Trochę na przekór.... Wczoraj nie miałem czasu na umieszczenie wpisu...., w tej chwili też niespecjalnie mogę się rozpisywać, koniec roku, standardowo, zbiera się milion spraw do załatwienia...., do dokończenia, wiele rzeczy jest rozpoczęte, ale nie skończone.......
Lady Pank - Tacy sami https://www.youtube.com/watch?v=l1d-_HUnvMY
Po dłuższej przerwie w końcu rowerkiem do pracy, udało się podleczyć nieco przeziębienie, chociaż do ideału dużo brakuje... Poranek "ciemny", brakuje tego światłą na dzień dobry, już niedługo, jeszcze kilka dni i dzień będzie coraz dłuższy, już tylko 3 miesiące i będzie można próbować jechać na krótko, będzie ciepło... Prawdę powiedziawszy ostatni krótki "atak" zimy przypomniał mi jak ja jej nie lubię..... Owszem widoczki potrafią być piękne, ale mimo wszystko daje to w kość, jazda na rowerze już nie jest taką przyjemnością... Po weekendzie ciężko jest mi się rano pozbierać..., przygotować do wyjazdu, pamiętać o wszystkim..., ale jakoś się udało, wyjeżdżam późno - 7:20, wcześniej nie było szans..., nie chciało mi się... chyba rozleniwienie zimowe. Sama droga dość przyjemna, siąpił delikatny deszcz, ale drogi czarne, jedynie na tych niewielkich fragmentach terenowych sporo lodu i śniegu... Laćki w rowerze jeszcze wczoraj zmieniłem na te starsze, nadające się bardziej na szosy, mniejsze opory od razu wyczuwalne... Ruch na drogach leniwy, powolny, prawdę powiedziawszy to nie wiem czemu w poniedziałki tak jest? Może to efekt kontroli policyjnych poweekendowych? Nie wiem... W każdym bądź razie czułem się bezpieczniej na drodze niż w zeszłym tygodniu…
Siedzę w pracy do 17:00, już dawno słońce zaszło, jest ciemno, końcówka jesieni, dzień jest krótki. Na zewnątrz pada, początkowo lekko, później coraz bardziej, ulice mokre, czarne, oświetlone ulicznymi latarniami. Nie wiem czemu ale lubię deszcz, lubię gdy pada, gdy mogę poczuć te spadające krople. Dzisiaj są ciepłe są prawie takie jak wiosną. Po ponad godzinie jazdy w ulewie jestem przemoczony, nakładki na buty nic nie dały, woda i tak się wlała, wszystko jest przesiąknięte… . Nie wiem czemu ale jestem zadowolony z tego przejazdu, po kilku dniach absencji rowerowej jest jakoś raźniej, jest jakoś lepiej… Niby trochę ruchu, niby taka chwila kręcenia…. Wiosno przybywaj….
Poranek, jakoś dobrze mi się wstaje, nie mam problemu z pozbieraniem się, mam sporo czasu żeby się przygotować :) W końcu wyjeżdżam chwilę przed 7:00 - jest to spora odmiana po wyjazdach po 7:30 z ostatnich dni... Na drogach ślisko jak diabli, sporo lodu, śniegu, ciągłe opady nie wpływają specjalnie na komfort jazdy, może inaczej wpływają, ale w sposób negatywny. Główne drogi przejezdne, szaleństwa nie ma, ale coś mnie podkusiło, gdzieś ten diabełek jednak siedzi... w Panewnikach wjeżdżam w las... dzisiaj teren... zobaczymy jak będzie... początkowo dobrze, wszystko pod kontrolą, czuję, widzę, że prędkość spada... niby tego śniegu nie ma wiele, ale te 5-6cm przykrywające ścieżki skutecznie spowalnia przejazd... Przed Kończycami koło wpada mi w koleinę, której nie widzę pod warstwą śniegu, w efekcie zaliczam delikatną glebę, przy stosunkowo niewielkiej prędkości (ok 20km/h) i ląduję na miękkim podłożu, jednak śnieg może się przydać do czegoś :) Przekręcił mi się jedynie lewy róg na kierownicy i w zasadzie to wszystkie straty..., ruszam dalej, tym razem już ostrożniej, dojeżdżam do Zabrza Makoszowy i... znowu diabełek dał o sobie znać, zamiast pojechać szosą pakuję się na hałdę, spodziewam się co mogę tam zastać, na co trafię, z czym przyjdzie mi się zmierzyć... Patrząc na ślady (w zasadzie to ich brak) jestem tutaj pierwszy, przecieram zimowy szlak innym bikerom ;P. Sporo zamarzniętych kolein, błota uprzyjemnia mi powolną wspinaczkę na górę, ostatnie kilkanaście metrów podjazdu/podejścia z buta... mocne wypiętrzenie plus sporo czegoś pod śniegiem uniemożliwia jazdę. Nie pamiętam kiedy ostatni raz wpychałem tu rower... Zjazd z hałdy również asekuracyjny przez wąskie ścieżynki zasypane białym puchem, prawie niewidoczne, jeszcze kawałek i w końcu docieram do cywilizacji, jestem w Gliwicach, wyczerpała mnie ta jazda, teren dał mi dzisiaj popalić... Docieram do firmy, na rowerze kilka kg przylepionego śniegu. Zostawiam bike-a w magazynie idę się wykąpać i przebrać, wszystko trafia do suszenia, jest przepocone... Wracam za magazyn, rower się "rozpuścił", trzeba zetrzeć to jezioro ;P
