Powrót raczej standardowy. Jedyny problem to padnięte baterie (kawa nie pomagała). Nie wiem czemu. Coś mnie dopadło gdzies ok 14:00 i nie puściło do końca. Z tego powodu jechało mi się średnio. Pojechałem przez hałdę w Makoszowach, w końcu jest to jedna z ostatnich szans aby tam zajrzeć w tym roku.
Poranek zimny. W chwili wyjazdu termometr pokazuje ok -3 stopni. Ubieram się cieplej i ruszam w drogę. kilka km dalej zatrzymuję się na chwilę i zakładam czapkę. Mrozik daje znać o sobie. ;) Dopiero w okolicach Zabrza temperatura zaczyna się podnosić, może dlatego że słońce raczyło wstać i ogrzewa zziębniętego samotnego rowerzystę. Gdy dojeżdżam do pracy jest już 5 stopni na plusie. Różnica 8 stopni w ciągu ok 90 min ;) Jeszcze może tydzień, może dwa i koniec z dojazdami dopracowymi ;( Chyba, że zacznie lać to szybciej.
Powrót z pracy około 16:10. Dość wcześnie, ale pojechałem z Tadkiem jego wersją drogi do Katowic. Prawie całość po szosach. Po wyjeździe z Gliwic większość trasy to stara droga na Mikołów. Ruch masakryczny - przyznam się, że nie wiem co widzi w tej drodze. Jedyna zaleta to ..., brak możliwości ubrudzenia roweru. Osobiście wolę boczne ścieżki, dróżki, las. Szosy traktuję jako zło konieczne. Na dobrą sprawę przejazd zajął mi tyle samo co "moją" trasą. Więc po co ryzykować ? Po rozstaniu zatrzymałem się przy boisku Kolejarza w Katowicach-Piotrowicach. Trzasnąłem fotkę, opróżniłem bak do końca i pojechałem do domu.
Dzisiejszy wyjazd dopracowy przy temp. 0 stopni. Zimno, ale przygotowałem się. Ubrałem się ciepło, może nawet trochę za ciepło. Jedynie rękawiczki założyłem z obciętymi palcami. Po przejechaniu ok 2 km zmieniłem je na wersję" zimową"(wziąłem ze sobą tak na wszelki wypadek), dzięki temu nie piź…ło w palce. Łańcuch i przerzutki ponownie dzisiaj szalały. O ile wczoraj po przejechaniu ok 6-7 km wszystko zaczęło pracować normalnie i dalsza jazda była przyjemnością, to dzisiaj walka z napędem trwała do końca. Zanim wyjadę z firmy spróbuję go wyregulować.
Powrót około 16:30. Jest chłodno. Słońce chyli się ku zachodowi, staram się nie zatrzymywać. Jedyna przerwa jest na hałdzie w pobliży Zabrza Makoszowy. Robię fotki, uzupełniam płyny i szybko ruszam dalej. Zaczyna się ściemniać. Do domu dojeżdżam ok 18:20. Jest ciemno. Wieczoram dłubię jeszcze przy napędzie poprawiam ustawienie tylniej przerzutki. Jutro okaże się jak wyszło.
Po krótkiej przerwie związanej z paskudną pogodą w końcu pojechałem do pracy na rowerze. Przedwczoraj trochę nad nim posiedziałem: wyczyściłem go, przesmarowałem, wymieniłem sztycę, wyregulowałem i założyłem nowiutkie błotniki. Więc gdy tylko prognozy pogody wskazywały na poprawę aury zdecydowałem się na wyjazd dopracowy. Trasa była hmmm ... wodnista, błotnista. Ogólnie jechało się ciekawie. Po myciu rowerka nie ma śladu. Ech .... i po co się męczyłem ;) Średnia i kadencja wyszły paskudne, ale po czymś takim ciężko było rozwinąć jakąś sensowną prędkość przelotową. Błotniki spisały się średnio, w zasadzie to przedni zadziałał rewelacyjnie i błoto nie zgrzytało mi między zębami. Tylni może nieco zmniejszył pole ostrzału tylniego koła (plecak był cały w błocie). Spróbuję go może nieco inaczej ustawić, ale jakoś nie podejrzewam aby znacznie poprawiło to skuteczność.
