Gdy ruszam spod firmy zegarek pokazuje 17:15.... jest duszno... jest ciepło.... i jest dzień po opadach... Dzisiaj już potrzebuję wjazdu w las... Hałdę na Sośnicy odpuszczam, tam Bóg wie co w tej chwili jest... może się osunęła jak to często czyni po większych opadach? Nie mam ochoty ego sprawdzać...
Jadę przez Makoszowy... w kierunku tamtejszych stawów, na chwilę zatrzymuję się przy sklepie, szybkie zakupy... i ruszam dalej.... W niektórych miejscach jest sporo wody i błota... jednak i tak mniej niż można by podejrzewać... za to jest jeszcze bardziej duszno niż w mieście... wszystko dookoła paruje....
Na dolinie Jamny mała przerwa... konsumuję to co wiozę ze sobą z Zabrza.... w między czasie odbieram telefon... w sumie mija mi tutaj dobre 20 minut... tylko jedna mucha końska mnie użarła... ;P w trakcie przerwy....
Ruszam dalej... ostatnie 10 km ... mija dość szybko.... W domu marzę o kąpieli pot leje się ze mnie litrami...
Nadeszła środa… wietrzna środa… i chyba trochę deszczowa…
pogoda zmienia się jak w marcu…. Raz świeci słońce, a 10 minut później kropi
deszcz, a wszystko to przy bardzo silnym wietrze z zachodu….
Wyjeżdżając z
rana miałem pod górkę… chociaż muszę przyznać, że było przyjemnie…
nawet te niewielkie opady specjalnie nie przeszkadzały… z Jednej strony lubię
taką pogodę, z drugiej wiem, że będę walczył z wiatrem….
W Gliwicach na dość paskudnym skrzyżowaniu Królewskiej Tamy i Błogosławionego Czesława robią rondo… w
końcu zostały wysłuchane moje modły… to miejsce było cholernie niebezpieczne,
ileś razy widziałem tam wypadki… a wszystko ze względu na to że w jednym
miejscu łączy się kilka dróg… cześć ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego kto ma
pierwszeństwo… i jest bardzo różnie… Przy okazji budowy DTŚki w końcu powstało
tutaj rondo z prawdziwego zdarzenia… będzie bezpieczniej… bo już jego istnienie
wymusi na kierowcach zmniejszenie prędkości… myślę, że za tydzień już zostanie
oddane do użytku…
Po kilku dniach pogoda zaczęła się poprawiać, pojawiło się nawet słońce na niebie..., gdy ruszałem było dość przyjemnie... Przez jakiś czas rozważałem czy by nie wjechać w las... pewnie będzie masa błota... ale rower i tak nadaje się do mycia... więc zrobię to na dzielnicy już po powrocie. W Zabrzu słyszę metaliczny dźwięk... brzdęknięcie... domyślam się co to... spoglądam na tylne koło... jest bicie... pękła szprycha... Chwila namysłu... czy mam taką w domu? Nie wiem...
Zmiana planów... jadę szosami i zaliczę rowerowy w Kochłowicach jest otwarty do 19... chyba... W Zabrzu na chwilę staję przy Biedronce... muszę wziąć kasę z bankomatu... bo nie pamiętam czy mają tam terminal... Krótka przerwa i oglądam koło... strzeliła tylko jedna... koła i tak są już na dojechaniu... wiec więcej z nimi nie będę robił... nowe obręcze czekają... na dogodny moment...
Dalsza trasa już ostrożnie, bez gnania.. chciałbym jednak dojechać a nie dojść... do domu... zerwanie kolejnych szprych może mi to uniemożliwić...
