Wyjeżdżam przed 17... prognozy mówią coś o przelotnych opadach... cóż... może znowu się uda? Po kilkuset metrach przypominam sobie coś..., miałem sprawdzić możliwość dojazdu do ul Kopalnianej i przekroczenie w jej okolicy ul Pszczyńskiej... więc odbijam nieco inaczej... skręcam w pobliżu cmentarza hutniczego, odnajduję ścieżkę, którą widziałem na googelu i wszystko było by ok... gdyby nie ul Kujawska... zupełnie o niej nie myślałem... wydawało mi się, że nie stanowi żadnego problemu, a jednak... spory ruch... ciągnące się w obie strony sznurki samochodów, brak przejścia, przejazdu. Przeszkoda ciężka do sforsowania... w tym miejscu na bank nie możemy grupą przekraczać tej drogi... utkniemy.... gdy będziemy jechać grupą 50 osób... Musze jeszcze raz przemyśleć plan... przejazdu tędy... zawracam na standardową szosową drogę i gnam do domu, a właściwie to chciałbym gnać... ;P Czuję jakieś osłabienie... czemu? jakieś zatrucie? zmęczenie, może jakiś wirus gdzieś się czai... To nie odcięcie zasilania... coś innego... W Kończycach jest tak źle że będąc na ul Sitki... zastanawiam się gdzie jestem... co to za trasa, co to za ulica. a przecież jeżdżę tędy bardzo często, przejeżdżałem tą ulicą setki razy, znam każdy dom, każdą dziurę... Musiałem się zatrzymać... po chwili wszystko wróciło do normy... jednak już wolniej i ostrożniej jadę do Katowic... na ul Sitki nie ma żadnego ruchu, a co by było gdybym stracił orientację na jakiejś bardziej ruchliwej... Nie pamiętam kiedy się tak dziwnie czułem... chyba 20 lat temu... przy +35 w autobusie... ale dzisiaj to nie przegrzanie... nie przy 12 stopniach.... Ile się da tyle razy wjeżdżam na boczne ścieżki, drogi..., nie wiem co jest grane i nie chcę ryzykować... Może to tylko przemęczenie...
Wyjeżdżam o 7:10, trochę późno, ale gdy widziałem za oknem chmurzyska deszczowe, to nie spieszyło mi się zupełnie, jednak prognozy mówiły, że nie powinno być źle... nie powinno mnie zmoczyć, na dokładkę wiatr będzie wiał mi w plecy :)...
Gdy jestem na zewnątrz czuję, że jest niesamowicie ciepło.... mam i tak założoną wiatrówkę, jednak spokojnie mógłbym jechać bez niej :) Gnam szosami, bo jest późno, bo spieszy mi się... Na drogach umiarkowany ruch... co nieco dzieje się na wirku i w Zabrzu gdzie do centrum docieram tuż przez ósmą...
W Gliwicach pomimo korków... udaje się normalnie przejechać Zabską, przynajmniej nie musiałem czekać... Ciekawe jak będzie wieczorem... niby ma lać...
Wyjeżdżam dopiero po 17:00.., przez ostatnie 2 godziny zerkałem na radary meteo. kolejne burze jakoś szczęśliwie omijały Gliwice, tylko przez chwilę coś padało w ciągu dnia...
Gdy wyjeżdżam jest sucho... :) ciepło... coś koło 19 stopni... wieje bardzo silny wiatr w plecy... wyjątkowy jest ten dzień, z rana również miałem wiatr w plecy :)
Na drogach sporo samochodów... czemu? Nie wiem, nie mam pomysłu...
W ciągu dnia dotarły obręcze do Gianta... przy pierwszej okazji wymienię te stare - oryginalne bo już zdążyły popękać..., ale jak mogło to się skończyć inaczej skoro Giant wsadził tanie obrączki... niekapslowane... Nówki zostają w firmie :) Gdy coś będzie się działo z kołami wymienię przy okazji obręcze...
