Środa, pora wstać, pora ruszyć do pracy. Ten pierwszy punkt jest nieco problematyczny, w końcu udaje się wyjść ok 7:15. Masakra.... Znowu postanawiam polecieć po szosach, znowu będę próbował oszukać czas. Ruszam. Na szosach małe wyrojenie, w zasadzie na całej długości coś... światła, korki, kierowcy wariaci... Najgorszy fragment od Rudy Śląskiej - Wirka do Zabrza Kończyc, oczy dookoła głowy, cały czas trzeba uważać. W Gliwicach też niewiele lepiej, spory sznur samochodów na ul. Odrowążów, a budowa średnicówki daje się miejscami we znaki. Przynajmniej jest ciepło, może nawet nieco za bardzo, znowu wszystko poleci do suszenia..., znowu się spocę, ale czyż nie o to chodzi? Na szczęście ten tydzień powoli się kończy, jeszcze tylko dzisiaj i jutro i czeka mnie zasłużony nieco dłuższy weekend, może nawet uda się pojeździć ;P
Dzisiaj urywam się kilka min po 16:00. :), Wychodzę na zewnątrz i... masakra, gorąco, duszno, już kilka sekund później pot leje się ze mnie strumieniami. Ruszam, nie ma na co czekać trzeba jechać. W Sośnicy skręcam na hałdę. Dzisiaj nieco więcej terenu, a przy okazji mogę zainwestować 2.40 w piwo które zauważyłem już jakiś czas temu w tym miejscu. Nie spodziewam się cudów, ale głupio nie spróbować ;P Lecę przez lasy, słońce zostało przykryte przez grube chmury, może padać..., lecę najkrótszą droga do domu. No... może nie do końca, na Halembie zamiast na wprost robię delikatny objazd po lesie ;). Szukam miejsca do zrobienia fotki. Po chwili gdy wszystko się udało, ponownie dosiadam Manfreda, jadę dalej, jeszcze 10km.... W domu jestem maksymalnie ugotowany. Pomaga kąpiel, jednak w sumie jestem zadowolony, dobrze się jechało. Fajne zakończenie dnia :)
Kolejny poranek, budzę się wcześniej, chcę być w Gliwicach przed 8:00. Oczywiście początkowy plan nie wypalił. Wyjeżdżam ok 7:25..., masakra..., pędzę po szosach może chociaż w ten sposób dogonię uciekający czas. Dzisiaj na drogach już nie jest tak miło jak wczoraj. W 2 miejscach w Panewnikach i Bielszowicach jakiś kretyn wyjechał mi z podporządkowanej pod koła... Ostre hamowanie i jest ok... Niektórzy jednak nie powinni mieć prawa jazdy... szkoda gadać. Zabrze przywitało mnie dla odmiany zajeb...ym korkiem. Już przed znakiem „Centrum południe” stoją samochody. Uciekam na chodnik. Klucze trochę między przechodniami, bikerami, w końcu udaje mi się wydostać z drugiej strony, jeszcze tylko minąć rondko i jestem poza korkiem :) Reszta trasu już na większym luzie. Ci co potrzebowali już dotarli do firm, zakładów pracy. Mogę nieco pogonić. Docieram w wrót firmy. wchodzę, jak przyjemnie... klima działa :) Ciekawe jaki będzie wieczór, Temp. >30 stopni i zapowiedziane są burze ;P
Wychodzę później niż początkowo zakładałem, jest 18:00. Z drugiej strony ruch na drogach zelżał, za to temperatura daje się we znaki, na szczęście z firmy wziąłem bidon z wodą, nie grozi mi odwodnienie. Zresztą co może mi się stać przez 80min jazdy? Wiatr się wzmógł, tyle, że tym razem nie mam go w plecy, wieje prosto w gębę... W końcu zapada decyzja, terenem będzie przyjemniej. Nie ma samochodów a i w cieniu jedzie się lepiej. Zatrzymuję się na chwilę na hałdzie na Halembie. Opróżniam bidon. Chwilę obserwuję okolicę, może coś rzuci mi się w oczy, coś innego niż zwykle. W końcu ruszam, pozostało ok 10km, droga mija szybko, mijam po drodze dziesiątki bikerów. W końcu wyszli z ukrycia :) Już w domu kąpiel i chwila na odpoczynek. Pięknie się jechało
