Rano chłodno, za chłodno. Mam problemy z pozbieraniem się, ale gdy jestem na rowerze jest już dobrze. Pierwsze 30 min wolne, ze względu na temperaturę. Później już lepiej. Obserwuję mój cień na asfalcie, jest coraz dłuższy, coraz później wstaje słońce. Ech szkoda lata, długich dni. Znowu będzie zima i zero kręcenia :(
Przyszły rok będzie bardziej rowerowy, więcej gór, dużo więcej. Spodobało mi się. Korci mnie wyjazd rowerowy na 2-3 tygodnie na Ukrainę. Co z tego wyjdzie, jeszcze nie wiem, zobaczymy za rok
Poniedziałkowy wyjazd do pracy. Pogoda ma być taka sobie, ale jadę, trzeba rozruszać mięśnie po weekendzie. Tu i tam mnie coś boli ale to po glebkach. Zakwasów nie zauważyłem, z czego jestem i zadowolony, i trochę zdziwiony. Rano słońce pięknie świeciło, nie wiem co będzie po południu podczas powrotu. Mogę trafić na burze, ale już mnie to nie rusza. :) Wiem, że dam radę.
Droga powrotna nieco inna niż ta poranna. Zamiast jechać przez Kończyce pojechałem przez całą długość Zabrza Makoszowy. Lubię tą trasę, idzie się nieco zmęczyć, jest tam jeden podjazd podobny do tego co miałem okazję spotkać w górach czy jurze. Kto by pomyślał, że już po 24 godzinach będzie mi brakowało gór. Chyba znowu coś się we mnie zmieniło.
Dzisiaj już na "luzaka" wyjazd do pracy. Specjalnie się nie przemęczałem, W sobotę to odrobię z sporą nawiązką. Prognozy na dzisiaj są nieciekawe. po południu ma mocno wiać i ma padać deszcz. Zobaczymy. Jak będzie bardzo źle to się zapakuję do pociągu ;) Jutro do pracy bez rowera. 2 dni przed maratonem muszę poświęcić na regenerację. W piątek rower jedzie do serwisu na przegląd, regulację itp. A w sobotę ....
Powrót ok 16:30. Gry się przebierałem liczyłem na to, że uda mi się przejechać trasę przed deszczem. Gdy jednak tylko dotknąłem pedałów zaczął padać deszcz i towarzyszył mi przez całe 30km. :) Na drogach i w lesie było sporo kałuż, mniejszych i większych rozlewisk oraz trochę błota. Jechało się ciekawie :), jednak kręciłem bez większego natchnienia. Może dlatego, że jutro i pojutrze mam dni bezrowerowe. Zbieram siły na weekend czeka mnie 3 km przewyższeń na odcinku ok 70km. Będzie ciężko, do tej pory najcięższa wycieczka to Jura gdzie na podobnym odcinku było niespełna 700m przewyższeń. Już wtedy było ciężko, z drugiej strony to będzie piękna śmierć na rowerze ;)
Kolejny wypad rowerowy do pracy. W nocy nawiedziły moją okolice burze, więc poranny wyjazd zapowiadał się "ciekawie". Tak jak się spodziewałem w lesie sporo rozlewisk, kałuż i różnych artefaktów, w postaci połamanych gałęzi. Jechało mi się tak sobie, ani dobrze, ani źle. Temperatura o poranku w okolicach 14 stopni, więc nie było tragedii. Za to widoki czasami robiły wrażenie :)
Powrót ok 17:00, może kilka minut wcześniej. Pogoda idealna do jazdy, przyjemnie ciepło, ok 20 stopni, bez większego wiatru. Zmieniłem dzisiaj nieco trasę. Powróciłęm do starej wersji z maja przez hałdę Makoszowy. Jakiś czas temu coś zaczęło się dziać na niej, pojawiły, się koparki, spychacze, droga zrobiła się mało przejezdna. Pojechałem sprawdzić jak to wygląda teraz, trasa zarosła, ale jest dalej przejezdna. Nie można zbyt szybko jechać, lecz jedzie się dość przyjemnie. W kilku miejscach trzeba mocno uważać, pozostały jakieś zasieki, kopce usypane przez spychacze czy luźno leżące na trasie głazy. Jeżeli tylko załaduje się filmik z przejazdu przez hałdę, na youtube-a, to udostępnię go na stronie.
Po 2 dniach odpoczynku od rowera (miało być mniej, jednak wczorajsze plany w łeb wzięły), ruszyłem do pracy na rowerze. Prognozy na dzisiaj są takie sobie, po południu może padać, jednak pewności nie ma, prognoza na dzisiaj zmieniła się 2-3 raz od wczoraj. Jak będzie to się dopiero okaże (Szczerze to bardziej nie podobają mi się prognozy na koniec tygodnia). Profilaktycznie zabrałem ze sobą kurtkę przeciwdeszczową. Co do samej jazdy to jechało się rewelacyjnie. Ciepło, ale nie upalnie, żadnych przegięć. Bez jakigoś specjalnego wysiłku dotarłem do Gliwic. Średnia też niezła. :)
Powrót do domu ok 16:30. Jest upalnie, duszno, wszystkie popołudniowe prognozy wskazują na deszcze, niby już około 17:00 mogą pojawić się burze. Więc jadę ...., pędzę ....., może uda się dojechać przed deszczem. W Rudzie Śląskiej zrywa się silny wiatr od wschodu, wygląda to nieciekawie, przez kilka km czuję, jakbym jechał pod górę. Po wjechanu do lasu Panewnickiego jest lepiej, drzewa mnie osłaniają. Rower toczy się dalej, tempo całkiem przyzwoite. Nie zatrzymuję się nigdzie, po co ? Żeby zmoknąć ? Niespecjalnie mam ochotę wymijać błyskawice, więc naciskam mocniej. W końcu dojeżdżam do Ochojca, widzę, swój dom, otwieram drzwi, wnoszę rower i ... deszczu dalej nie ma. Jest godzina 19:00 w chwili gdy piszę te słowa, w domu jestem już od ponad godziny i dalej nie pada. Ech ... i po co tak pędziłem ?
Powrót późny, było ok 17:15 gdy wyruszyłem w podróż powrotną do Katowic. Wybrałem ponownie wersję skróconą drogi przez Kończyce. Wyjeżdżając, czułem zmęczenie i tak było przez pierwsze 12-13km. Źle mi się jechało, jednak gdy mięśnie się rozgrzały mogłem trochę pogonić i odrobić straty :) W zasadzie od minięcia Zabrza Kończyc rzadko prędkość spadała < 27km/h. Im dalej tym szło lepiej/szybciej. W dość krótkim czasie dojechałem do domu. Jutro dla odmiany dzień bez rowera, może jedynie go umyję ;)