Przez moment chodzi mi po głowie by sprawdzić wyjazd na Bojkowską przez Kopalnianą... wydaje się, że za cmentarzem hutniczym jest nawet sensowna ścieżka a później, najwyżej przeprowadzi się rower po pasach... Jednak przewalające się chmury przywracają mnie do rzeczywistości, dzisiaj to nie ma sensu...
Więc jadę w miarę najkrótszą drogą do domu, mała przerwa przy pomniku w Kończycach i w parku Zadole... szybki sms i lecę do domu... na ostatnim kilometrze zaczyna padać...
Udało się zdążyć... ciekawe jak będzie jutro prognozy są paskudne...
Po tygodniowej przerwie pora wrócić na trasę Katowice-Gliwice.... Z domu wychodzę około 7:00 :)... ubrałem wiatrówkę... ale gdy jestem już na dole.. pakuję ją do plecaka... jest ciepło... na tyle ciepło, że można jechać na krótko... Rower i ja jednak jesteśmy przygotowani na to co może być wieczorem, a prognozy nie napawają optymizmem, ma padać, lać, może grzmieć... więc jeszcze z rana zapakowałem przeciwdeszczówkę, założyłem błotniki... i "Niech się dzieje wola Nieba, Z nią się zawsze zgadzać trzeba" :).... Przejazd dzisiejszy szosami... co prawda i czas i chęci były... jednak w cieniu czuć było jeszcze chłód, a poza tym jakoś nie odpocząłem po niedzielnej wycieczce do Wisły... to... zmęczenie... odwodnienie... organizm będzie potrzebował kilka dni zanim wszystko wróci do normy.... a od niedzieli, piję, piję... i piję... herbata, woda, kola... wszystko co mokre... i nieprocentowe... Przecież to było jedynie 9 godzin na rowerze.... Za to po południu będę chłonął wodę przez skórę :) więc może się to wyrówna poziom elektrolitów ;) Szosami jechało się wyjątkowo dobrze... ruch na drogach umiarkowany i coraz cieplej... :) Mała przerwa na fotę w lasku Makoszowskim... i gnam do firmy :), już niedaleko... Na Zabskiej za to korek jak diabli.... najlepsza opcja to zejść z rowera i przeprowadzić rower na drugą stronę. Tak też czynię, a kierowcy niech stoją ;)
Miałem wyjechać wcześniej, godzinę wcześniej i... zaczęło lać :) nad Gliwicami przeszła burza :(.... Gdy przestaje padać przebieram się i jadę... drogi mokre, jeszcze trochę kropi, ale to wszystko..., może nie wszystko, pozostał jeszcze silny wiatr w plecy :) Drogi o tej godzinie puste, samochody gdzieś spłukało... :) Gdzieniegdzie widać podnoszącą się delikatną mgiełkę... robi się pięknie :), nawet przez chwilę zastanawiam się czy nie pojechać lasem... w końcu dawno już mnie w nim nie było ;P...
Niedziela... dawno nie było mnie na rowerze... dziwne bo niby mam urlop. ale niestety sporą część musiałem wykorzystać inaczej niż myślałem... Trudno się mówi... Dzisiaj już nie ma wymigiwania się... 8:30... jestem na rowerze... Kierunek... Gliwice... :) jakbym miał mało jazdy do tego miasta... Ech... Niestety muszę pojechać, dzisiaj chciałbym sprawdzić urodzony w bólach kolejny wariant trasy do Wisły...
Najbardziej interesuje mnie wyjazd z Gliwic... przyznam się, że nie wiem co zrobić z Pszczyńską, ulica jest strasznie niewdzięczna, na dokładkę chyba wszystkie warianty będą złe... Później Chcę zobaczyć czy to za zaplanowałem siedząc na d google maps, earth, open street, mapami papierowymi, jest przejezdne... czy warto tamtędy jechać...
