Zwiedzanie bunkra....

Czwartek, 21 marca 2013 · Komentarze(4)
Suede - Bloodsports FULL ALBUM


Wyjeżdżam z pracy, jest grubo po 16:00. Na zewnątrz panują paskudne warunki, całun ciemnych chmur zakrywających niebo nie przepuszcza zbyt wiele promieni słonecznych, pada delikatny deszcz, jest nieprzyjemnie…

Pora jednak ruszyć drogę powrotną, obawiam się jej trochę, ale cóż…, na szczęście na drogach panuje względny spokój, kierowcy jeżdżą jakoś tak ostrożniej, a może tylko mi się wydaje, może to już wieczorne zmęczenie materiału…

Gęste chmury nad okolicą © amiga


Dojeżdżam do Rudy Śląskiej, w zasadzie jestem już na Wirku, wjeżdżam w teren, dokładnie w ten kilometr przez pola i… postanawiam zahaczyć o pobliski bunkier…, kiedyś podjechałem tam tylko raz, teraz jest okazja na małą penetrację okolicy i może zajrzenie do środka?
Deszcz zamienia się w drobny śnieg, uderza o prostopadle o twarz, to chyba efekt wzmagającego się wiatru, na ścieżce woda, błoto i trochę śniegu w zasadzie uniemożliwiają przejazd do podnóża budowli…, prowadzę rower, w końcu to max 100m.

Jestem już na miejscu, robię kilka fot, widzę że wejscie jest otwarte, pewnie ekolodzy już dawno wynieśli stalowe wrota na złom, więc można zajrzeć do środka.

Zapach unoszący się dookoła świadczy o dość paskudnej zmianie przeznaczenia tego miejsca, w chwili obecnej służy raczej jako toaleta publiczna, niż pamiątka po wojnie, trochę szkoda takich miejsc, szkoda że niszczeją. Zatykam nos i mimo wszystko wchodzę do środka, może uda się coś zobaczyć.

Schron bojowy numer 34 na Wirku © amiga


Strop jest niski, musze uważać, zdejmuję kask, będzie prościej, zaglądam do komory obok jakieś schodki prowadzą na górę…, trzeba tam zajrzeć…, widzę przed sobą rozciągające się pola i dróżkę, którą przyjechałem, nic specjalnie ciekawego, chyba pora wyjść. Odwracam się i zaczynam schodzić, chwila nieuwagi i walę głową o betonową belkę, leżę na ziemi, czuję jak z głowy sączy się stróżka krwi, rana chyba nie jest głęboka…

Zauważam jednak coś jeszcze z boku po lewej stronie znajduje się jakiś niewielki otwór, mój upadek spowodował wypadnięcie kilku cegieł otaczających go… widać, że ktoś zamurował to przejście, prowadzące… gdzieś… ?

Sprawdzam kolejne cegły, są obluzowane, dają się łatwo wyciągnąć, wyjmuję jedną po drugiej, odkładam je na bok, czuję powiew powietrza z odkrytego przejścia, świecę latarką są schody, prowadzą w dół, sporo pajęczyn, nie lubię takich klimatów.

Przypomniałem sobie o rowerze, wychodzę nac hwalę na zewnątrz, zabieram Manfreda do środka, prowadzę go ze sobą do odkrytej „czeluści”

Ostrożnie podążam w głąb przejścia…, z oddali zauważam jasne światło, początkowo małe, jednak z każdym krokiem coraz większe, jestem już kilka metrów od "wyjścia", słyszę jakieś głosy, zwalniam, wychlam się i wewnątrz kolejnego pomieszczenia widzę ludzi, przebranych w polskie mundury, żołnierze? Może jakaś grupa odtworzeniowa?
Chyba sobie zażartuję, wchodzę do środka i krzyczę „Hände hoch”. Odwracają się w moim kierunku i podnoszą broń mówią coś szeptem…, chyba nie zrozumieli żartu…

Widzę, jak jeden z nich przeładowuje karabin i mierzy we mnie. Co jest grane? Co się dzieje, próbuję do nich mówić, jednak przerywa mi wystrzał, to drugi żołnierz strzelił w ziemię może metr ode mnie. To nie są ślepaki…, coś naprawdę jest nie tak… . Każda próba nawiązania kontaktu kończy się podobnie, podnoszę ręce, chyba pora odpuścić, zobaczyć jak to się dalej potoczy, co się stanie….