Weekend wypadł mocno rowerowo, zaczyna się proza dojazdów do pracy. Ciężko jest mi się pozbierać, wszystko idzie jakoś nieskładnie, powoli. W końcu udaje mi się wsiąść na rower. Zastanawiam się czy jechać po szosach, czy może w teren. Jednak nie..., chcę być wcześniej w firmie, mam jeszcze sporo do zrobienia. Czas jest cenny. Może po pracy uda się gdzieś wyjechać... Droga na szczęście spokojna, może dlatego, że wyjechałem dość późno? Jest ciepło, a ma być jeszcze goręcej, nie narzekam (jeszcze) w końcu tego chciałem, chciałem jechać na krótko, bez kurtki przeciwdeszczowej itp... Rower też jakoś się mniej brudzi w taką pogodę. Temperatura idealna, początkowo mam problem z rozkręceniem się, ale w końcu noga zaczyna podawać, przy czym mam wrażenie, że wieje delikatny wiatr od wschodu, może południowego wschodu. Szybko docieram do Gliwic. Teraz tylko przebrać się i do pracy :)
Niedziela..., trzeba wstać, już za kilka godzin zaczynają się Mistrzostwa MTB w Tarnowskich Górach. Na miejscu jesteśmy nieco przed startem. Czasu niewiele ale wraz z Darkiem i Igorkiem jedziemy na objazd trasy. Jak się później okazało, dezorganizatorzy potrafią wprowadzać w błąd i rzeczywista trasa była sporo dłuższa, bardziej wymagająca. Może nie techniczne, ale kondycyjnie. Co ciekawe w tym samym czasie startuje grupa 50+ - być może chodzi o to, że człowiek dziecinnieje na starość? Niemniej dziwne rozwiązanie. Start i ruszyli, kilka razy zmieniam pozycję, focę w kilku różnych miejscach, nawet udaje mi się zgubić w parku, na szczęście budynek jest widoczny z daleka i na czas dojeżdżam na metę :). Igor wjeżdża jako 3 chwilę po dwóch 14-sto latkach. Więc tym bardziej należą mu się brawa za start i za tak wysoką pozycję. Gratulacje !!! Kilka minut później dekoracja i musimy powoli się zbierać. Czasu niestety mało, jak zawsze.
Długo planowałem ten wyjazd, tą wycieczkę, tą górę…, coś mnie do niej przyciąga, coś magnetycznego… . Tyle, że przez ostatnie 2 lata jakoś nie złożyło się, coś zawsze wpadło, wypadło i plany zostawały odłożone. Prawdę powiedziawszy to od marca tego roku, cały czas szukałem terminu aby skierować rower na tą górkę… Kolejne wyjazdy, wycieczki, Rajdy na orientację i pogoda krzyżowały plany. Tym razem stało się coś innego, plan zakładał przejazd czerwonym rowerowym szlakiem z Częstochowy do Krakowa, jednak, piątek zmodyfikował moje zapędy, musiałbym bym ruszyć po 4-5 godzinach snu, po ciężkim tygodniu… O 0:09 w sobotę zmiana planów. Jedziemy (po drodze zahaczę o Helenkę i wraz z Darkiem pojedziemy dalej) na Górę św. Anny. Jest Sobota, 6:00, masakra, ciężko jest się zwlec z łóżka, tym bardziej że za oknem wiszą ciężkie chmury, boję się, że będzie padać, jednak szybki rzut okiem na prognozy i wiem, że to tylko przejściowe, o deszczu raczej nie ma mowy. W końcu nieco po 8:00 wsiadam na rower i gnam na Helenkę, o tej porze w sobotę jest jeszcze luz, docieram na miejsce i idę na górę przywitać się ze wszystkimi, chwilę gadamy (mija godzina) i w końcu możemy jechać dalej. Plan to zdobycie jednego PK – góry św. Anny. Jest tylko jeden mały szczegół, mapy kończą nam się w okolicach Ujazdu. Trzeba po drodze coś kupić, albo jechać na czuja ;P. Początkowo jest chłodno, jednam w ciągu kilkudziesięciu minut gęste chmurzyska gdzieś znikają, mamy błękitne niebo i palące słońce. Oj coś czuję, że spalę się po raz 3-ci w tym roku.