W Kochłowicach jestem o 18:45... pakuję się do sklepu... są szprychy takie jakie potrzebuję... tzn... o takiej długości... tyle, że to te najtańsze... za 50 groszy Spoke... Nie lubię ich... bo wytrzymują u mnie do 3 miesięcy... ale jak wspomniałem koła są na dojechaniu... więc to nie robi w tej chwili różnicy.... Kupiłem 10... - zaszalałem ;p
W Piotrowicach krótka przerwa.... na myjni... rower jest totalnie zasyfiony po 3 dniach jazdy w deszczu... po mokrych drogach... a jak mam coś przy nim robić... to... lepiej by się nie sypało z niego.... 2 minuty mycia i wygląda jak nówka ;P
Wyjechałem dość późno jest 17:30 gdy wsiadam na rower, wyczekałem na to by minęły nas
deszczowe chmury… lało solidnie… Na drogach jest mokro… nawet bardzo…. O wjeździe na leśne ścieżki nawet nie myślę, pewnie pływałbym w bagnie, w błocie... Pozostała jazda
szosami, na początku miałem założoną przeciwdeszczówkę… tyle, że było tak
gorąco, tak duszno… iż już po kilku km musiałem stanąć na przystanku
autobusowym i wrzucić ją do plecaka… inaczej bym się zagotował w środku… Jadąc dalej już na krótko było przyjemnie... na całej trasie nie spadła na mnie kropla deszczu :) Za to rower wygląda tragicznie... nazbierał masę piachu... Trzeba będzie go spłukać... może jutro z rana?
O 4:00 obudził mnie ból głowy, na dworze lało. Ból
to pewnie efekt odwodnienia… Wypiłem trochę wody mineralnej i poszedłem jeszcze
spać… Wstałem o 6:00… ból nie ustąpił, był jedynie mniejszy…. Zjadłem
śniadanie… pozbierałem się, deszcz przestał padać… Wczorajsza opalenizna lekko mnie pali….
Wyjechałem
dopiero o 7:20… Przez całą drogę to popadywało, to była przerwa…. Wiał bardzo
silny wiatr od zachodu…, czułem zmęczenie, zresztą dalej czuję, to pewnie
wszystko po trochu… i wczorajsze słońce, i odwodnienie, i 150km w nogach….
Niedziela, późny świt... Pora wstawać..., zbierać się i powoli w drogę... w drogę do Koluszek... Początek do dotarcie do stacji PKP w Katowicach... jest chłodno... niektóre termometry podobno wskazywały cale 7 stopni, mój w liczniku pokazał na szczęście 12... nie jest źle...
Na dworcu... muszę odszukać konduktora, którym okazuje się pani :)... chwila rozmowy i mogę wprowadzić rower... okazało się, że TLK nie przewiduje przewozu rowerów... pomimo tego, że na necie jest jak byk informacja o takiej możliwości... to chore... w zeszłym roku jakoś się dało podstawić wagon z wieszakami na rowery... w tym roku ani razu nie widziałem go w wagonach tej spółki... a inne nie kwapią się by zatrzymywać się w Koluszkach, ew... z kilkoma przesiadkami i czasem jazdy > 4 godzin... ech... Polska...
No nic... przynajmniej obsługa miła... i też nie ich wina... cieszę, się, że jadę...
Podróż przebiegła tak sobie, musiałem co jakiś czas kontrolować rower... 2 razy się wywalił... gdy pociąg przejeżdżał przez progi zwalniające ;P
Lekko poobijani docieramy do Koluszek... miasta nawet nie zamierzam zwiedzać... już wcześniej dało się zauważyć, że tutaj jest mniej "atrakcji" niż na pustyni Błędowskiej... chyba że ktoś jest wielbicielem kebabów ;P
Odszykowałem rower i mogę ruszać... na wyjeździe kilka niespodzianek w postaci objazdów, rozkopanych dróg... mała zmyłka i pojechałbym nie tam... ale zauważam problem... odbijam i wracam na główną 715kę... i jadę na Redzeń, Regny. W Budziszewicach słyszę że trwa msza... sporo ludzi na zewnątrz, masa samochodów... pierwotnie miałem odbić na rezerwat Małecz i przejechać znowu lasem do Skrzynek... ale dostałem informację o nowym DDR-e w Zaosiu. Na rogatkach z Daleka widzę kogoś... to.. chyba Karolina....
