Poranek, leje..., sprawdzam pogodę nie ma szansa na to aby przestało, na to aby nieco się wypogodziło, przynajmniej nie będzie tak z rana. Pozostaje ubranie się w nieprzemakalne ciuchy... W końcu na rowerze, mimo wszystko nieprzyjemnie się jedzie w takich warunkach, pcham się szosami, w zasadzie niewiele to zmienia, może jedynie błota będę miał na sobie mniej... W Gliwicach po 30km wszystko przemoczone..., wykręcam ile się da, ubrania lądują na kaloryferach... może wyschną... W razie czego mam zapasowe wdzianko w firmie właśnie na takie okazje, tyle że drugiego kompletu butów nie mam w pracy... na bank nie wyschną i będę musiał wbijać w zimne, mokre spdki...
Po pracy już o niebo lepiej, wychodzę później niż planowałem, niż myślałem, jednak co w tym dziwnego..., w zasadzie prawie zawsze wychodzę później.
Wbijam się w wyschnięte ciuchy , no może poza jednym szczegółem, buty tak jak się spodziewałem są mokre i zimne..., chwila strachu, szoku termicznego... i już :) Mogę ruszać..., na szczęście nie leje..., niemniej nogi przemarzają... Wracam również szosami, w takim stanie nie będę się wygłupiał... wszystko i tak poleci do prania..., wirowania..., Dojeżdżam do Katowic, jest już ciemno...., ale nie padało i to jest ważne..., wkrótce pogoda ma się poprawić... i oby tak było
Poranek po szosach, znowu wychodzę, późno, tyle, że spieszy mi się..., zależy mi aby dotrzeć do pracy względnie szybko..., dzisiaj zapowiada się długi dzień..., początkowo na drogach sajgon..., źle się jedzie, sporo samochodów, jednak 10 po 8 zaczyna się luzować, końcówka w Gliwicach bardzo przyjemna... i najważniejsze, spokojna...
Powrót nieco wcześniej niż wczoraj, mam ok godzinę do zachodu słońca, przy czym, coś jest nie tak..., czuję, że poleciały mi baterie, wyładowałem się..., jadąc na rowerze brak mi sił, brak chęci..., na wszelki wypadek jadę terenem... dzisiaj lepiej nie kusić losu... te 30km zajmuje mi sporo czasu... Co ciekawe początek jest tragiczny, ale po ok 10km chyba się lekko rozkręciłem, nie myślę już o zatrzymaniu się na chwilę, o przerwie, o odpoczynku, po prostu jadę dalej, docieram do domu.... prawie gdzinę dochodzę do siebie...
Porankowy wyjazd do pracy..., na zewnątrz dość przyjmnie..., można nawet powiedzić, że ciepło jak na tą porę roku..., chociaż weekend był cieplejszy..., bardziej słoneczny. Trzeba się jednak cieszyć tym co się ma..., prognozy wskazują od połowy tygodnia załamanie pogody, będzie lało :( Mimo tego, że wyjeżdżam później, jadę po terenie..., mam ochotę na małe szaleństwo... i na święty spokój..., ciszę w lesie. W Sośnicy coś mnie podkusiło i zaliczam pełny podjazd na hałde, jadę szczytem, jesienne mgły unoszące się nad okolicą robią niesamowity klimat... Jest pięknie.
Po pracy szosami..., z firmy wychodze późno, 15 min później jest już ciemno, chcę się jak najszybciej znaleźć w domu, chcę odpocząć....
Wyjeżdżając z placu budowy na Rogoźnickiej w Zabrzu, a może już Rudzie Śląskiej natykam się na jakiegoś palanta w "Cienkolu", który nie wie czy chce jechać, czy stać..., masakra..., ma pierwszeństwo..., zachowuje się jakby pierwszy raz za kółkiem siedział, co za...., oj poleciała ciężka wiązanka... Za to podniosło mi się ciśnienie i kilka km miałem dodatkowe dopalanie :) W sumie było nieźle...
CHŁOPCY Z PLACU BRONI - kiedy już będę dobrym człowiekiem
Ponownie po terenie, ostatnio spodobał mi się przedłużony mocno terenowy wariant, dzisiaj powtórka z małą korektą, jeszcze więcej terenu ;0, ale kto mi zabroni... Muszę odreagować, a to najlepsza opcja... Na dokładkę całość nagrywam kamerką, przyda się na długie zimowe wieczory :)
Kolejny dzień, tyle, że po jednodniowej przerwie rowerowej, wczoraj niestety rower nie wkomponował się do całości więc musiał zostać w domu... na szczeście na krótko... dzisiaj już normalnie. tzn z opoźnieniem po szosach mknę do pracy...
Powrót po kilku szosowych przejazdach musiałbyć po terenie..., wybieram trasę nieco dłuższą, za to jak wjeżdżam w Sośnicy w teren tak dopiero 3 km przed domem witam się z cywilizacją... Genialny wariant, szkoda, że mało nim jeździłem, ale jest jeszcze szansa na kilka przejazdow nim w tym roku... :)
Kolejny poranek, kolejny raz biorę jakieś prochy na rzeziębienie i pędzę do Gliwic po szosach... klasyk... jestem spóźniony...., początkowo się spinam, ale nie chce mi się... czuję lekką gorączkę, pocę się nimiłosiernie.... Na szczeście docieram do Gliwic w jednym kawałku... mogę się przebrać i trochę rozgrzać... :)