Od początku było wiadomo, że nie pojedziemy najkrótszą trasą, dzisiaj jest dzień na wycieczki, na zwiedzanie. Nigdzie nam się nie spieszy, mamy czas… Jedziemy przez Wieszowa, Ziemięcice, Pyskowice
Zatrzymujemy się przy skansenie kolejowym w tym mieście. Chociaż przyznam się, że ta nazwa jest nadużyciem dla tego miejsca, to raczej ruiny tego co pozostało po lokomotywowni, po sprzęcie, zabudowaniach, lokomotywach, wagonach… Szkoda takiego miejsca…, aż się prosi o wpisanie go na listę zabytków techniki…
Po raz kolejny żal patrzeć, jak coś takiego niszczeje… . Na nas jednak pora, kierujemy się na Dzierżno i dalej Pławniowice, tutaj na szczęście udało ocalić się kilka zabytków od zapomnienia, od zniszczenia :), czasami jednak coś się udaje…
Po chwili focenia ruszamy dalej i może 100m dalej zatrzymuję się, wołam Darka. Okazuje się, że trafiliśmy na jakąś wiejską imprezę, z okazji…?, bez okazji ? nie mam pojęcia. W każdym bądź razie stoi czołg, jakieś wodzy wojskowe…, może pobór ;P
Dojeżdżamy do zimnej wódki, tutaj kończą się nasze mapy, po drodze nie było nic gdzie można by kupić nowe obejmujące ten teren, te okolice… Na jednym z podjazdów wjeżdżam na wzniesienie z głośnym okrzykiem, Darek dziwnie się na mnie patrzy, a czuje, że coś mnie gryzie w głowę… zrzucam kask… widzę, że jakaś Maja mnie up…a. Będę zdrowszy. Ruszamy dalej. Poruszamy się trochę na czuja żółtym szlakiem rowerowym który ma nas doprowadzić na miejsce, jednak gdzieś znikają nam oznaczenia i chwilę trwa zanim się odnajdujemy, za to w zamiana mamy okazję zatrzymać się przy kolejnym drewnianym kościółku…
Odnajdujemy nasz zagubiony szlak i ruszamy dalej, górę już wydać, widać kościół :), oznaczenia wskazują że mamy 5.6km. Powinniśmy być na miejscu za jakieś 20-25 min. Szlak skręca w pola i łączy się z 2 szlakami pieszymi czerwonym i czarnym. Tyle, że zaczyna się dość nieprzyjemna jazda po kamieniach, po wybojach, zaczyna się nasza droga krzyżowa. Jakiś kilometr dalej ścieżka zamienia się w ścieżynkę, jest mocno zarośnięta, miejscami pokrzywy są większe od nas, o jeździe nie ma mowy…
Poparzeni, pokłuci w końcu docieramy do jakiejś szerszej ścieżki polnej możemy iść w lewo lub w prawo, ew. przedzierać się dalej przez pokrzywy idąc na wprost. Skręcamy w lewo. Później okazuje się, że był to najgorszy możliwy wybór, droga nam się kończy, oddalamy się nieco od góry św. Anny, na dokładkę przebijamy się przez kolejne pola - żyta, rzepaku, straszymy jakieś sarny. W końcu po 90 minutach docieramy w okolicę Leśnicy. Wykończeni, zmordowani zatrzymujemy się na poboczu, mamy dość słońca… Chwila odpoczynku, chwila na banana, wodę…, cokolwiek… Już niedaleko, jeszcze tylko podjazd pod górkę, napęd trochę szaleje, powkręcane żyto i rzepak ;P w końcu wydłubuję przy muzeum powstań śląskich, tuż przy Korfantym
Szybko jednak ewakuujemy się z tego miejsca, jest za gorąco, otwarty teren… ale już blisko, docieramy na szczyt, ale nie zatrzymujemy się. Potrzebujemy czegoś innego, potrzebujemy czegoś chłodnego, bursztynowego, orzeźwiającego, najlepiej w dużych ilościach ;P
Mijamy kościół i zatrzymujemy się przy pierwszej zacienionej knajpie, mają piwo ;P Jaka ulga :) Jakieś jedzenie, dobre, zresztą cokolwiek by nie podali musi smakować. Po tej drodze, po tym przebijaniu się przez ściany zieleni, walkę z odwodnieniem słońcem, pokrzywami ;P
Pora się zwijać, jest przed 18:00, czy coś koło tego, chcemy przed zmrokiem dotrzeć do domu, już wiem, że do Katowic nie dotrę, skończy się to pewnie jakimś małym after party. Mamy 3 godzny i jakieś 70km przed sobą.