Zatrzymuję się... chwilę się witamy... po długim niewidzeniu...
Tuż obok jest pomnik, na chwilę podjeżdżamy zrobić fotkę... i ruszamy do... najbliższego sklepu... ;P
Muszę się czegoś napić... gdy wchodzę gaśnie światło... właścicielka rzuca przekleństwem... dowiaduję się że takie wyłączenia to ostatnio norma... na dokładkę raz nie ma wody, raz prądu... na szczęście udaje się kupić Nestea... opróżniam butelkę i możemy jechać dalej na Skrzynki gdzie mieliśmy się spotkać :)....
Mijamy kilka znajomych mi miejsc w Ujeździe i Skrzynkach. W tym pierwszym zatrzymujemy się przy młynie... Co prawda budynek jest w dobrym stanie, chyba ktoś w nim nawet mieszka, ale po kole wodnym, a podejrzewam że takie było... nie ma już śladu... reszta drewnianej konstrukcji się rozpada... :(
Jedziemy w kierunku Lubochni... w zasadzie nie do końca mamy sprecyzowany plan, ale co wyjdzie to wyjdzie... Już z daleka widać 2 wieże kościelne, gdy dojeżdżamy w pobliże już wiemy, że do środka nie wejdziemy... Trwa msza... no tak... w końcu mamy niedzielę, tuż obok stoi kramik z zabawkami, pierwsza moja myśl to odpust... ale zostaję uświadomiony, że jednak nie.. to tutaj normalne...
Jedziemy wzdłuż S8 do Czerniewic... myślałem że tam odbijemy na zielony szlak,ale dowiedziałem się od mojej przeuroczej przewodniczki, że zielony oznacza piasek... a w Czerniewicach... czeka na nas starusieńki i zniszczony drewniany kościółek... aż żal patrzeć jak podupada... z daleka jest jeszcze ok. ale gdy podejdzie się bliżej... to już widać, że niektóre deski spróchniały... tu coś się rozpada, tam wyleciało... Aż prosi się by wyciągnąć na niego kasę z UE... Za parę lat może już go nie być... :(
Zawracamy, nieco... znów przy S8... ale może kilometr dalej, może nawet 2... wjeżdżamy w las... na Gierkówkę, asfalcik prowadzący kiedyś do rezydencji Gierka... szkoda, że została zrównana z ziemią..., za to pozostały malownicze stawy na Gaci...
Jest coraz cieplej... dochodzi południe... kierujemy się na Spałę, tam niemiła niespodzianka, trwa jarmark.. ludzi jak "mrówków", zresztą samochodów też. Jazda rowerem jest prawie niemożliwa... przeciskamy się pomiędzy tłumami... kilka razy musimy się zatrzymać... wjeżdżamy na 48.... trochę gnających blaszaków... ale o dziwo nie jest źle... zresztą szybko odbijamy w las... odszukać sosnę na szczudłach... ostatnia próba 2 lata temu zakończyła się brnięciem w pół metrowym śniegu. Tym razem po śniegu nie ma śladu... sosna namierzona... za to odpuszczamy Grotę św. Huberta, chociaż jest na wyciągnięcie ręki...
