Anaberg firmowo
Niedziela, 26 marca 2017
· Komentarze(11)
Kategoria W towarzystwie, tam i z powrotem, Firmowo, do 272
Poranek... godzina 6:00, termometr za oknem zeznaje +0,2 stopnia, szyby samochodów przymrożone, nie wygląda to za dobrze, sprawdzam prognozy pogody, te wspominają o temperaturze do około 10 stopni, sporym zachmurzeniu i silnym wietrze z północy...
Jest 7:10 gdy ruszam powoli w kierunku Gliwic, mam sporo czasu, jadę niespiesznie, nie chcę się za bardzo spocić, gdy będę musiał czekać pod firmą to zamarznę... to jest dobra perspektywa...
Śląskie miasta dzisiaj puste, coś niesamowitego, zero postoi, zero wariatów, jadę głównie szosami, na chwilę pozwalam sobie na lekki teren w lasku Makoszowskim w Zabrzu, ale głównie dlatego, że trochę mnie to spowolni...
Docieram do firmy, nie jest źle, 2 osoby już są, można wejść od strony magazynu, więc nie marznę, jest kilkanaście minut zanim dojeżdżają pozostali.
Szybka kawa i w drogę :). Mamy lekki poślizg jest 9:05. Wyjazd z Gliwic ul Kozielską, w ciągu tygodnia nie byłoby to dobre rozwiązanie, w niedzielę o tak wczesnej porze jest nieźle, samochody pojawiają się raz na kilka minut. Kierunek Kleszczów. Na Kozielskiej dołączają się do nas Kasia i Krzysiek. W Kleszczowie miała czekać na nas Gosia, szkoda, że odpuściła.
2 km przez las do Bojszów, tam już czeka na nas silna Bojszowska ekipa. Ania i 2 Tomków. Zamieniamy kilka słów, Tomek prowadzi dalej, to jego tereny, kierujemy się na Blachownię, przez lasy.

Chwila na oddech © amiga
Na miejscu wbijamy się na teren byłego Niemieckiego obozu koncentracyjnego, niewiele z niego zostało, czas też zrobił swoje, jestem tutaj pierwszy raz, chociaż mam wrażenie, że w okolicy już zdarzyło mi się być. Zdecydowanie lepiej jest gdy ktoś zna teren, zna okolicę, może pokazać właśnie takie miejsca. Spore wrażenie robi na nas plan obozu, był wielki... Mija dobre 10-15 minut, pora ruszyć dalej.

Może herbaty? © amiga

Krematorium w obozie koncentracyjnym w Blachowni © amiga

Spotkanie z Historią © amiga

Strażnice na terenie obozu w Blachowni © amiga

Piec krematoryjny © amiga

Mini bunkier ;) © amiga

Tablica informacyjna © amiga

Plan obozu © amiga

Mała awaria © amiga
Tuż za obozem, kolejna krótka przerwa tym razem przy sklepie, szybkie zakupy, obieramy w końcu kierunek góry św. Anny, jedziemy na północny-zachód, wiatr daje popalić, dobre kilka km cały czas z wmordęwindem... Za to temperatura szybuje w górę, w cieniu jest ponad 10 stopni, w słońcu... licznik pokazuje nawet 19 stopni...

Długa prosta © amiga

Gdyby jeszcze tak nie wiało © amiga

Pusto na drogach © amiga

Trzeba się zebrać © amiga

Ciepło się robi ;) © amiga

Ekipa Etisoftu powoli dojeżdża © amiga

Krzysiek w końcu dotarł ;) © amiga

Ala na cienkich oponach ;) © amiga

Ania już jest © amiga

Witek też na miejscu © amiga
Peleton kilka razy się rozciąga, więc robimy kilka krótkich przerw, trzeba się zebrać jechać wkupie, wiatr wtedy tam bardzo nie przeszkadza, przynajmniej tym który są w środku peletonu. Już widać górę św. Anny. mamy góra 11 km do końca ;) z tego 4 podjazdu. Ten wyciska z nasz 7 poty, jak na pierwszą wycieczkę firmową to niezłe wyzwanie, ale... na szczyt docieramy w komplecie.

Przy stacji benzynowej ;) © amiga

Marcin na podjeździe © amiga

Chwila oddechu © amiga

Tomek z Jackiem ciągną peleton © amiga

Sławek na szczycie © amiga
Kierujemy się restauracji, coś trzeba zjeść, składamy zamówienie i... 2 godziny poszły w diabły... Fakt było smacznie, ale czas przygotowania to jakaś porażka... Cóż... drugi raz z tego lokalu nie skorzystamy... Przed powrotem jeszcze zdjęcie pod kościołem i pora zjechać w dół.