Pogoda dzisiaj nie rozpieszcza, na dzień dobry mam bardzo silny wiatr z północnego- zachodu... więc do Gliwic mam cały czas pod górkę... W Gliwicach zamiast pod firmę jadę Kujawską, chcę zobaczyć jaka jest możliwość przejazdu ul. Pocztową... na drugą stronę...
Dzisiaj działa giełda samochodowa... ech... jazda w tym czymś to tragedia... Pocztowa zakorkowana... może nie cała... ale przejazd przez Pszczyńską kosztuje mnie 5 minut.... czekania... Jako pojedynczy biker ok... ale grupa... nie ma szans... Trzeba popytać mieszkańców co z tym można zrobić... Obawiam się jednak, że niewiele...
W końcu przedostaję się na Bojkowską... kierunek Gierałtowice... pomimo tego, że droga niby Główna, to jest dość przyjemna, w Gierałtowicach wjeżdżam na boczne dróżki... przejeżdżam obok Remizy :), przejeżdżam 921 i kieruję się na kolonię Beksza..
W Dębińsku kościół pełny, po chwili zaczynam kojarzyć, że w końcu to czas komunii, więc musi być pełno.... :) nie powinno mnie to dziwić... Krótka przerwa i odbijam lasami na Jaśkowice...
Tutaj czeka na mnie terenowy podjazd... czuć go w nogach... jednak to w zasadzie jeden z 2 na całej zaplanowanej trasie... bo pomimo tego, że Wisła jest w górach to trak na dobrą sprawę cały czas jedzie się po płaskim i dolinami.... A Orzesze-Jaśkowice to jedyna górka... większa... dobrze, że na początku wycieczki... Przy okazji można obejrzeć radar meteo :)
W Orzeszu mijam krzyż, widać, że zawierucha wojenna i powojenna odcisnęła na nim swoje piętno... Ciekawe co było na mim w miejscu gdzie widać ślad oderwania... czegoś, jakiejś tabliczki... może inskrypcji... pewnie po niemiecku....
Z Jaśkowic gnam na Zazdrość i dalej na Woszczyce... gdzie zaliczam jedyny przejazd przez paskudną drogę 81, za to dalej przez piękne lasy na Rudziczkę... troszkę piasku... ale to nie problem... Pewnie i tak kilka osób mnie za to przeklnie :)
Za Rudziczką jeszcze jeden leśny odcinek, ale sporo prostszy.... później już asfalt... robi się gorąco, zdejmuję bluzę... i pakuję ją do plecaka... dalej jadę zupełnie na krótko... a niby jest 16 stopni. Przed Strumieniem pamiętam z analizy map..., że jest coś, co może być godne uwagi...
Gródek warowny z Xw... powinienem mieć go tuż przy trasie przejazdu... odbijam delikatnie z trasy, może 200m i jest... W rzeczywistości to rekonstrukcja, która mam wrażenie, że jeszcze powstaje... że tworzy się, świadczą o tym bale leżące dookoła... Chwila na focenie...
I ruszam do pobliskiego Strumienia... tutaj dłuższa przerwa, w sklepie uzupełniam elektrolity, kupuję jakieś batony..., mają też świeże babeczki z owocami :)
Nie ma lekko... trzeba ruszać dalej... Zauważam jednak jeszcze jedną informację, która nie do końca mnie cieszy... od 2 czerwca 2015 roku do końca tego miesiąca zamknięty będzie most przez Wisłę... przynajmniej dla ruchu kołowego... Mam nadzieję, że z rowerem da się tam jakoś przejść, czy przejechać... Bo alternatywa... to chyba jedynie most kolejowy... ale to ostateczność....