Wieczór, jest już ciemno, chwila przed 17:00, wyjeżdżam..., najwyższa pora. Coś jest jednak nie tak, źle się czuję, chyba mam temperaturę, mam nadzieję, że się po raz kolejny nie załatwiłem. Na szosach trochę samochodów, nic w zasadzie specjalnego, ruch powolny, podobnie jak rano nikt raczej nie szaleje, większość ludzi zdaje sobie sprawę jak paskudne są warunki. Błoto pośniegowe i cieniutka warstewka lodu ukrywająca się gdzieniegdzie pod śniegiem robią wrażenie, cały czas zastanawiam się czy jednak nie skręcić w las, czy nie zrobić tej trasy po terenie, odstrasza mnie jedynie to, że pojadę kilkadziesiąt minut dłużej, a nie mam ochoty na przebywanie w takich warunkach, tym bardziej, że jak pisałem coś jest nie tak ze mną.... Jedyny mały ukłon w stronę bezpieczeństwa zaliczam w Zabrzu przejeżdżam przez lasek Makoszowski omijając zjazd z DTŚ-ki i kawałek dość ruchliwej drogi w Makoszowach i Kończycach... Mija godzina jazdy, docieram do rogatek Katowic, jeszcze kawałek, już tylko Bałtycka, Medyków i prawie w domu..., na ul Zbożowej kilkaset metrów przed domem jakiś idiota samochodem terenowym zap...ala ile fabryka dała, po lodzie... q...a, usuwam się z trasy i... niewiele brakowało, kretyn wpada w poślizg i mija mnie o kilkadziesiąt cm. Chyba muszę zainwestować w brązowe gacie.... Jestem już w domu, rower taje, a ja mierzę temperaturę, stan podgorączkowy, paskudnie, kamyki już nazbierane, tak na wszelki wypadek..., pewnie zastosuję jakąś szybką kurację wieczorem. Już zastanawiam się czy nie odpuścić rano, czy jednak nie zdać się na Koleje Śląskie....
Fotka po sprzed 2 lat wysłana na konkurs benchmark.pl, ta jest nieco inna, inaczej obrobiona, w każdym bądź razie wtedy dała mi 2 miejsce i nową, kolejną drukarkę służąca do dzisiaj ;)
Po wczorajszych testach w lesie głupio byłoby nie pojechać do pracy na rowerze, wyboru więc nie ma, trzeba się pozbierać i ruszyć. Rano śniadanie i czas na mnie... ubrany ostatnio raczej standardowo, 3 warstwy wszystkiego na sobie... W chwili wyjazdu zaczyna świtać... ruch umiarkowany, trochę śniegu i błota pośniegowego na drogach, ale jestem dzisiaj zabezpieczony, mam przyzwoite opony, nie rusza mnie to... Zastanawiam się nawet czy nie wbić się w las..., jednak główne drogi którymi jadę są czarne, jedzie się przyjemnie, chociaż to nie to co w lato..., zima (w zasadzie to mamy jeszcze jesień) ma swoje prawa. Widoczki piękne, ale... nie zatrzymuję się, jadę wyraźnie wolniej, bardziej asekuracyjnie, gotowy na wszystko, muszę się przyzwyczaić do takiej aury, do jazdy w takich warunkach... W sumie warto było dzisiaj pojechać na rowerze, mimo tego że na starcie było tylko -6 stopni :)
Wieczór, wychodzę jak zwykle późno, ostatnio to raczej standard. Na zewnątrz ciepło w okolicach 0 stopni, drogi czarne. Ruszam, nie mam ochoty na szaleństwa, grube ubranie krępuje mi ruchy, średnio mam ochotę na pchanie tego wózka..., ale innej opcji nie ma, trzeba dotrzeć z punktu A do punktu B... Do zamknięcia sezonu zostało już niewiele, a plan musi zostać wykonany. Na szczęście dla mnie ruch na drogach jest nieznaczny, tzn. są samochody ale nikt nie szaleje, nikt się nie wygłupia, nikt nie pędzi..., a może po prostu nie zwracam na to uwagi? Cały czas kombinuję jak sensownie zastąpić rower, gdy faktycznie nastąpi uderzenie zimy, gdy pojawią się zaspy, gdy temp spadnie w okolice -20 stopni... Pewnie zostanie siłownia..., tylko trzeba jeszcze do niej trafić... ;P
Blady świt, budzi się kolejny dzień. Pierwsze o czym myślę po przebudzeniu to jaka jest sytuacja na drogach i jaką mamy temperaturę... Spoglądam za okno i... ulica czarna, temp. ok -1 :). Warunki wydają się dobre... . Śniadanie i wypad... ruszam, zastanawiam się czy nie wbić się w teren, ale wszystkie drogi po których się poruszam są w niezłym stanie, są mokre, ale czarne, żadnego lodu, na poboczu trochę błota pośniegowego ale to tyle. Oczywiście oczy na wszelki wypadek dookoła głowy..., nie było to potrzebne ale nie ma lekko...