Wyższy z nich podchodzi do mnie, odbiera mi latarkę i stawia rower pod ścianą, każe mi opróżnić kieszenie i w końcu wiąże ręce z tyłu. Dopiero teraz ten niższy opuszcza broń…, lekko odetchnąłem, nie skończę z kulką w piersi….

Sytuacja zaczyna się uspokajać, ponownie próbuję zagaić, nawiązać kontakt teraz jest już lepiej, emocje opadły…, okazuje się, że ten mniejszy to kapitan Marek, ten większy to szeregowy Mietek. Próbuję wyciągnąć informacje kim są i co to za akcja…, uparcie twierdzą, że są Żołnierzami Polskiej Armii….

Chwila, tylko czemu mundury przypominają te z czasu II wojny?
Pokazują mi gazetę, wygląda na nową tylko ta data 31.08.1939? Jakiś reprint? Po dłuższej rozmowie udaj mi się ich przekonać że jestem niegroźny i na dokładkę jestem polakiem…, w końcu rozwiązują mnie, mam okazję też wyjrzeć przez niewielkie okienko na zewnątrz, jest zielono, świeci słońce, okolica podobna ale jakaś nie ta sama, w oddali powinienem wiedzieć bloki, ale nie, nie ma ich zniknęły… Tylko przy głównej drodze stoją familoki…
Mija kilka godzin, niby wszystko pięknie, ale „chłopaki” nie spuszczają ze mnie wzroku, są czujni, boją się, że ucieknę? Może mają trochę racji….

Zaczyna się ściemniać, Marek prowadzi mnie do pomieszczenia obok i wskazuje prycze, chyba mam gdzie spać…, jakoś trzeba by było dać znać do domu, gdzie jestem i co się dzieje, ale komórka nie działa, nie ma sygnału…

Gaśnie światło, zasypiam…

Budzę się, jestem w bunkrze, na głowie czuję wielkiego guza i zaschniętą krew, już chyba wiem co jest grane, to uderzenie w głowę pozbawiło mnie chyba świadomości, tylko ten „sen” taki realny…

Zbieram się, mam wrażenie, że smród jest jeszcze większy niż był, powoli wychodzę na zewnątrz, czuję świeży powiew powietrza, zapach lasu…, chwila, chwila, jaki las… przecież bunkier jest/był w szczerym polu…, Rozglądam się i… wydaje mi się że jestem w pobliżu Starej Kuźni, do domu mam może 10km w linii prostej… Tylko jak ja się tutaj dostałem?

Polowy schron piechoty w lesie Panewnickim © amiga


Ps. tak jakoś mnie naszlo dzisiaj, może to pogoda, może to nastrój...
Mam nadzieję, że chociaż przyjemnie się czytało :)

deszcz, grad... co jeszcze?

Czwartek, 21 marca 2013 · Komentarze(2)
Norah Jones - Sunrise


Poranny klasyk, wszystko na ostatnią chwilę, a za oknem znowu wróciła szarobura bylejakość. Nie mogło zostać te +7 na kilka dni, te słońce nad głowami... Ech...
Ruszam, drogi początkowo suche, czarne, jednak im dłużej kręcę, tym pogoda coraz bardziej nieciekawa... Już przy wyjeździe z Katowic siąpi drobny deszcz, przed Zabrzem czuję, że z nieba pada delikatny grad, kłując mnie w twarz...

