Poranek jak to poranek o tej porze roku... nic się nie chce... przeziębienie dalej męczy..., wyjeźdżam późno, bardzo późno..., nawet nie myślę o jakiejś alternatywie przejazdu... muszę pechąć szosami... Całkiem spory ruch, boję się korków..., nie wiem jak będzie w Zabrzu, bo tam tracę ostatnio najwięcej czasu... Dojeżdżam do granicy Rudy Śląskiej i Zabrza. Zaczęli wylewać asfalt na ul Rogoźnickiej.... po chyba 6-7 miesiącach... jeszcze chwila i będzie rewelacja. Dojeżdżam do Kończyc jadę w kierunku centrum i korka nie ma... zaskakujące. Okazuje się że skończyl się remont torowisk tramwajowych w tej części Zabrza. Nie muszę się przebijać między blachosmrodami... Reszta trasy to już bajka:)
Powrót z pracy również nie terenowo, w trakcie dnia tel. muszę lecieć szsami a wieczorem jeszcze krótki wypad do znajomych ustawić i dekoder TV... w suei szybki szpil, ale wymusilo to na mnie zniamę wcześniejszych planów... cóż... :) i tak było miło
Wariant dojazdówy skrócony... wylot z Helenki... do pracy jedynie 16-17km, niedaleko. Powinienem dotrzeć w 40 min, wybieram raczej boczne drogi, niejstety nei wszędzie jest tak różowo i kawałki mam do przejechania po bardziej ruchliwych szosach...
Ostatni dojazd dopracowy w tym tygodniu, za kilka godzin wyjazd na Kaczawską wyrypę... ciekawe jak będzie. Jestem masakrycznie przeziębiony... Cóz, jak się chce jeździć to nie ma przebacz..., nie ma zlituj.., Wczoraj wieczorem jeszcze szybkie mycie i oliwienie rowerka..., a dzisiaj po szosach... nie chce, aby się zbytnio utytłał w błocie :)
Wyjeżdżam z domu, zimno jak diabli..., spoglądam na oszronione samochody..., przynajmniej nie muszę drapać. Za to drapie mnie w gardle..., nie niedobry znak przed Kaczawską Wyrypą, ale wiem jedno nie odpuszczę..., tyle, że czuję iż siły gdzieś mnie opuściły.. Nic 7 kamyków po drodze zebrane..., teraz trzeba je wyrzucać po jednym, gdy nie zostanie żaden będę zdrowy... ;P
Dzisiaj wychodzę późno, zresztą w tym tygodniu jakoś tak wychodzi..., postanawiam jednak polecieć po szosach..., będzie nieco szybciej, przynajmniej taką mam nadzieję. Za to czuję, że przeziębienie rozwinęło się w pełni... Połykam jakieś prochy i w drogę... 30km przede mną... rozważałem alternatywny dojazd, ale niewiele by to zmieniło, może poza drobnym szczegółem, zajęło by mi to więcej czasu :)
Znowu wietrznie, znowu pod wiatr... ech... czuję że coś mnie zaczyna rozkładać... chyba wieczorem pora zapodać kolejne prochy..., a na razie trzeba dojechać do domu...
Jadę niespiesznie, powoli, za to po terenie, początkowo szosami, jednak szybko odbijam na Makoszowy. Jesienny las jest niesamowity, szkoda tylko, że nie słychać ptaków, w zasadzie to poza szumem wiatru nic nie słychać...
Powrót masakra... całość pod wiatr..., na dokładkę dalej się nie chce, tyle, że teren teren teren..., mimo wszystko chyba wolę jego niż szosy, chociaż do tych drugich też nie mam nic, i jeden i drugi wariant ma coś w sobie...
Przyznam się, że nie wiem co lepsze, deszcz, czy upierdliwy wiatr..., niby mam go z tyłu, może delikatnie z boku, ale nie sprawia mi to przyjemności, jest wrednie. Na dokładkę na ulicach jakieś szaleństwo..., wjeżdżam w las i jest lepiej, jest cisza, spokój, jest rower i jestem ja... w tym wszystkim... Ochota do kręcenia dalej nie wraca..., może ostatnio nieco przegiąłem? Może to przemęczenie? Diabli wiedzą...