Poranek, zbieram się wychodzę, leje... Nie jestem z tego powodu szczęśliwy, teren odpuszczam, po wczorajszej glebie nie wiem jak będzie mi się jechało, kolano dalej boli. Szybko okazuje się, że boli jak chodzę, a nie jak jadę... Jednak jest spora różnica pomiędzy jedną, a drugą aktywnością. Obciążenie nóg jest zdecydowanie mniejsze na rowerze. Dobrze się dzisiaj jedzie, nie popełniam takich błędów jak wczoraj, może to też nieco mniejszy ruch? Ciężko powiedzieć... Dojeżdżam do pracy, jestem przemoczony, w zasadzie wszystko jest przemoczone..., ciekawe czy wyschnie, chociaż poza butami w razie "w" mam komplet zastępczy. Chwilę po przyjeździe deszcz ustaje..., świnia...
Wracam po szosach, pomimo tego, że mam nieco więcej czasu i mógłbym pchnąć lasem ,to jakoś odstrasza mnie błoto na które mogę się natknąć. Reszta nie ma znaczenia, ciuchy suche, ale buty przemoczone, a wszystko upstrzone błotem.... Tyle, że nie leje i jest ciepło... długa bluza ląduje w plecaku..., początkowo i tak jest mi chłodno, ale to przez pierwsze 4-5km później już jest mi gorąco... :) Dojeżdżam do domu, poszło całkiem zgrabnie..., jestem zadowolony, w planach jeszcze mycie roweru...
Kolejny poranek, ciepło jak na tą porę roku, w chwili wyjazdu było ok 10 stopni, jednak wyjeżdżając z miasta temperatura nieco spadła. W każdym bądź razie szybko koryguję plany, miałem jechać po szosach, ale jak zauważyłem jakie błędy popełniam na drodze, to lepiej dla mnie i dla wszystkich będzie jak pojadę lasem... W pobliżu domu mało nie wpakowałem się pod samochód, w ostatniej chwili udało mi się wyhamować, ominąć samochód. To zdecydowanie nie mój dzień. W Panewnikach wjeżdżam w las, stosunkowo mało błota, w zasadzie tylko na niewielkim fragmencie jest błotniście. Zaliczam wszystkie kawałki leśne... Zdedydowanie bezieczniej się tutaj czuję...
W Gliwicach jestem nieco później niż myślałem, ale... przynajmniej w jednym kawałku
Wracam z pracy, jest stosunkowo późno, ale podobnie jak rano nie mam ochoty na jazdę szosami, nie czyję się dzisiaj na siłach, aby walczyć ze zmęczeniem na drogach, zbyt niezbezpieczne. Wjeżdżam w Sośnicy na hałdę i gnam lasami...
Niby wszystko ok, niby sucho. W zasadzie nic się ciekawego nie dzieje aż do... lasów panewnickich. Tam masa błota, na jednym takim placku rower ucieka mi...., wbijam się w jakieś krzaczory, ląduję na boku chwytając jakieś gałęzie, walę kolanem w cegłówkę leżąca na poboczu, co ona to robi...
Czuję nieziemski ból, klnę siarczyście..., mija kilka minut zanim dochodzę do siebie... kolano boli jak diabli...
Dojeżdżam do domu, sprawdzm co z kolanem. Paskudnie to wygląda, ale jest całe, tyle, że zerwany naskórek i kawałek wydepilowany.
Wczesna pobudka, jestem niewyspany, na zewnątrz ciemnia. Wsiadam na rower i pędzę, muszę dotrzeć przed 8:00 do firmy, jedyna możliwość to szosy, dziwnie pusto. W zasadzie to chyba normalne o 6:40 rano..., Cisnę ile wlezie, jednak zmęczenie po Harpaganie daje o sobie znać... Niemniej zgodnie z planem docieram do Gliwic 10 minut przed ustalonym czasem, teraz szybka kąpiel i mogę się zająć ważnymi sprawami...
Wracam z pracy, wychodzę późno, bo w końcu jak wcześniej się przyjedzie to wychodzi się późno... Czuję wszechogarniające mnie zmęczenie, muszę kiedyś się wyspać, jadnak coś czuję, że jeszcze nie dzisiaj..., wieczorem jeszcze kilka spraw do załatwienia, zrobienia... Jadę szosami, może zaoszczędzę trochę czasu...
Jestem już w Ochojcu, coś na ząb i jadę rowerem do znajomych, odbieram kompa i wracam... będę miał dodatkowe zajęcie... nie będzie mi się nudzić...