Na szosach całkiem spory ruch, miejscami ciężko przemknąć obok stojących samochodów, na dokładkę czerwony czasoumilacz skutecznie spowalnia mój przejazd.
Wieczorem może by jeszcze ciekawiej, przynajmniej tak twierdzi mew.meteo.pl.

Oby się mylił

(fota z wczorajszego powrotu)
Z wiaduktu w Piotrowicach.... (wczorajszy wieczór) © amiga


Mimo wszystko przyjemnego czwartku

Rano zima, teraz wiosna...

Środa, 20 marca 2013 · Komentarze(2)
Skaldowie - Wiosna nadęta


Wychodzę z firmy ok 16:30, jest pięknie, słonecznie, ciepło, wiatr w plecy :), czego chcieć więcej...
Słuchawki na uszy i włączam audiobooka, po raz pierwszy eksperymentuję z tym wynalazkiem na rowerze i mam mieszane uczucia, nie ma mowy o skupieniu się na treści, ale też niespecjalnie to przeszkadza w jeździe, w zasadzie chyba znam fabułę, ale to tyle, przyjemność żadna... chyba wrócę do muzyki...

Spoglądając na pobocza jestem w szoku, rano wszędzie zalegał śnieg, teraz praktycznie nie ma po nim śladu...., faktycznie rozpoczęła się wiosna (ta astronomiczna), tyle, że prognozy na najbliższy tydzień twierdzą coś innego..., ech...

Miłego wieczora...


Kowalik... z archiwum marzec 2011 © amiga

Zaklinanie wiosny, a może.... przeklinanie zimy

Środa, 20 marca 2013 · Komentarze(6)
Janis Joplin - Summertime


Budzę się dzisiaj nieco wcześniej niż zwykle..., po wczorajszych zawieruchach boję się spojrzeć za okno..., odwlekam tą chwilę tak długo jak się da, sprawdzam jednak prognozy, na zewnątrz jest niby -3, opadów nie ma.... może nie będzie tak źle?

Wyjeżdżam z domu ok 7:00, wjeżdżam w lokalną boczną drogę i czuję, że jadę po lodzie..., jazda figurowa nie należy do moich ulubionych konkurencji i mało brakowało a skończyłoby się to glebą.

Dobrze, że takich dróg mam niewiele, reszta to te bardziej główne, zresztą wybierane świadomie, to jedyna szansa aby pojechać dzisiaj rowerem do Gliwic... Nie szaleję, nie pędzę, oczy dookoła głowy, mimo wszystko nie czuję się pewnie gdy śnieg zalega na poboczach..., gdy może być problem z ucieczką...

Na szczęście temperatura idzie mocno w górę, robi się przyjemnie..., chciałoby się pojechać gdzieś dalej, tym bardziej, że prognozy na najbliższe kilka dni są nieciekawe..., ale kto wie..., może jeszcze będzie ciepło...

Za kilka godzin zaczyna się astronomiczna wiosna, trzeba będzie jej poszukać dzisiaj, może gdzieś pod tym śniegiem zobaczę jakieś jej ślady...

Fota niedzielna - przygodny biker.... w okolicach kopalni Makoszowy © amiga

Co mówi wiatr

Poniedziałek, 18 marca 2013 · Komentarze(5)
Jerzy Połomski - Co mówi wiatr


Powrót z pracy raczej klasycznie, chociaż może nie, mimo wszystko udaje mi się wyjść nieco wcześniej, ok 15:00 padał śnieg, na szczęście wszystko zdążyło się roztopić, pozostał jedynie paskudny silny wiatr wiejący tak na oko z południowego-wschodu (moje przypuszczenia potwierdziłem na meteo.pl), czeka mnie ciężka przeprawa, na szczęście na drogach ruch względnie niewielki..., nie czekam, nie kombinuję po prostu jadę do domu może nie najkrótszą, ale najszybszą trasą, od czasu do czasu boczny podmuch chwieje rowerem. Bardzo nie lubię takich niespodzianek..., jednak jakoś wrócić trzeba, a na kolej nie mam ochoty, starczą te 3 miesiące w których posiłkowałem się nimi :), teraz jest czas, czas na rower...

