli to czas powrotów, jeżeli to główne drogi?
Nie za bardzo mam w tej chwili ochotę na jakieś szaleństwa na drogach, jadę dość powoli, nie chcę się spocić..., przynajmniej w pierwszej części przejazdu. W centrum Zabrza zatrzymuję się na chwilę przy płaskorzeźbie, szybka focia i mogę lecieć dalej. Tam razem już nie kombinuję jak kiedyś. Najwygodniej jest mi polecieć na Rokitnicę i tam odbić na Miechowice.
Minęło kilka godzin, w końcu trzeba ruszyć w drogę do domu. Jest po 22:00..., chwila zastanowienia i chyba najlepszą opcją jest pociągnięcie głównymi szosami, aż do Katowic. Chyba najszybszy wariant. Na dogach pustka :) odpuszczam nawet jazdę po ścieżkach rowerowych, szkoda na nie czasu, na stanie na światłach. Po prostu jadę... W Katowicach z Gliwickiej skręcam w Wiśniową, i przy makro kieruję się na Załęską Hałdę. W domu jestem w okolicach 23:30. Przed drzwiami uświadamiam sobie, że w Bytomiu zostawiłem klucze. Ech...., będę miał pobudkę wcześniej niż zwykle.
Ruszam i wiem jedno, pora przetestować nową lampkę w terenie, profilaktycznie mam drugą starą na kierownicy oraz czołówkę Biedronkowską na głowie...
Wyjeżdżam z Gliwic i hyc do lasku Makoszowskiego, pierwsza próba to błotniste pobojowisko w okolicy budowy DTŚki, nie była to próba dla lampki, tylko raczej dla roweru, nie spodziewałem się aż tak głębokiego błota, wczorajsze mycie diabli wzięli..., teraz nawet nie zastanawiam się czy jechać drogami czy lasami... Odpowiedź jest jedna. Jak.... cały rower jest up...y to nie zrobi mu już żadnej różnicy przecioranie po terenie. Spodziewam się problemów w okolicach starej hałdy w Makoszowach i... nie mylę się...
Musi być kilka tygodni słonecznych by droga ta stała się w pełni przejezdna, bokami po nieco mniejszym błocie udaje mi się przejechać, pomimo tego, że koła kręcą się w miejscu... prędkość spada do kilku km/h. Koła wyraźnie zwiększyły swoją szerkość, to już nie 700x40... to 700x2.1", kilka kg więcej do uciągnięcia... Wydawało mi się, że dalej będzie już lepiej..., pomyłka, wycinka drzew i ciężki sprzęt zrobiły swoje. Za to z opon powoli odpada warstwa błota...
Dobrze że widzę na kilkadziesiąt metrów do przodu, kilka razy przebiegają mi drogę sarny, tyle, że przy takiej prędkości nie zagrażam im ani one mnie :)
Nieco lepiej prezentuje się odcinek pomiędzy Kończycami, a Halembą..., to co uskuteczniam można nawet nazwać jazdą :)
Krótki odcinek szos na Halembie i w Starej Kuźni ponownie wbijam się w las, dolina Jamny wita mnie rozmiękłą ziemią, głębokimi koleinami, tutaj nie ma mowy o jeździe, jest gorzej niż na hałdzie w Makoszowach, kilkadziesiąt metrów muszę podprowadzić rower...
Dzieje się...
Przy drodze na hałdę w Panewnikach natykam się na pociąg... chwila przerwy i ruszam w dalszą podróż, tyle, że już niedaleką, w ciągu kilku minut dojeżdżam do asfaltu...
Jeszcze krótki odcinek terenu na końcu Bałtyckiej, gdzie doganiam jakiegoś zupełnie nieoświetlonego "niedzielnego" bikera, tyle, że dzisiaj widzę go ze 100m :)
15 min później jestem w domu, rower wygląda tak jak przed wyjazdem na Helenkę... w niedzielę, szkoda go było myć ;P