Podjeżdżamy do Ośrodka sportowego w Spale... z myślą o obiedzie... obiady zaczynają się o 13... trzeba poczekać na recepcjonistkę, ale jest otwarta kawiarnia... korzystamy z tego i zamawiamy sobie po kawie... :)... Możemy siąść pod parasolami, jest nieco chłodniej... zbliża się 13... więc jeszcze raz atakujemy recepcję.. i... dowiadujemy się, że dzisiaj nie będzie możliwości wykupienia obiadu... mają komplet..... wszystko wyliczone dopięte do ostatniego kotleta ;P
Cóż... jest jeszcze młoda godzina... Karolina wspomina coś o pysznym jedzeniu w Ośrodku Chrześcijańskim w Zakościelu... Więc ruszamy, zawracamy do Spały... 48 to droga dla samobójców... lepszą opcją jest droga przez Królową Wolę... W Inowłodziu odbijamy na Zakościele przejeżdżając tuż pod kościołem św. Idziego, zauważam podjazd... ale nie dzisiaj... niedaleko jest ośrodek i bujany most :)
Na terenie ośrodka dowiadujemy się, że obiad już jest... płacimy za niego w recepcji (chyba nie przyzwyczaję się do tego)... i gnamy na stołówkę... w ciągu minuty dostajemy wazę z ogórkowa..., 3-4 minuty później podane zostaje drugie danie... dzban z kompotem i mizeria są na stole... gdy zbliża się 14:00 pojawiają się głodni i spragnieni uczestnicy trwającego (a w zasadzie ledwo co zaczętego) turnusu, śłuchać kilka języków... możemy się tylko domyślać skąd są...
Po sytym jedzeniu pora przejść się po ośrodku... W oczy rzuca cię piękny drewniany budynek... szkoda tylko, że jest lekko zaniedbany, być może starczyło by go tylko odmalować, bo łaty łuszczącej się starej farby straszą...
kilka kroków dalej jest mostek linowy... bujany... huśtany..., niewiele takich konstrukcji jest w Polsce... w zasadzie to kolejny kojarzę w Wiśle... a tutaj niespodzianka... bujana przeprawa na wyspę :)
Tutaj też kończą się plany Posterunkowej... co do wycieczki... pytanie tylko gdzie dalej... docelowo muszę zaleźć się w Opocznie... ale to dopiero przed 20... (o 19:50 ma mnie odebrać pociąg do Katowic)... Więc... cokolwiek byśmy nie wymyślili to trzeba się kierować na południe... Droga 726 jest zamknięta dla ciężarówek i tirów... więc ładujemy się na nią... po drodze mały skok w bok do źródełka przy Pilicy...
Gdy wracamy na 726 na Opoczno... zaskakuje nas DDR-ka... zaskakuje to, ze w Polsce jednak się da zrobić drogę rowerową na której jest asfalt, nie ma dołów, kostki, zasieków... nie przekracza głównej drogi wijąc się raz z lewej, raz z prawej strony....
Na wysokości Dęby Opoczyńskiej czeka nas objazd, wiadukt jest zamknięty... trwa remont... ale mamy okazję przejechać tunelem pod torami :)... Tam Karolinie wypada mapa z mapnika, tylko jak ona to zrobiła (mapa oczywiście), musimy się zatrzymać i wrócić po zgubę... Kierujemy się dalej na Sławno przez Kraśnicę gdzie czeka nas krótki postój przy kościele... przy okazji dowiadujemy się o Zawodach MTB... Chyba nie zazdroszczę zawodnikom tych piasków... ;P
Kościół z zewnątrz wygląda ciekawie, za to prawdziwe skarby znajdują się w środku..., szkoda tylko, że jedynie przez szybę mogliśmy zrobić foty... bo kazalnca jest w kształcie łodzi...
Gdy dojeżdżamy do Sławna robimy małą przerwę w pobliżu centrum (przyznam się, że zaskoczyła mnie ta miejscowość, na mapie wyglądała na zdecydowanie większą), ważne że było zaopatrzenie, potrzebowaliśmy już napojów, potrzebowaliśmy coś zjeść, usiąść na zwykłej ławce... nie na siodełku... które już pewnie nam się odbiło...
Dopiero teraz czuję jak bardzo mnie spaliło słońce, po raz chyba 4-ty w tym roku...
Spoglądamy na zegarki... jest jeszcze trochę czasu... więc... możemy podjechać do Zajączkowa, w pobliże pałacu... przy okazji okazało się, że na mapie jest błąd... i droga prowadzi zupełnie inaczej niż było zaznaczone... dzięki temu zamiast do Zajączkowa na wprost docieramy do Sysek z których odbijamy na Zajączków...