Kolejne kilka dni zapowiadają się równie nieciekawie, liczę jednak, że może weekend będzie ładny, przynajmniej na poziomie tego ostatniego.

Drewniany mostek w parku w Bytomiu © amiga

bladym świtem

Poniedziałek, 18 marca 2013 · Komentarze(5)
Skaldowie - Wiosna


Może piosenka jeszcze trochę przedwcześnie, ale już powoli widać koniec tego paskudnego czasu, zbliża się koniec zimy..., mam serdecznie dość tych nijakich szaroburych dni.... chociaż muszę przyznać, że weekend pomimo tego, że był mroźny to widok słońca napawał optymizmem..., w końcu też udało się trochę pokręcić (wpis wkrótce, pewnie wieczorem).

A dzisiaj rano tylko -4 na starcie i wariant skrócony, Zabrze-Helenka->Gliwice. Zastanawiam się czy jechać po szosach czy może jednak zobaczyć jak wygląda jazda terenem.... Chcę zobaczyć leśną o tej porze roku..., spodziewałem się rozlewisk, błota, a zastałem suchą leśną drogę, dość przyjemny przejazd, fajny poranek.... dobrze się jechało...

Miłego dnia :)

Dziwnie sucho...., może to te -4? © amiga

Szlakiem zorro ;P

Niedziela, 17 marca 2013 · Komentarze(5)
Dżem - Szeryfie, co tu się dzieje?


W sobotę wieczorem dzwoni Adam z informacją, że w Gliwicach nocuje Łukasz i dobrze by było go podholować troszkę w kierunku Chorzowa..., chwila zastanowienia, małej korekty planów, telefonów do Darkia i zaczyna się z grubsza kształtować niedzielny wypad rowerowy. Umawiamy się przy pomniku w Makoszowach ok 9:00.

(Tytuł wpisu nawiązuje tylko do kształtu śladu GPS....)


Ruszam wcześnie rano, no może trochę przesadzam..., jest ok 8:00, w Zabrzu mam być na 9:00, do przejechania ok 20km, tam mam się spotkać z Darkiem i Łukaszem. Szybkie spojrzenie na komórkę i... widzę -8.... brrr, ale jak mus to mus..., ruszam, do Makoszów trasa to standard "doparacowy", więc nie muszę kombinować z wyborem szlaku, po prostu jadę... . Na miejsce docieram 15 min przed wyznaczoną godziną. Mam chwilę czasu, wykorzystuję to jak potrafię, tzn wyciągam aparat, trzeba strzelić kilka fotek...

Nowe koła Manfreda © amiga


Pomnik przy kopalni Makoszowy © amiga


Przed 9:00 melduje się Darek, chwila rozmowy, wymiany zdań i widzimy, że od południa ktoś podąża do nas na swoim rowerze, Podniesiona lewica sugeruje nam iż może to być wyczekiwany przez nas Łukasz - zdobywca gmin.

Pięć piw ??? © amiga


Witamy się, kolejna wymiana zdań i ruszamy, początkowo ja prowadzę, a że mam głupią tendencję do częstej jazdy na azymut, szczególnie gdy z grubsza znam okolicę (czytaj Rudę Śląską) to ładujemy się w jakąś drogę osiedlową, nie kombinujemy zawracamy kilkaset metrów na główną drogą (a trzeba było objechać garaże, za nimi wg google-a jest ścieżka, sprawdzę to przy okazji)

Łukasz zatrzymuje się kilka razy, robiąc zdjęcia naszemu pięknemu Śląskowi, tym familokom, tym blokowiskom...,