Ekipa w komplecie :) - Anaberg zdobyty © amiga

Trzeba jakoś spiąć rowery © amiga

Kilka ich jest © amiga
Spora część trasy podobna do tej porannej, oczywiście nie zjeżdżamy już do Blachowni, teraz zależy nam na czasie i maksymalnym skróceniu przejazdu, słońce niesamowicie grzeje. Chwilami robi się sennie. W okolicach Ujazdu tomek proponuje zahaczenie o tamtejszy kirkut, jako że lubię te cmentarze to długo nie trzeba mnie namawiać, nie wiem tylko jak inni zareagują. Nie każdy w końcu lubi chodzić po starych cmentarzyskach. Ten w Ujeździe jest mały, może kilkanaście, może kilkadziesiąt macew, całość mocno nadszarpniętą przez ząb czasu. Część macew leży, część jest mocno zniszczona... całość powoli otula las. gdyby nie oznakowania, to byłoby ciężko tutaj trafić.

Kanał Gliwicki © amiga

Kirkut na w okolicy Ujazdu © amiga

Macewy jeszcze stoją © amiga

Strasznie zaniedbany © amiga

Niszczeją gdzieś pomiędzy liściami © amiga

Kawałek historii © amiga
W Okolicach Bojszów rozstajemy się z kilkoma osobami, w mniejszej grupie jedziemy przez Kleszczów, miał być lekki teren, ale wygrał wariant asfaltowy bo szybszy. Na ostatnich 15 km odłączają się kolejne osoby, do firmy dojeżdżamy w czwórkę.
Krótka przerwa i pora się rozstać, każdy jedzie w swoją stronę... ja na Katowice, standardową drogą dojazdową do firmy. Czuję, że te 135 km które już przejechałem lekko mnie sponiewierało, naciśnięcie mocniej kończy się jazdą w okolicach 20 km/h. Ostatnie 10 km to walka z samym sobą. Wchodzę do domu... czuję zmęczenie, czuję cały odcinek, czuję 4 litery.... ;)
Dzień spędzony aktywnie z super ekipą, jeszcze o świcie myślałem że sporo osób się wyłamie, bo zmiana czasu, bo chłodno... ale... nie... mało tego z uśmiechem na twarzach wróciliśmy do domów.
Jest 7:10 gdy ruszam powoli w kierunku Gliwic, mam sporo czasu, jadę niespiesznie, nie chcę się za bardzo spocić, gdy będę musiał czekać pod firmą to zamarznę... to jest dobra perspektywa...
Śląskie miasta dzisiaj puste, coś niesamowitego, zero postoi, zero wariatów, jadę głównie szosami, na chwilę pozwalam sobie na lekki teren w lasku Makoszowskim w Zabrzu, ale głównie dlatego, że trochę mnie to spowolni...
Docieram do firmy, nie jest źle, 2 osoby już są, można wejść od strony magazynu, więc nie marznę, jest kilkanaście minut zanim dojeżdżają pozostali.
Szybka kawa i w drogę :). Mamy lekki poślizg jest 9:05. Wyjazd z Gliwic ul Kozielską, w ciągu tygodnia nie byłoby to dobre rozwiązanie, w niedzielę o tak wczesnej porze jest nieźle, samochody pojawiają się raz na kilka minut. Kierunek Kleszczów. Na Kozielskiej dołączają się do nas Kasia i Krzysiek. W Kleszczowie miała czekać na nas Gosia, szkoda, że odpuściła.
2 km przez las do Bojszów, tam już czeka na nas silna Bojszowska ekipa. Ania i 2 Tomków. Zamieniamy kilka słów, Tomek prowadzi dalej, to jego tereny, kierujemy się na Blachownię, przez lasy.

Chwila na oddech © amiga
Na miejscu wbijamy się na teren byłego Niemieckiego obozu koncentracyjnego, niewiele z niego zostało, czas też zrobił swoje, jestem tutaj pierwszy raz, chociaż mam wrażenie, że w okolicy już zdarzyło mi się być. Zdecydowanie lepiej jest gdy ktoś zna teren, zna okolicę, może pokazać właśnie takie miejsca. Spore wrażenie robi na nas plan obozu, był wielki... Mija dobre 10-15 minut, pora ruszyć dalej.