Ogólnie poranek piękny, w końcu wyszło słońce, ma to jednak pewną konsekwencję, jeżeli tak będzie do wieczora to czeka nas solidny mróz w nocy... . Lubię chłód ale oczywiście bez przesady -10 to już niekoniecznie dla mnie temperatura do kręcenia...
Renata Przemyk Akustik Trio - BIS - Babe zesłał Bog live HD
Wyjeżdżam z pracy, znowu ciemno, ech.... temperatura zaczyna spadać, na szczęście drogi są czarne, lekko wilgotne, ale czarne. Na drogach z jakiegoś powodu stosunkowo niewielki płynny ruch, nawet na wiadukcie w Sośnicy nie ma większych problemów z przejazdem. Dziwne....
Przed wyjazdem zastanawiałem się czy nie wbić się w teren, ale dzisiaj nie ma żadnych przesłanek ku temu, jadę więc szosami, standardową trasą... W kilku miejscach profilaktycznie wypinam się z pedałów, ale też niepotrzebnie, a może dobrze, dobrze, że myślałem o jakiejś asekuracji tak na wszelki wypadek...
Nieco oblodzone drogi spotykam dopiero pod koniec przelotu, ale to małe boczne uliczki, więc nic dziwnego...
Za to zastanawiam się nad dniem jutrzejszym, myślę jak to wszystko połapać, rower może mi w tym mocno przeszkadzać.... Shit... Muszę się jeszcze zastanowić nad rozwiązaniem tego... Ech...
Poranek jak to u mnie, późny, brak słońca powoduje późniejsze wstawanie, późniejszy wyjazd do pracy. Jeszcze tylko szybki rzut oka na prognozy... i zastanawiam się czy dobrze robię wsiadając na rower.... ma sypać wieczorem i to solidnie... . Z drugiej strony... chyba pora się przestawić na zimowy wariant jazdy, w końcu nikt nie mówił, że życie bikera będzie lekkie...
W chwili wyjazdu zaczyna lekko prószyć śnieg... im dłużej jadę, tym bardziej sypie, jest ciekawie, cokolwiek by nie mówić o zimie to jedno trzeba jej przyznać, potrafi tworzyć niesamowite spektakle, niesamowite malownicze pejzaże, obrazy... Szkoda tylko, że temperatura jest taka wysoka, sporo wody, w efekcie już w Rudzie Śląskiej mam mokro w butach... zaczyna mi pi...ć w stopy. Na dokładkę nie mogę jechać tak jak lubię, wczoraj wymieniłem łańcuch na kolejny z serii po .... 1500km, trochę późno i chwilowo 3 najmniejsze zębatki są nieużyteczne, ale to chwila. Różnica w długości łańcuchów to ok 1-1.5mm na całej jego długości, więc powinien się dopasować w ciągu max tygodnia...
Za to pojawił się inny problem pewnie jest on związany z wczorajszym myciem roweru i zdjęciem z niego kilku kg lasu wywiezionego w sobotę... Prawie na 100% zostały resztki wody na linkach w pancerzach... W efekcie toto zamarzło i miałem do dyspozycji całe 1 przełożenie z tyłu ;). Specjalnie mi to nie robiło różnicy bo to i tak była to najmniejsza zębatka na której łańcuch nie przeskakiwał, ale jakaś blokada psychiczna była...
Wracając do samej drogi do pracy to jak to w zimie, ruch na drogach powolny, nikt się specjalnie nie spieszy, jednak można... .
Trochę się obawiałem lodu na drogach, ale o dziwo obie opony mają całkiem niezłą przyczepność w takich warunkach... tylko w zasadzie raz driftowałem z pełną kontrolą trakcji, na dokładkę było to w terenie na lodzie... więc pełny sukces. Oby tak dalej...