Na chwilę zatrzymujemy się przy bramie obozu niemieckiego/rosyjskiego w Świętochłowicach, czasu nie ma zbyt dużo w Chorzowie czeka na nas Limit

Pomnik przed bramą obozu niemieckiego, a może rosyjskiego.... © amiga


Ruszamy więc dalej, po drodze kilka zjazdów podjazdów, przelot przez Chorzów i już jesteśmy w pobliżu stadionu Śląskiego, gdzie czeka 4 kompan. W takim składzie robimy piękną eskę po Parku Śląskim

Nic się nie dzieje... © amiga


antyterrorysta? © amiga


Planetarium - moje ulubione miejsce a parku © amiga


Wyjeżdżamy na Bytkowie, mały objazd po Siemianowicach Śląskich i przy wylocie na Katowice nasza drużyna rowerowa dzieli się na 2 mniejsze, jedna - Łukasz i Adam podążają w kierunku na Mysłowice, a Darki zawracają i opłotkami kierujemy się na Bytom, po drodze zatrzymujemy się na dłuższą chwilę na cmentarzy żołnierzy Niemieckich

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Siemianowicach Śląskich © amiga


35000 ludzi.... © amiga


kamienne tablice © amiga


Cmentarz robi niesamowite wrażenie © amiga


Cemntarna alejka © amiga


Miejsce to robi na mnie piorunujące wrażenie, pomimo tego, że zdjęcia widziałem wcześniej na różnych blogach, jednak zdjęcia nie są w stanie oddać tego co jest w rzeczywistości... (prawie jak w Normandii). Po kilkunastu minutach pora ruszyć dalej.

Po drodze zaliczamy wizytę na stacji benzynowej, oboje jesteśmy świetnie przygotowani jak na bikerów, zero paszy i niewiele picia ;P, więc spędzamy chwilę delektując się meksykańskim wariantem "gorących psów" i wyjątkowo dobrą czarną kawą :)

Namawiam Darka na odwiedzenie Żabich Dołów, szkoda, że w południe i zimą, ale i tak cieszy mnie to, że w końcu tutaj dotarłem :)

Żabie doły... w końcu dotarłem.... © amiga


Jesus Christ Superstar.... © amiga


Jeszcze kawałek i zaliczamy park w centrum Bytomia...

Tańczące Eurydyki.... © amiga


Zaczyna się robić późno, pora obrać azymut na Helenkę, mijamy stadion Polonii Bytom, na którym odbywa się mecz, ale nie zatrzymujemy się, pędzimy dalej, jeszcze tylko wizyta w Lidlu i kilkanaście min później jesteśmy na miejscu, jest w końcu czas aby napić się piwa i porozmawiać na spokojnie ;)

Dzięki za wspólną wyprawę, fajne spotkanie BS :), oby więcej takich.

Zaczyna się rozpogadzać....

Piątek, 15 marca 2013 · Komentarze(2)
Andrzej Grabowski & Ptaszyska - Jestem jak motyl


Wyjeżdżam z Gliwic ok 17:10, późno, ale jest jeszcze widno, na zachodzie widać czerwoną łunę zachodzącego słońca, wygląda na to, że pogoda zaczyna się zmieniać, że gruba warstwa chmur towarzysząca nam od tygodnia zaczyna się rozrzedzać i wkrótce będzie rozpocznie się wiosna, zaświeci słońce i będzie ciepło.

Po porannej jeździe pod wiatr, liczę na to, że tym razem będę miał go w plecy, nic bardziej mylnego, wiatr nieco zmienił kierunek i wieje od północy. Przez większość drogi mam go z boku, jest ciut słabszy ale i tak nieprzyjemny.
Na drogach miejscami szaleństwo, jest piątek, każdy chce jak najszybciej wrócić do domu, trzeba uważać... i tyle.

Jutro pewnie dzień bezrowerowy, za to jest szansa na jazdę w niedzielę, gdzie? Ciężko powiedzieć, czas pokaże.