Może herbaty? © amiga

Krematorium w obozie koncentracyjnym w Blachowni © amiga

Spotkanie z Historią © amiga

Strażnice na terenie obozu w Blachowni © amiga

Piec krematoryjny © amiga

Mini bunkier ;) © amiga

Tablica informacyjna © amiga

Plan obozu © amiga

Mała awaria © amiga
Tuż za obozem, kolejna krótka przerwa tym razem przy sklepie, szybkie zakupy, obieramy w końcu kierunek góry św. Anny, jedziemy na północny-zachód, wiatr daje popalić, dobre kilka km cały czas z wmordęwindem... Za to temperatura szybuje w górę, w cieniu jest ponad 10 stopni, w słońcu... licznik pokazuje nawet 19 stopni...

Długa prosta © amiga

Gdyby jeszcze tak nie wiało © amiga

Pusto na drogach © amiga

Trzeba się zebrać © amiga

Ciepło się robi ;) © amiga

Ekipa Etisoftu powoli dojeżdża © amiga

Krzysiek w końcu dotarł ;) © amiga

Ala na cienkich oponach ;) © amiga

Ania już jest © amiga

Witek też na miejscu © amiga
Peleton kilka razy się rozciąga, więc robimy kilka krótkich przerw, trzeba się zebrać jechać wkupie, wiatr wtedy tam bardzo nie przeszkadza, przynajmniej tym który są w środku peletonu. Już widać górę św. Anny. mamy góra 11 km do końca ;) z tego 4 podjazdu. Ten wyciska z nasz 7 poty, jak na pierwszą wycieczkę firmową to niezłe wyzwanie, ale... na szczyt docieramy w komplecie.

Przy stacji benzynowej ;) © amiga

Marcin na podjeździe © amiga

Chwila oddechu © amiga

Tomek z Jackiem ciągną peleton © amiga

Sławek na szczycie © amiga
Kierujemy się restauracji, coś trzeba zjeść, składamy zamówienie i... 2 godziny poszły w diabły... Fakt było smacznie, ale czas przygotowania to jakaś porażka... Cóż... drugi raz z tego lokalu nie skorzystamy... Przed powrotem jeszcze zdjęcie pod kościołem i pora zjechać w dół.

Ekipa w komplecie :) - Anaberg zdobyty © amiga

Trzeba jakoś spiąć rowery © amiga

Kilka ich jest © amiga
Spora część trasy podobna do tej porannej, oczywiście nie zjeżdżamy już do Blachowni, teraz zależy nam na czasie i maksymalnym skróceniu przejazdu, słońce niesamowicie grzeje. Chwilami robi się sennie. W okolicach Ujazdu tomek proponuje zahaczenie o tamtejszy kirkut, jako że lubię te cmentarze to długo nie trzeba mnie namawiać, nie wiem tylko jak inni zareagują. Nie każdy w końcu lubi chodzić po starych cmentarzyskach. Ten w Ujeździe jest mały, może kilkanaście, może kilkadziesiąt macew, całość mocno nadszarpniętą przez ząb czasu. Część macew leży, część jest mocno zniszczona... całość powoli otula las. gdyby nie oznakowania, to byłoby ciężko tutaj trafić.

Kanał Gliwicki © amiga

Kirkut na w okolicy Ujazdu © amiga

Macewy jeszcze stoją © amiga

Strasznie zaniedbany © amiga

Niszczeją gdzieś pomiędzy liściami © amiga

Kawałek historii © amiga
W Okolicach Bojszów rozstajemy się z kilkoma osobami, w mniejszej grupie jedziemy przez Kleszczów, miał być lekki teren, ale wygrał wariant asfaltowy bo szybszy. Na ostatnich 15 km odłączają się kolejne osoby, do firmy dojeżdżamy w czwórkę.
Krótka przerwa i pora się rozstać, każdy jedzie w swoją stronę... ja na Katowice, standardową drogą dojazdową do firmy. Czuję, że te 135 km które już przejechałem lekko mnie sponiewierało, naciśnięcie mocniej kończy się jazdą w okolicach 20 km/h. Ostatnie 10 km to walka z samym sobą. Wchodzę do domu... czuję zmęczenie, czuję cały odcinek, czuję 4 litery.... ;)
Dzień spędzony aktywnie z super ekipą, jeszcze o świcie myślałem że sporo osób się wyłamie, bo zmiana czasu, bo chłodno... ale... nie... mało tego z uśmiechem na twarzach wróciliśmy do domów.