Pozostała jazda do Drogomyśla wzdłuż wałów Wisły, w zasadzie w ich pobliżu, droga taka sobie... wydaje mi się, że wariant którym ostatnie jechałem przez okolice Gołysza był ciekawszy
W Drogomyślu... przypominam sobie, że jest pałac..., na chwilę przy nim przystaję, jest remontowany...
ale niedaleko, zaczyna się właściwa ścieżka po wałach... do Skoczowa... Co do niej również mam mieszane uczucia, chyba lepiej będzie pojechać drogą przez Kiczyce...
W Skoczowie remontowany jest jeden z mostów, ten po którym mamy jechać, przepustowość ograniczona do zera... jedna osoba z rowerem ledwo się przeciśnie... porażka... a tuż za mała niespodzianka. Jak może wyglądać ścieżka rowerowa... tylko po co na niej schody?
Niby wszystko pięknie, ale przez dobre 10km jedzie się pomiędzy chaszczami z lewej prawej... ten fragment wydaje mi się, że można przeprojektować, może wykorzystam błąd który popełniłem na ostatnim objeździe? ;)
i zaczynam wracać... jadąc do... widziałem "bar u Krzysia" tam się zatrzymam... Zamawiam coś szybkiego, dużego.... i dostaję kotlet szwajcarski z frytkami i surówką z piwem w komplecie... za jedyne 30zł... Nie dość, że czekałem 20 minut, to na dokładkę ani super smaczne, ani duże... po prostu takie sobie.... Myślę, że bar skreśliłem z kolejnych wycieczek...
Włączam nawigację, niech mnie prowadzi... jednego jednak jestem na 100%pewien... OSM And prowadzi na krechę, jestem pewien że zaliczę i Górki Małe, i Duże i Rudzicę...
Myślałem, że za Górkami Dużymi będzie z grubsza lekko a tutaj niespodzianka... Łazy... i ścianka... dawno się tak nie narobiłem jak w tym miejscu... Nie wiem czy stromością ten podjazd nie przewyższa na krótkim fragmencie to co jest na Hrobaczej Łące... rower zwalnia do 6km/h
Z domu wyjeżdżam około 13:30... czasu niewiele... a muszę dotrzeć na Mariacką, odebrać zamówione zawory do fitra i wrócić do domu... mam coś koło godziny czasu... Jednak nie zamierzam tylko gnać... Przyznam się, że nie mam jakiegoś planu jak tam dojechać... Do centrum z grubsza przez park Kościuszki, później w pobliżu kościoła Piotra i Pawła i dalej na katedrę... tram zauważam kolejny Dab Papieski... nie wiedziałem o jego istnieniu, a może, za rzadko tutaj bywam? Nie lubię centrum... Niemniej wynika z tego, że w Katowicach mamy 3 takie dęby :)
Spod katedry niby niedaleko, ale przypominam sobie, że muszę jeszcze zahaczyć o ścianę płaczu... :)... Krótka wizyta na rynku w bankomacie i jestem na miejscu... z zaworami mogę wracać spokojnie do domu. Tyle, że chcę pojechać przez dolinę 3 stawów... Cóż... droga wiedzie mnie koło Biblioteki Śląskiej
oraz os. Paderewskiego... Na dolinie próbuję sobie przypomnieć kiedy tutaj ostatni raz jechałem? Chyba nie w tym roku... Na dokładkę zaskakuje mnie mała ilość osób w parku. Pewnie to efekt dnia roboczego...
Po małym objeździe gnam lasami do domu... Pogoda trochę zaskoczyła, termometr za oknem pokazywał coś koło 19 stopni... a w krótkich ciuchach było mi chłodno... Teraz zostało w domu wymienić felerne zawory, ale to już jutro... dzisiaj muszę dokończyć coś innego...
Powoli trzeba przygotowywać trasę do Wisły z Gliwic... warunkiem koniecznym jest by poprowadzić ją bocznymi drogami i by i ograniczyć liczbę podjazdów... Już wstępna analiza pokazuje, że trasa będzie łatwa, ale jednocześnie dość długa... Możemy mieć jedynie nadzieję... że osoby które będą z nami jechać pod koniec czerwca wcześniej trochę pojeżdżą... bo gdyby miał to być pierwszy wyjazd dla osoby która nie uprawia żadnego sportu to niestety ale może spodziewać się problemów. Podjazdów będzie jak na lekarstwo... za to sama długość około 90 km... może zabić...