Psinka - archiwum 2007 rok © amiga


Miłego weekendu

Zimny północno-zachodni wiatr

Piątek, 15 marca 2013 · Komentarze(5)
Róża Wiatrów - Czarna Rafa


Udało się jakoś dociągnąć do piątku. Środa i czwartek minęły nierowerowo, wmawiałem sobie, iż to przez pogodę, ale myślę, że przyczyną jest leń, jeszcze zimowy leń.... . Dzisiaj jednak już mnie coś gniotło, coś mnie zmuszało do jazdy rowerem, spojrzałem za okno, drogi czarne…, widzę, jak pobliskie świerki się uginają... wieje....

Ubieram o jedną warstwę więcej niż zwykle, dodatkowo przeciwdeszczówka i znoszę rower na dwór... wieje, niemiłosiernie wieje, bardzo silny północny wiatr, w zasadzie to północny z lekką nutą zachodniego...
Czeka mnie 30 kilometrowy podjazd, co z tego, że po drodze jest kilka zjazdów, jak rower nie chciał sunąć w dół, gdyby płynęła dzisiaj tędy woda to pewnie robiłaby to pod górę. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak dmuchało....

Nie powinienem narzekać, bo sam się wybrałem w taką pogodą na podróż do Gliwic rowerem, nie żałuję, chociaż było ciężko..., ale.... od niedzieli mamy powrót dodatnich temperatur, może w końcu wiosna zagości na dłużej....

Z zawodów w Rokitnicy 2012 © amiga

Dobra żona....

Wtorek, 12 marca 2013 · Komentarze(8)
Hey-Umieraj stąd


Powrót z pracy nieco przed 17:00, jest jeszcze jasno, niestety prognozy tym razem się sprawdziły, pada śnieg i wieje paskudny zimny wiatr. Droga d Katowic zajmie mi więc więcej czasu niż zwykle, tego jestem pewien. Ruszam. Delikatnie sprawdzam przyczepność na mokrym asfalcie, ale nie jest źle. Wszystko jeszcze się topi, temperatura nawierzchni jest wyższa niż otoczenia...., może nie będzie tak źle...

Wiatr jednak daje się we znaki, każda prosta czy górka na otwartym terenie jest dzisiaj wyzwaniem, jest co robić...., drobne utrudnienia standardowo w Rudzie Śląskiej (ciekawe kiedy skończą walkę z kanalizacją). 2km dalej wjeżdżam w teren, ot tak, wiem, że będzie masa "syfu", lecz coś mnie tam ciągnie, pomimo tego iż kręcenie w bajorze błota nie sprawia mi specjalnie przyjemności...

Zaczyna się ściemniać, temperatura spada, drogi coraz bardziej pobielone świeżym puchem..., jeszcze kawałek i jestem już w domu... Ech jak będzie tak dalej to jutro przepraszam się na chwilę z kolejami...

Pobielone drogi.... © amiga


Początkowo myślałem, że to żart...., ale przeczytacie sami.

Przygotowanie do życia w rodzinie - Maria Ryś - podręcznik dla gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej o miłości, małżeństwie i rodzinie (zaaprobowany przez MEN)

Jestem kobietą szczęśliwą. Rano wstaję razem z moim mężem i gdy on goli się w łazience, przygotowuję mu pożywne kanapki do pracy. Potem, gdy całuje mnie w czoło i wychodzi, budzę naszą piątkę dzieciaczków, jedno po drugim, robię im zdrowe śniadanie i głaszcząc po główkach żegnam w progu, gdy idą do szkoły.

Zaczynam sprzątanie. Odkurzam, podlewam kwiatki, nucąc wesołe piosenki. Piorę skarpetki i gatki mojego męża w najlepszym proszku, na który stać nas dzięki pracy Mojego męża i rozwieszam je na sznurku na balkonie.