Powrót z pracy dość późno. Wyjazd ok 17:00. Miałem ok godzinę do zachodu słońca, w domu szaleje remont. Nie chce mi się wracać, ale trzeba.... sprawdzić postępy ;) Zmieniłem nieco ustawienie tylniego błotnika i pojechałem podobną drogą jak ta z rana. Błota i wody było sporo mniej, pewinie dlatego, że w dzień nie padało ;) Zmiana położenia błotnika chyba się sprawdziła bo błota miałem na sobie mniej, w zasadzie to było jedynkie kilka kropek na plecaku. Sprawdzę to jeszcze jutro.
Z domu wyjechałem dzisiaj nieco wcześniej. Pamiętając glebkę sprzed 2 dni pojechałem nieco dłuższą, bardziej wymagającą, a jednocześnie fajniejszą trasą, przez hadłę Makoszowy. O tej strony dawno już nie podjeżdżałem, ostatni raz chyba w czerwcu. Zrezygnowałem z tej trasy z kilku powodów. Lipiec był mocno deszczowy, a po błocie paskudnie się tamtędy jeździ, w między czasie pojawił się tam ciężki sprzęt, który dość skutecznie utrudniał trasę. Wyglądało to tak jakby zamierzali rozbierać hałdę. Na szczęście tak się na razie nie stało i przejazd jest. Pamiętam że w czerwcu, podjazd od strony Zabrza zawsze mnie pokonywał. Wtedy byłem przekonany, że to problem z kondycją. Teraz jestem pewien, że to była wina techniki. Dwa wyjazdy tegoroczne, jeden na Jurę, drugi do Beskigu Wyspowego zmieniły ją nieco. Wiem już do czego służy najmniejsza zębatka na korbie i nie boję się jej wykorzystać. Dzięki temu poranny podjazd nie sprawił mi większego problemu.
Przy okazji dorobiłem się czujnika kadencji, planowałem go od dawna, ale jakoś wypadało mi to z głowy. Po ostatniej rozmowie w firmowej kuchni ... zainwestowałem 25zł i nabyłem stosowny gadget. Wydawało mi się, że kręcę szybciej, ale średnia kadencja nie kłamie: 71. Trochę za mało. Muszę nad tym popracować. :)
Powrót miał być spokojny, bezproblemowy. Chciałem odwiedzić miejsce gdzie ostatnio fociłem żurawie pod Zabrzem. Na miejsce co prawda dojechałem, ale okazało się, że ptaków nie ma, a ja przebułem dętkę. Przebicie musiało nastąpić już w Makoszowach, tam po raz pierwszy zauważyłem, że coś się dzieje z przednim kołem, ale jechałem dalej. W oponie utkwił drobny kawałek szkła, który przebił dętkę ale przy okazji zatykał powstałą dziurę. Dzięki temu powietrze uciekało baaaardzo powoli. W każdym bądź razie po wymianie dętki pojechałem dalej, zaczęło się ściemniać, więc wybrałem trasę w większości po szosach.
Srednia kadencja tak samo niska jak ta poranna 69 :(, a wydawało mi się, że kręcę szybciej.
Powrót z pracy ok 16:40. Pamiętając poranną glebkę w Kończycach postanowiłem wybrać się przez hałdę w Makoszowach/Sośnicy. Trasa spokojniejsza i chyba bezpieczniejsza, ale za to bardziej wymagająca. Nie miałem specjalnej melodii do kręcenia, więc czas przejazdu średni. W Makoszowach przypomniało mi się, że umówiłem, się na wieczór z qmplem, więc wybrałem skróconą wersję trasy, pchając się centralnie przez Halembę.