Poranek chłodny, mokry, chwilami wietrzny. Trasa standardowa częściowo po lesie, częściowo po bocznych szosach, więc jak zwykle przyjemnie, jedynie błota i kałuż wszędzie pełno, trzeba było uważać. Do firmy przyjechałem usmarowany od stóp do głowy, ale już się chyba przyzwyczaili do takiego widoku. Czerwiec coś mnie nie rozpieszcza rowerowo, mało jeżdżę, muszę to nieco podgonić, zwiększyć ilość pokonywanych kilometrów :)
Powrót do domu tą samą trasą co poranna, więc nie ma sensu się rozpisywać. Pogoda nijaka, w kilku miejscach na trasie dorwał mnie deszcz, w lesie błotniście, wodniście, ale już mi to nie przeszkadzało, mogłem się wytarzać w błocie i tak by nikt nie zauważył różnicy ;P
Poranek prawie jak zwykle, tyle, że zaczął się nieco wcześniej, wstałem ok 5:00 i zaczałem się przygotowywać do wyjścia, po wczorajszym bieganiu czuję lekkie zakwasy, ale nie jest źle, mogę chodzić ;P. Do pracy wychodzę ok 6:30 tyle, że już na podwórku na szybko czyszczę rower z zaschniętego błota, oliwię łańcuch i przerzutki, w końcu im się też coś należy. Sama droga rewelacyjna, pomimo tego, że błotnista i nie można było poszaleć, co ciekawe jechało mi się całkiem przyjemnie, nie czułem żeby coś mnie bolało, coś mi przeszkadazało. Ciekawe czy wieczorem będę miał siły na kolejne bieganie :)
Powrót popracowy stosunkowo wcześnie, pewnie dlatego, że w Gliwicach byłem chwilę po 8:00. Dzień minął całkiem przyjemnie, jednak przeżyłem szok gdy okazało się, że pół firmy przegląda mojego bloga, masakra :), teraz nic się nie ukryje ;P. W każdym razie Pozdrawiam Wszystkich zaglądających tutaj :)
KTM Story Dostałem informację z bikershopu z Krakowa (dystrybutora KTM-a), poniżej jego cała treść:
Rama została przesłana do centrali KTM w Austrii.
Jest mi bardzo przykro z powodu długiego oczekiwania.
Zamówiony kurier z przyczyn mi nieznanych (nie zamawiamy go w Polsce) nie przyjechał podebrać ramy. Dopiero kolejne zamówienie kuriera zostało zrealizowane.
Przypuszczam, że nowa rama - po sprawdzeniu uszkodzenia w ramie reklamowanej, zostanie do Pana wysłana w połowie przyszłego tygodnia.
A do posłuchania Tenacious D - Live @ Rock am Ring 2012
Obudziłem się ok 4:30 i za diabła nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok. W końcu dałem za wygraną i wstałem, za oknem lało. Wyjazd do pracy był pod znakiem zapytania, ale powolutku zacząłem się zbierać, w między czasie przestało padać. Ubrałem się w nieprzemakalne wdzianko i ruszyłem w drogę. Wyjazd 45 min wcześniej niż zwykle, ale nie spieszyło mi się, jakbym mógł to pewnie jechałbym gdzie mnie oczy poniosą. Pomimo aury w lesie pięknie, widać, że przyroda odżyła, ten deszcz był potrzebny. Po dojeździe do pracy wyglądałem jak błotny potwór, ale to moja głupia natura ładowania się w bagniste przejazdy przez hałdy dała znać o sobie, chyba to lubię :). Na szczęście wdzianko dobrze chroniło, wystarczyło "syf" spłukać pod prysznicem i wieczorem będę przez chwilę wyglądał jak człowiek ;P (do pierwszej hałdy).
Aura niestety wpłynęła na mnie dzisiaj i na muzykę którą odpaliłem, chyba też tego potrzebowałem. Nie przeciągając miałem odpaloną płytę Riverse - Voices In My Head. Piękna nastrojowa muzyka, na dole wpisu link do koncertu RIVERSIDE - Reality Dream. Mam nadzieję, że się spodoba.
W weekend, udało mi się nieco odpocząć w niezłym towarzystwie, a teraz zostało tylko wziąć byka za rogi i w końcu zacząć realizować wszystkie tegoroczne plany, a jest tego trochę.
Pogoda popołudniu również nie rozpieszczała, cały czas siąpiło. Na drogach spory ruch, starałem się jak najszybciej dotrzeć do lasu i to się udało, tam już cisza spokój, zero spacerowiczów i rowerzystów (trochę szkoda). Zdaje się, że tylko ja jestem taki odjechany aby pchać się w las przy takiej pogodę, ale fajnie było. Pomimo tego, że chwilami lało, podobało mi się. Na uszach dla odmiany "Sonata Arctica" - świetna muzyka, z powerem, podobało mi się. Poniżej link do koncertu, miłego słuchania.
Poranek chłodny, początkowo zbyt chłodny, zanim się trochę rozgrzałem byłem już w Rudzie Śląskiej, powoli pokazywało się słońce i świat stawał się piekniejszy. W drodze przygrywał mi LUMPEX'75, dobrze się z tym jechało, gdy jednak usłyszałem piosenkę ŻÓŁTA SKÓRA OD BANANA moje pierwsze skojarzenia miałem z Tomkiem, któremu dedykuję tą piosenkę ;P
Foty wieczorem, rano wyjechałem zbyt późno i nie chciałem robić przerw w jeździe.
Dziwny był dzisiejszy dzień, mam wrażenie że pogoda na mnie dzisiaj mocno wpłynęła, niby wszystko ok, ale coś się skupić nie mogłem. Wracając po prostu wsiadłem na rower i tyle, gdzieś prysła radość z jazdy. Zapuściłem Sabatona, ale nie pomógł, dopiero gdy odpaliłem "Poparzonych Kawą Trzy" coś zaskoczyło, wróciłem do rzeczywistości i pojechałem nieco bardziej terenowo zahaczając o ul. Piaskową w Zabrzu i staw księżycowy w Rudzie Śląskiej. Patrzę na prognozę pogody i ciśnienie leci powoli w dół, ma jeszcze dzisiaj lać. Ciekawe czy jutro pojadę w takich warunkach. Swoją drogą "Musculus Cremaster" jest świetna, jakiś rok temu słuchałem jej na okrągło przez kilka dni. Warto czasami odkurzyć niezłe kawałki. Do wpisu dołączam pierwszy utwór z tej płyty. Miłego słuchania :)
Powrót raczej standardowy przy dźwiękach kolejnych płyt Huntera, świetne rewelacyjne granie, jako że koncert był dołączony do poprzedniego wpisu to na dole będzie tylko link do pojedynczego utworu. Myślę, że się spodoba - Easy Rider w wykonaniu Krzysztofa Daukszewicza i zespołu Hunter. Obłęd.
Zdjęcia zostały zrobione na hałdzie pomiędzy Zabrzem Kończycami a Rudą Śląską Halembą.
Wyjazd standardowy, późno 7:10 na zegarku, masakra. Zbieram graty i ruszam, wieje stosunkowo silny zachodni wiatr, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, może dlatego, że zapodałem sobie płytę Hunter - Hellwood. Muzyka, której potrzebowałem z rana, coś co pobudziło krążenie w żyłach. Na dole wpisu link do utworu TshaZshyC z tej płyty, a poniżej link do koncertu HUNTER - XXV LAT PÓŹNIEJ. Miłego słuchania.