Dzisiaj mając wolny dzień postanawiam sprawdzić jeden z wariantów...
Z domu wyjeżdżam trochę po ósmej rano... i jadę do Gliwic do firmy... gdy dojeżdżam dzwoni
Darek... i kilka sekund później się widzimy, dowiaduję się, że plan jest do zmodyfikowania... omijamy z definicji Żory... Mój plan wziął w łeb... To co mam narysowane... na papierowej mapie, będzie miało się nijak to końcowej trasy przejazdu..., chociaż nie... spore fragmenty będą dalej do wykorzystania, ale nie skończy się na jednym przejeździe... Problematyczny fragment do zmiany to od Dębińska do Woszczowic... na szczęście jest on blisko Gliwic, więc mogę go sobie testować później... a dzisiaj pojadę do Woszczowic po małej modyfikacji trasy na Żory... Trudno. zrobię kilka, może kilkanaście km więcej... ale sprawdzę większość trasy...
Po 9:48 ruszam...
Wyjazd z Gliwic będzie stanowił spore wyzwanie... duży ruch samochodów... a trzeba się "przewalić" przez Bojków...
Od Gliwickiego Centrum Edukacji i Biznesu... na Bojkowskiej... zaczyna się ścieżka rowerowa... Problematyczny fragment ma około 3.5km... Trzeba spróbować go ucywilizować... pytanie czy się da... ale to zostawiam na kiedyś....
Sama ścieżka dość przyjemna... tyle, że i tak się kończy w okolicy Szybu VI KWK Sośnica... tam już trzeba wjechać na szosę..., kierunek Gierałtowice... samotny biker nie stanowi problemu, ale co będzie jak pojedzie grupa 50? ... podzielona po kilkanaście osób...
W Gierałtowicach wjeżdżam na ul. Wyzwolenia... wg Google jest tam przejazd nad torami... Google się myli... rower muszę przenieść za to później widzę, że gdybym odbił wcześniej... i pojechał ul Prusa... to trafiłbym na przejazd pod torami... niby jest... więc jest pole do popisu przy modyfikacjach :)
Zaczyna się terenowy odcinek... trochę kałuż... trzeba to omijać, ale nie jest źle... jeżeli nie będzie padało w przeddzień wyjazdu to będzie tutaj znośnie :)
Za to dalej wjeżdżam na drogę techniczną wzdłuż A1... jedzie się świetnie, ale wkrótce i tak muszę wjechać na szutry...
Około kilometra jest paskudne... koleiny, rozlewiska... błoto... jak się później okaże to jedyny taki odcinek... dzisiaj.
Od przejazdu kolejowego jest już nieźle... :) pojawia się nawet asfalt :)
Kierunek Bełk... po drodze moją uwagę na mapie przykuwa symbol szczytu i opis Góra Ramża... Mniej więcej kilometrowy podjazd... górka nie jest wielka... niemniej czuć że jest pod górkę... w pobliżu szczytu kapliczka :) i miejsce postojowe...
ale robienie kolejnego postoju po 1km... chyba jest bez sensu... więc raczej je odpuścimy... Mało tego, wydaje mi się, że docelowa trasa ominie tą górkę , wydaje mi się, że lepszą opcją będzie odbicie na Jaśkowice... - dzielnicę Orzesza...
Jadę jednak dalej na Bełk, moją uwagę zwracają 2 kościoły pierwszy wielki murowany i drugi nieco dalej gdzieś w cieniu, w zieleni... drewniany...
Kierunek Strumień, już niedaleko... na mapie zauważam drogę niby utwardzoną... dojeżdżam do niej i... stoi ciekawy znak...
