No to pękło dzisiaj 9000km. Mogło być więcej, ale wypadł mi ponad tydzień z jazdy w tym miesiącu. Zresztą nie załuję tego czasu, było pięknie, było wspaniale, a teraz trzeba trochę popracować nogami, aby wykonać limit na ten rok :). W trakcie powrotu złapałem gumę w miejscu, w którym w zeszłym roku złapałem kilkadziesiąt snejków - Lasek Makoszowki, okazało się, że najechałem na jakiś paskudny kolec. Nic to wiczorem trzeba będzie się pocieszyć i uczcić kolejnego tysiaka :).
Wtorek, chłodny poranek, ale do pracy trzeba jechać. 10 stopni to nie tak źle, w zasadzie jadę na któtko, jednak po wyjściu zakładam przeciwdeszczówkę. Dzisiaj już przez lasy, jest pięknie. Coś mnie podkorciło, żeby zahaczyć o cmentarz żołnierzy radzieckich w Zabrzu. Przejeżdżam koło niego prawie codziennie 2 razy, jednak rzadko tu zaglądam, odkryłem go przypadkowo w zeszłym roku. Porównując jego stan z tym co zobaczyłem we Francji to to jest tragedia, nie umiemy dbać o pamięć, o tym co było, co się zdarzyło...
Powrót z pracy może nei najkrótszą trasę, ale za to jedną z najszybszych, spieszyło mi się, byłem umówiony wieczorem, a czas gonił, więc wybór mógł być tylko jeden: szosy, szosy, szosy i naciskać na pedały ile się da. Przy okazji śledziłem średnią, interesowało mnie gdzie najwięcej stracę, a gdzie zyskuję i... trochę się zdziwiłem, największą stratę odnotowałem w Rudzie Ślaskiej, ale może to przez skrzyżowania i światła i ten niewielki (ale wredny) kawałek terenu.
Do wpisu dołączam trochę zdjęć mew z Normandii, bo jakbty mogło być inaczej ;)
Wpis z lekkim opóźnieniem, ale wczoraj net mi nie działał, dzisiaj już jest ok.
Powrót do domu po szosach, nie miałem ochoty na wjazd do lasu, tym bardziej, że trochę mi się spieszyło. Żadnych specjalnych szaleństw, żadnych wybryków, jedynie w gliwicach jakiśdzisdziuś prowadził samochód w taki sposób, że zagrażało to bezpieczeństwu, wolałem się trzymać nieco z tyłu za nim, masakra. Powinni takim ludziom odbierać prawo jazdy, ew kierować ich na dodatkowe testy...
Na dole wpisu kilka zdjęć tym razem z cmentarza żołnierzy niemieckich w normandii. Nie wiem czemu, ale mam jakiś sentyment do takich miejsc, nie ma znaczenia czyj jest to cmentarz, po prostu kolejne miejsce, które skłania do refleksji...
Pierwszy dopracowy wyjazd, na dokładkę pogoda nie rozpieszcza, rano leje, silny zachodni wiatr, a ja dalej jestem przeziębiony, ale cóż począć. Pociągiem nie pojadę ;P, jeszcze nie.... .
Za to wczorajszy dzień spokojny w końcu, ze szfagrem mieliśmy trochę czasu dla siebie, była okazaja żeby obejrzeć jakiś film i ... trafiło na Szeregowca Ryana. Głównie ze względu na mój pobyt w Normandii. Przyznam się, że dziwnie ogląda się film, gdy niedawno byłem w tym miejscu, gdzie chodziłem wśród krzyży, gdzie oglądałem bunkry, fociłem, dość niezwykłe wrażenie.
We wpisie kilka fotek z cmentarza Żołnierzy Amerykańskich.
Dzisiaj bez wygłupów, dostałem pod opiekę małego i matkę swoją Helenę. Dziwne że się nie bali :P. Głownie chodziło o małą wycieczkę po okolicy, tak aby nikogo nie zajechać a przy okazji zobaczyć, czy są w lesie grzyby. Tych ostatnich niebyło, ale sama wyprawa wszystkim się podobała (może wg mnie była zbyt wolna :). W drodze odwiedziliśmy pomniki obrońców wieży spadochronowej, Starganiec, bunkier i kilka ciekawych miejsc w lesie gdzie szukaliśmy grzybków (jadalnych). W drodze powrotnej jeszcze chwila odpoczynku w parku na Zadolu i szybko do domu, na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury, a to nie zwiastuje niczego dobrego.