Spoglądamy na mapy zakupione na miejscu, dziwnie wykonane, z dziwną skalą 1:93000 ale przynajmniej wiemy jakie mamy miejscowości po drodze. Ruszamy, z grubsza na krechę kierunek Helenka. Po drodze: Wysoka, Kadłubiec, Dolna – chwila na focenie kościoła
Wilkowiczki, Kopienice, Księzy Las, Wilkowice…. Już niedaleko Zbrosławice, Ptakowice, Stolarzowice i… jest…. sklep jest jeszcze otwarty…. :), zdążyliśmy :)
Poparzeni słońcem, pokłuci pokrzywami, ale zadowoleni docieramy na miejsce…. Piękny wypad, piękny dzień, już zaczynamy snuć kolejne plany, aby czas, pogoda i chęci pozwoliły na ich realizację.
Po 2 ciężkich dniach w końcu mogę wsiąść na rower, w końcu mogę się kawałek przejechać, jakaż to niesamowita odmiana, od ślęczenia przed komputerem, przed różnego rodzaju gadżetami... Po ciężkim tygodniu apogeum przypadło na czwartek i piątek. Było ciężko, ale wszystko zakończyło się pełnym sukcesem. Teraz potrzebowałem odreagowania, chwili tylko dla siebie, tego zmęczenia, chwilami bólu. No niesamowite ile takie 80 minut na dwóch kółkach potrafi zdziałać :). Wyjazd z firmy ok 19:40, szosy puste jest ciepło, przyjemnie, w końcu czuję, że jest wiosna :), szkoda, że tak późno, ale wybaczam jej :) Warto było czekać, warto było się pomęczyć pół roku... Już w domu chwila na przygotowanie do jutrzejszej wyprawy. Będzie pięknie
Dzisiaj pięknie świeci słońce, aż chce się wstać, chce się jechać. szybki śniadania i na rower. Dzisiaj świeci czystością..., wczoraj godzina pucowania, ale warto było, wszystkie podzespoły odzyskały swoją sprawność, wypłukany został w końcu piach i błoto z wszystkich zakamarków... . Przy okazji wymiana łańcucha. Nie zabieram ze sobą błotników, w końcu po 2 tygodniach po raz pierwszy, ma być ciepło i sucho. Jeszcze nie decyduję się na jazdę w terenie, nie podejrzewam aby wszystko obeschło, aby woda spłynęła, wsiąkła, odparowała. Pomimo jazdy szosami, specjalnie mi to dzisiaj nie przeszkadzało, jedyne 2 korki na jakie trafiłem to przy ul.Śląskiej w Katowicach i drugi już w Zabrzu Kończycach. Reszta trasy bez większego ruchu samochodów. Chwila przerwy w Lasku Makoszowskim. Fota suszących się gumiaków i do pracy...
Jest za 19:40... późno, ruszam w drogę powrotną.... może uda mi się przed zachodem słońca, chociaż szanse są niewielkie. Na drogach rewelacja, pusto jak nigdy. Jedynie pojedyncze samochody mijają mnie. Całkiem sporo rowerzystów, w końcu jest ciepło, świeci słońce :) Tego mi było trzeba. Dość szybko dojeżdżam do Rudy Śląskiej, chwila przerwy, pora idealna, niesamowity zachód słońca, zostaję w tym miejscu kilkanaście min., aż żal opuszczać takie przedstawienie, jednak pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów do domu. Ruszam dalej, Już w domu obiecuję sobie, że w końcu wyczyszczę rower. Ciekawe czy się uda...