Wyjeżdżamy dokładnie przy Pałacu... jest wielki, zadbany...i... niedostępny... Całość należy do prywatnych właścicieli... nie ma opcji by wejść na jego teren... trudno, ważne że nie niszczeje, nie popada w ruinę...
Tuż obok jest kościół, przy którym również przystajemy, ktoś dowcipny pokrył go ohydną blachą pomalowaną na równie paskudny kolor... Chyba tylko na zdjęciach poddanych obróbce wygląda to w miarę dobrze...
Po kilku minutach przerwy... i analizy mapy postanawiamy pojechać na Grudzień-Kolonię, gdzie i ja i Karolina mamy w miarę prostą drogę... ona do Domu a ja do Opoczna... Gdy stajemy w cieniu przystanku autobusowego... odpalam dla zasady nawigację, wiem, że będę musiał nieco mocniej nacisnąć na pedały by mieć zapas czasu... by mieć pewność, że zdążę na pociąg... dowiaduję się, że do Opoczna, a właściwie do stacji mam około 13.5km :) nie powinno mi to zająć więcej niż 40 minut, ale... po drodze może się wydarzyć wszystko...
Po kilkunastu minutach trzeba się rozstać, każdy jedzie w swoją stronę... to już koniec wycieczki.... może uda się zorganizować kolejną i odwiedzić miejsca gdzie jeszcze nie dotarliśmy?
Ruszam i gnam na Sławno... w którym odbijam w ul Piłsudskiego która ma się zmienić w szuter..., zmienia się... w piaskownicę, myślałem ,że to będzie kawałek więc brnę dalej... O jeździe na cienkich kołach nie ma mowy... tutaj poradziłby sobie jedynie góral na oponach 2.1 cala... Dookoła mnie latają wielki muchy... chyba się cieszą z darmowej wyżerki... Co chwilę któraś na mnie ląduje... gryząc niemiłosiernie... nie zostaję dłużny, ubijam kilkanaście... o jeździe nie ma dalej mowy... więc biegnę... z rowerem u boku... dopiero po 2 km... podłoże jest na tyle ubite że mogę wsiąść na rower i uciec przed morderczym latającym muszym szwadronem.... Dopiero gdy przekraczam 16km/h muchy zostają w tyle.... żyję... umknąłem... Gdy dojeżdżam do asfaltowej drogi... prowadzącej na Prymusową Wolę natykam się na miejscowego rowerzystę który widział mnie w Sławnie.... i dopędził jadąc dookoła... Wiedział, że droga którą jadę to piaskownica... Miałem jechać dalej na wprost... ale nie mam ochoty na kolejną walkę z piaskiem, muchami... po krótkiej konsultacji odbijam na 12kę... i nią docieram w pobliże obwodnicy Opoczna gdzie zjeżdżam na stację Opoczno Południe...
Tam... ludzi co niemiara.... wszyscy czekają na mój pociąg... ruch... jak w Warszawie... ;P
Podjeżdża pociąg... odszukuje mój wagon... szukam przedziału na rowery... nie ma...
Gdy w trakcie jazdy podchodzi konduktor pytam się... czy jest takowy w pociągu... pokazuje mi miejsce gdzie jestem... z informacją że tutaj jest przedział na rowery a tam... moje miejsce na drugim końcu wagonu... TLK... Chyba sobie jaja robią...
No cóż..
Po podróży spędzonej na korytarzu wysiadam w Katowicach... na radarach meteo widziałem, że otaczają miasto deszczowe chmury... wsiadam czym prędzej na rower i gnam do domu... mam max 20 minut...
300m przed domem zaczyna padać... udało się... Teraz potrzebuję kąpieli i idę spać... jutro do pracy... oczywiście na rowerze...
To był kolejny z udanych weekendów spędzonych z Karoliną... było świetnie, znowu odkryłem kilka ciekawych miejsc...w Raju nad Pilicą.... a gdy zobaczyłem ile natłukliśmy km... szok...
Dziękuje Ci Karolu za kolejny wypad... jesteś świetną przewodniczką...i niesamowitą gawędziarą... :) Liczę na kolejne wspólne wypady...