17:40 wyjeżdżamy spod bloku na Helence, mamy mało czasu, za 20 min zaczyna się masa w Zabrzu, lecimy ile sił w nogach i... jesteśmy 2 minuty przed czasem :) Policja ma nas eskortować, prowadzi nas może kilometr i pod PGNiG-iem zatrzymuje kolumnę i puszczają nas po 15 rowerów :) i... to by było na tyle z eskorty. Mały zgrzyt, jednak kolumny dośc szybko się łączą i jedziemy razem. W Rokitnicy czeka na nas mały poczęstunek z okazji jubileuszowej masy :) Fajnie. Chwila na pogaduchy ze znajomymi i lecimy dalej, tym razem Darek, Wiktor i ja.
Podjeżdżamy pod dom gdzie opuszcza nas Wiku :(. Dalej już sami podjeżdżamy pod Krajszynę i leśnymi wąskimi ściezkami błądzimy po lesie. Trasa jest mocno wymagająca technicznie, jest ciężko. Czasu jednak niewiele, zaczyna się ściemniać, więc pora wracać. Jutro wpad do Karpacza.
Kolejny piękny poranek, jest chłodno, to dobrze, sprawdzam prognozy, może być dzisiaj ciekawie, przez cały dzień mogą pojawiać się burze :) Jadę standardową drogą i zastanawiam się czy woda już zeszła przed Halembą, mam nadzieję, że tak, średnio mam ochotę na pływanie po raz drugi w Jamnie :). Dojeżdżam na miejsce i na szczęście pozostała tylko niewielka kałuża
Miejsce w którym stoi Manfred było wczoraj pod wodą, aż do hałdy wszystko było zalane, więc dzisiaj jest rewelacyjnie. Dalsza trasa też przebiegała bez przezkód, może jedynie denerwował silny wiatr zachodni, który zaczął mi towarzyszyć w Rudzie Śląskiej i nie odpuścił już do końca.
Dzisiaj bez fotki.... wyjątkowo. Zaczynam urlop... będzie się działo, chociaż licze mimo wszystko na chwilę odpoczynku, muszę doładować baterie na kolejny rok..., z drugiej strony ostatnio i tak udało się je mocno wzmocnić. Jutro zaczynam przygotowania do wyjazdu do Karpacza, przyznam się, że nie do końca jeszcze wiem jak, ale będę w niedzilę na Uphillu i... zamierzam go wygrać ;P. Wariantów wyjazdu jest 4. Jutro musi się wyjaścić wszystko. Pewnie do wieczora będzie młyn, ale taki już urok przygotowań.
Wracając do drogi powrotnej to... dzisiaj noga jakoś nie podawała, totalnie nie chciało mi się jechac, czułem zmęczenie, przemęczenie, a może wpływ na to miały myśli związane z urlopem ?
6:30 rano - za oknem pada deszcz - niedobrze 7:00 - deszcz ustaje, trzeba wsiadać na rower i do pracy 7:10 - w końcu wyjeżdżam, zastanawiam się czy jechać szosami, ale... ciągnie wilka do lasu. Na ścieżkach sporo kałuż, trochę wiatrołomów, ale czego można się spodziewać po burzy, po takiej burzy?
Wyjeżdżam z lasu Panewnickiego w Rudzie Śląskiej, przede mną wielka kałuża, nie mogę jej ominąć, ma może 10m długości, potem zakręt, nie widzę co jest dalej, ale drogę znam i nie spodziewam się problemów. Jadę..., rower zanurza się coraz głębiej i głębiej..., 2/3 koła już pod wodą, buty mokre, nogi do pół łydki zanurzone..., wyjeżdżam za zakręt i widzę co się stało, to rzeczka Jamna wylała, do "brzegu" mam jeszcze kilka metrów, dam radę, z drugiej strony stoi ekipa z ciężkim sprzętem, która pewnie ma za zadanie udrożnić bieg rzeki. Patrzą się i uśmiechają, pewnie pierwszy raz widzą wariata na rowerze "wodnym" w tym miejscu...