W międzyczasie dzwoni często mamusia mojego męża i pyta o zdrowie Swojego dziubdziusia. Teściowa jest kobietą pobożną i katoliczką, znalazłyśmy, więc wspólny punkt widzenia. Po miłej rozmowie, jeśli już skończyłam pranie i sprzątanie, które dają mi tyle radości i poczucie spełnienia się w obowiązkach, idę do kuchni i przygotowuję smaczny obiad dla naszego pracującego męża i ojca, który jest podporą naszej rodziny i dla naszych pięciu pociech. Kiedy już garnki wesoło pyrkoczą na gazie, a mieszkanie jest czyste, pozwalam sobie na chwilę relaksu przy płycie z Ojcem Świętym i robię na drutach sweterki i śpioszki dla naszej szóstej pociechy, która jest już w drodze, a którą Pan Bóg pobłogosławił nas mimo przestrzeganego kalendarzyka, co jest jawnym znakiem Jego woli.

Nie włączam telewizji, ponieważ płynący z niej jad i bezeceństwo mogłyby zatruć wspaniałą atmosferę naszej katolickiej rodziny..

Czasami haftuję tak, jak nauczyłam się z kolorowego pisma dla katolickich pań domu, albowiem kobieta nie umiejąca haftować nie może się w pełni spełnić życiowo. Kiedy moje dzieci wracają ze szkoły radośnie świergocząc, wysłuchuję z uśmiechem, czego dziś nauczyły się w szkole. Opowiadają mi o lekcjach przygotowania do życia w rodzinie, których udziela im bardzo miła pani z przykościelnego kółka różańcowego.

Córeczki proszą, abym nauczyła je szyć, ponieważ chcą być prawdziwymi kobietami, nie zaś wynaturzonymi grzesznicami z okładek magazynów, chłopcy natomiast szepczą na ucho, że na pewno nigdy nie popełnią tego strasznego grzechu, który polega na dotykaniu samych siebie, ani nie będą oglądać zdjęć podsuniętych przez samego Szatana. Karcę ich lekko za wspominanie o rzeczach obrzydliwych, lecz jestem szczęśliwa, że wczesne ostrzeżenie uchroni moich dzielnych chłopców przed zboczeniem i abominacją. Mój mąż wraca z
pracy po południu. Witamy go wszyscy w progu, po czym myje on ręce i zasiada do posiłku, a ja podsuwam mu najlepsze kąski, aby zachował siłę do pracy. Potem mój mąż włącza telewizor i zasiada przed nim w poszukiwaniu relaksu, a ja zmywam talerze i garnki i zabieram jego skarpetki do cerowania, słuchając z uśmiechem odgłosów meczu sportowego w telewizji. Wieczorem kąpię nasze pociechy i kładę je spać.

Kiedy wykąpiemy się wszyscy, mój mąż szybko spełnia swój obowiązek małżeński, ja zaś przeczekuję to w milczeniu, ze spokojem i godnością prawdziwej katoliczki, modląc się w myśli o zbawienie tych nieszczęsnych istot, które urodziły się kobietami, ale którym lubieżność Szatana rzuciła się na mózgi, które w obowiązku szukają wstrętnych i grzesznych przyjemności. Zasypiam po długiej modlitwie i tak mija kolejny szczęśliwy dzień mojego życia.


To co ciśnie mi się na usta po przeczytaniu tego fragmentu jest mocno niecenzuralne..., zastanawia mnie jak mogła napisać to kobieta... i co musiała brać...


Udało mi się chyba znaleźć źródło tego tekstu dzięki www.racjonalista.pl

[Powyższy tekst jest oczywiście parodią, choć oddającą całą mentalność katolickiego oglądu powyższych kwestii — w sposób jaskrawy i bez sofistyki. Tekst został wysłany przez Saddie (Małgorzata Lewicka) na grupę usenetową pl.rec.hihot w styczniu 2000]

Uff