Zegar pokazuje 6:26.. gdy jestem już na rowerze.. ruszam... dzisiaj wcześniej, chcę uciec przed skwarem, przed gorącem dnia... Z rama przed wyjazdem sprawdziłem listę kontrolną rzeczy do wzięcia na Tour de Warszawa... Wszystko gotowe... Ruszam, jest przyjemnie ciepło, lekki chłód poranka tylko uprzyjemnia wyjazd.... Drogi puściusieńkie :) Samochodów tyle co kot napłakał... ;P Przez chwilę myślę, by pojechać terenem... jednak nie... będę musiał wcześniej wyjść z pracy, a poniedziałki są pokręcone... zbiera się wszystko co mogło wyjść podczas weekendu... a nie chcę zostawiać niezamkniętych spraw... Dość szybko mijam Kochłowice ;), ścigam się z autobusem 48... a może on się ze mną ściga? Na każdym przystanku musi stanąć, więc z definicji ma przegrane ;p Droga na Wirek również przyjemna..., na Bielszowickiej nie minęło mnie ani jedno auto... :) Zabrze również jakieś dziwnie puste ;) a wyjechałem tylko 30 minut wcześniej... muszę się przestawić... W Gliwicach mały incydent... na ul Kujawskiej... na wysokości ul. Młodego Górnika... Jadę ja, za mną jakaś rowerzystka... z w/w ulicy wyjeżdża za nami ciężarówka... - wywrotka... zaczyna przyspieszać i nieco dalej na łuku wjeżdża na lewy pas... z naprzeciwka jadą samochody, zaczyna odbijać w prawo... na nas... masakra... Naciskam na hamulce... zwalniam, ciężarówka wbija się na prawy pas... Zatrzymuje się na skrzyżowaniu z ul. Reymonta... zatrzymuję się przy szoferce, debil w środku rozmawia przez komórkę... Leci wiązanka... może nawet się zorientował, że mógł zabić..., że niewiele brakowało...
Szkoda słów... chwilę później odbijam w ul Poznańską i Wawelską... muszę się uspokoić...
Do firmy zostały niecałe 4km... niedaleko... jednak na Błogosławionego Czesława niespodzianka... z jednokierunkowej drogi zrobiono 2 kierunkową.... oj... działy się cuda.... gdy ludzie jeździli na pamięć przez tyle lat lewym pasem.... Masakra... Kilak kolejnych dni może być ciekawych w tym miejscu... ale ja tego raczej nie zobaczę... wieczorem uciekam do "Stolycy" ;P
Wyjeżdżam z firmy nieco wcześniej, dzisiaj muszę dotrzeć nieco wcześniej do domu... muszę zrobić kontrolę bagaży... i wieczorem w drogę na drugi "turnus" w Warszawie. Rowera nie będę widział przez ładnych kilak dni... Co prawda brałem pod uwagę by go wziąć do stolicy, ale.... czasu raczej dla niego nie znajdę... To będą długie 4 dni...
Dzisiaj.... jednak jest chwila czasu... może pogoda nie jest idealna..., ponad 30 stopni na starcie... gdy wychodzę na zewnątrz mało się nie rozpływam... Mógłbym jechać szosami... ale... mam trochę czasu w zapasie... a cień i nieco chłodniej będzie w lesie... Odpuszczam... hałdę... nie dzisiaj, więc zostaje objechać ją przez lasek Makoszowski i Makoszowy... i wjechać z drugiej strony na szlak prowadzący na Halembę i dalej na Katowice... Tak też czynię... staram się nie zatrzymywać... mimo wszystko mam w pamięci to, że o 19:40 muszę być na dworcu w Katowicach...
A w lesie duszno, gorąco, jednak drzewa dają trochę cienia...
Gdy dojeżdżam do domu... jestem totalnie przepocony... wszystkie ciuchy lądują w praniu.... .zresztą ja też, prysznic jest mi potrzebny...