Z informacją, że na tyle ma być przerzutka z 15 zębami - 15T... ;P
Cóż... zmieniam przełożenie... i jadę nią... Dla mnie jest to pola droga, ale widocznie kiedyś była utwardzona... przez samochody które nią jechały wcześniej ;p
W Strumieniu piękny mały ryneczek i knajpka... Trzeba sprawdzić jak gotują, zamawiam placek po węgiersku... po 10 minutach dostaję... szok... jest świeży, to nie jest mrożonka... sporo pysznych surówek a porcja 2 osobowa... cena 14 zł... o złotówkę droższa od schabowego z frytkami... Z reguły placek jest tańszy... od schabowego... :)
Myślę, że miejsce niezłe na mały popas, tym bardziej, że będzie to mniej więcej połowa trasy.
A za wiaduktem myślałem by wbić się w ścieżkę wzdłuż Wisły, jednak nie widzę jakiegoś sensownego zjazdu... więc jadę nieco inaczej... jak się okaże trasa jest malownicza, drogi spokojne i tylko raz muszę przekroczyć coś większego na chyba 5km minął mnie jeden samochód :)
Wracam na dworzec i ... okazuje się, że ten pociąg jeździ tylko w weekendy, następny za ponad godzinę, wiec wracam do miasta, na kolejne uzupełnienie elektrolitów...
Gdy przyszła pora wyjazdu okazuje się, że był jakiś wypadek i pociąg nie przyjedzie... w zamian przyjedzie bus... tylko pytanie czy zabiorą mnie z rowerem? Profilaktycznie sprawdzam czy mam baterie do lampki...
Bus na szczęście wyposażony jest w przyczepkę... pakuję więc rower... i wracam do domu...
To był długi dzień... szkoda tylko, że nie zwróciłem uwagę, że pociągu o 18:10 nie ma.. Pewnie odwrócił bym się i wrócił rowerem do domu... byłbym przed pociągiem... ;P
I po kilkudziesięciu minutach zaczynam wracać... na drogę do domu....żegnam się z tym miejscem, mam nadzieję, że uda mi się tutaj jeszcze wrócić. Zamieniam jeszcze kilka zdań z młodzieżą... okazuje się, że tego miejsca "pilnuje" stróż... hm.... dziwne bo nikogo nie widziałem,... ale podobno ma wszystko w poważaniu... podobno też ekolodzy wynoszą z tego miejsca co chcą... ech.... kolejne miejsce które pewnie zniknie z mapy miasta... trochę go szkoda.... ale przynajmniej mam kilka jego fotek... z czasu upadku... :( Wyjeżdżając jakieś 2 burki mnie obszczekują, skąd się wzięły? Może jednak stróż się obudził?
7:16 - dopiero na rowerze... znowu lekkie opóźnienie , niestety zabawa w nocy z uszkodzonym zaworem z filtra akwarium...powoduje to, że z rana mam do zrobienia więcej niż myślałem...
Jadę dzisiaj szosami... jakby ostatnio bywało inaczej... ;P z rana....
na drogach dość spory ruch.... chodziło mi po głowie wjechanie do lasu... niemniej słysząc dalej stukające łożysko... jestem pewien że to suport... wczoraj wracając wyczaiłem to... dzisiaj wrzucę do serwisu... niech walczą... rower musi być sprawny... tylko czemu to tyle musi kosztować? Ten miesiąc będzie pod tym kontem rekordowy... ale w jakiś sposób wiąże się to z przesuniętym na za 2 tygodnie wyjazdem rowerowym... Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, rower nie może się rozkraczyć...
Dziwnie dobrze i szybko mi się jedzie... jestem prawie pewien, że wieje mi w plecy... zbyt wysoka średnia.. W firmie jestem kilkanaście minut po ósmej... o 9:00 rower już w serwisie... chłopaki walczą...