Do pracy samochodem..., weekend delikatnie się przeciągnął..., rano zero chęci do jazdy, a musimy być w Gliwicach przed 8:00... Rower został na Helence...
Po pracy nieco podobnie, wychodzę z Darkiem i jedziemy do Zabrza..., chwila na rozmowy i ruszam do Katowic. Jest już ciemno..., początkowo myślałem, że jednak pojadę dłuższą trasą, nieco bokiem ,nieco więcej w terenie, ale jest na tyle późno, że zdecydowałem się jednak na klasyk szosowy. Jest niesamowicie ciepło..., niewielki ruch na drogach.., jedzie się szybko i przyjemnie...
W domu, padam na pysk..., zmęczenie..., a z rana muszę być przed 8:00 w Gliwicach...
Piątkowy wyjazd do pracy, ostatni w tym tygodniu i pierwszy na nowym napędzie. Wymienione zostało całkiem sporo... środkowa zębatka na korbie, stara padła po ok 25000km, kaseta z tyłu, kółka w przerzutce. Nowa to ponownie szosowa 11-25 nowe łańcuchy Campagnolo C9, wymienione wszystkie linki, stare po kilku miesiącach są już mocno poniszczone, a pancerze pordzewiałe... Powinien być przez jakiś czas św spokój... zastanawia mnie tylko jedno... Do tego łańcucha nie udało mi się wpiąć spinek Srama które uważam za chyba najdoskonalsze na rynku, bo to jedyne które mi nie strzeliły po nawet długim czasie eksploatacji, czyżby łańcuch był ciut szerszy?
Coś jest jednak nie nie tak... czuję, że od czasu do czasu łańcuch przeskakuje na zębatkach, nie ma reguły, może za słabo napięty, a może to wina użycia starej spinki Connex-a? Dzisiaj już tego nie sprawdzę, za kilka godzin wyjazd na Harpagana 46. Jak wrócę to będę się nad tym zastanawiał.
Kolejny dzień, kolejny poranek, kolejny raz leje... Za oknem wrednie, pierwsze co sprawdzam to prognozy i czeskie radary pogodowe... Hmmm, może nie będzie tak źle...? Wygląda na to, że za ok godzinę ma być okienko pogodowe, na tyle długie że powinienem minąć deszcze. Wyjeżdżam po 7:20. Jest mokro, ale nie pada... Na drogach lekkie szaleństwo..., ale nie myślę o lesie, nie dzisiaj, nie teraz... może wieczorem przy powrocie. Dość wrednie powiewa z południowego zachodu... ciężko się jedzie... Docieram w jednym kawałku do Gliwic..., jestem już w firmie... kolejny sukces :), kolejny dzień rozpoczęty rowerowo
Przed wyjściem odbieram telefon..., nie będzie lekko... już wiem, że jadę dookoła, jadę przez Bytom..., zastanawiam się tylko którędy? Pewne jest jedno będzie sporo szos..., raczej bez nich się nie obędzie..., jeżeli planuję w miarę wszystko zaliczyć... Wybieram drogę może nieoptymalną, ale znaną mi... Więc Zabrze Rokitnica i tam odbijam na Miechowice przez tutejszą "Ostoję Leśną", gdy do niej dojeżdżam zaczyna się ściemniać, nie jestem specjalnie przygotowany na jazdę po lesie po ciemku, muszę jak najszybciej się stąd wydostać, niemniej jazda po kolorowym jesiennym dywanie polanym porannym deszczem dostarcza mi sporo radości ;P Załatwiam to co mam do załatwienia w Miechowicach i mogę jechać dalej, wyjeżdżam centralnie na centrum Bytomia i dalej jadę Głównymi drogami przez Świętochłowice, Chorzów i centrum Katowic, coś mnie podkusiło aby zobaczyć jak zmieniają się śródmieścia naszych miast. To co widzę nie cieszy, nie w tej chwili, prawie na całej długości remont torowisk, ulic, sporo wahadeł, pozamykanych przejazdów. Za to jest szansa że już w przyszłym roku będzie można tędy pomknąć nieco szybciej nie wpadając pomiędzy płyty, a szyny... W sumie pozytywne wrażenie. Jedynie te sp...e centrum Katowic, nie chce mi się go oglądać, remont 3-go maja to jakaś kpina... i ten blob narzucony na dworzec PKP. Fuj...