Powrót z pracy standardową trasą. Jest ciepło, przyjemnie. Jedynie jeziora na leśnych ścieżkach świadczą o niedawnych ulewach. Jestem zadowolony. Chyba napisze do Związków zawodowych na kolei aby się mnie poddawali i strajkowali do końca. Będę miał większą motywację, aby codziennie dojeżdżać do pracy, niezależnie od pogody :)
Pierwszy w tym tygodniu rowerowy dojazd do pracy. Niby trochę późno, ale w poniedziałek święto, a wczoraj jakoś nie miałem odwagi wjechać do lasu po nocnych ulewach. Do pracy wczoraj przyjechałem pociągiem. Dzisiaj miałem jednak dodatkowy powód aby wybrać się do Gliwic rowerem. Strajk Kolei Regionalnych. W zasadzie jest mi to obojętne czy strajk jest, czy go nie ma. Mam tylko nadzieję, że w końcu Rząd pokaże jaja i zachowa się jak Margaret Thatcher, przetrzyma strajki i pozwoli w końcu na dobicie trupa jakim są Koleje Regionalne. Nie miałbym nic gdyby powstały spółki prywatne zajmujące się przewozami w regionie. Nieobciążone długami, bez przerostu zatrudnienia. Pewnie w pierwszym okresie panowałby chaos, ale w końcu musiałoby to zadziałać. Może dziwnie to brzmi z moich ust - bo w ciągu roku dość mocno korzystam z usług kolei, jednak mam wrażenie że jest coraz gorzej. Co z tego, że składy są wyremontowane skoro zmiana temperatury - niezależnie od tego czy w górę, czy w dół powoduje coraz więcej awarii. Spółki nie są w stanie uzgodnić rozkładu jazdy, idąc na dworzec nigdy nie wiem czy pociąg przyjedzie, czy też nie. Jakoś też nikt nie wpadł na pomysł aby dworce kolejowe przekazać pod zarząd gminom, miastom itp. Jest to wizytówka miasta, miejsce które jako pierwsze ogląda turysta, biznesmen wysiadający z pociągu, a w wielu miastach trafia na walące się ruiny, śmierdzące moczem. W zamian za to w Centrum Katowic zamiast dworca będziemy mieli „centrum handlowe” – k…a mać. Inaczej tego skomentować nie mogę.
Pobudka nieco później niż wczoraj. W końcu jest niedziela i można pospać do 6:00 :). Pamiętając wczorajszy brak czasu zbieram się dość szybko, dzięki czemu mam sporo czasu do przyjazdu pociągu. Na dworcu w Katowicach jestem 30 minut przed czasem. Zdzwaniamy się z Darkiem siedzącym już w pociągu. Po odczekaniu kilkudziesięciu minut skład wjeżdża na peron i mogę "wsiąść do pociągu". Jedziemy do Dąbrowy Górniczej - Ząbkowic, zajmuje nam to ok 25 min. pociągiem, później już rowerowo jedziemy z wizytą do Kosmy100. Tradycyjnie wbijamy się na śniadanie :) i witamy się z Alistar i Wojtkiem i dziećmi. Po około godzinie wyruszamy na jurę, bo po to tu przyjechaliśmy. Reszta bikestatowiczów ma na ten dzień inne plany więc ponownie jedziemy jedynie we dwójkę. Pierwszy przystanek na trasie to pustynia Błędowska. Byłem to około roku temu, tyle, że bez aparatu i musiałem posiłkować się telefonem komórkowym. Dzisiaj jestem lepiej przygotowany.
W okolicach Rodaków wjeżdżamy w teren. Jest ciężko przez kilka km pod górę po kamieniach, ale jakoś lądujemy na szczycie i .. odpoczywamy. Jednak było to tylko preludium tego co czekało nas dalej.
Kolejne kilka km to droga głównie pod górę i po piachu. Wykończony jakoś jednak daję radę. Przy okazji dowiedziałem się do czego służy najmniejsza koronka na korbie. Do dzisiaj była nieużywana.
W końcu dojeżdżamy do Żelazka i obok kapliczki robimy kolejny krótki odpoczynek. Przeglądamy mapy, w zasadzie Darek je przygląda, ja mam dość, przez telefon konsultujemy się z Kosmą odnośnie dalszej drogi i ... ruszamy dalej.
Jedziemy dalej kierując się na podzamcze, w końcu będąc w okolicach Ogrodzieńca grzechem byłoby nie odwiedzić tego zamku. Widać go już było z daleka ...
Niestety już na miejscu trafiliśmy na wielkie tłumy turystów chcących zwiedzić zamek. Odpuszczamy więc wejście na teren zamku i jedziemy dalej, w kierunku góry birów.
Plan zakładał jeszcze wjazd na górę Chełm, ale szlak nam się urwał gdzieś w lesie, więc musieliśmy się wrócić i oczywiście zmodyfikować listę celów podróży. W zasadzie to zaczęliśmy wracać do Dąbrowy Górniczej.
W pobliżu Mitręgi, mała awaria. Darkowi zerwał się łańcuch na zjeździe przy prędkości powyżej 30km/h. Pechowo wpadł pod tylnie koło i się tam zablokował. Oj działo się ... Udało nam się jednak jakoś szczęśliwie zatrzymać przy wjeździe na biwak leśny w Mitrędze. Trochę zabawy ze skuwaczem i możemy ruszać dalej. Tym razem bez szaleństw.
i żegnamy się z jurą. Pięknie było, momentami ciężko, momentami groźnie. Piachu długo nie zapomnę, ale wrócę tutaj, lepiej przygotowany, bo ... teraz wiem czego oczekiwać po tym terenie. :)
Na zakończenie pięknego dnia odwiedzamy ponownie Kosmę, i ok 20:00 ruszamy do Ząbkowic a dalej już pociągiem, ja do Katowic, a Darek do Zabrza.
Jest sobota, wcześnie rano, słyszę dźwięk budzika ... trzeba wstać. Chwilę później przypominam sobie, że jestem umówiony. Zaczynam się zbierać, idzie to wolno. Przyspieszenie następuje w w chwili gdy uświadamiam sobie, że mój pociąg odjeżdża za ok 35 min, a do dworca mam 6.5km. W końcu udało się wyjechać. Mam 20 min aby znaleźć się na peronie. Powinno starczyć. Jadę, pędzę ... i stoję na światłach na kilku skrzyżowaniach. Wpadam na dworzec i ... mogę pokiwać odjeżdżającemu pociągowi. Shit. Plan był prosty dojechać do Tarnowskich Gór i "zjechać" na Helenkę. Na szczęście chwilę później wjeżdża pociąg do Gliwic. Wsiadam i jadę do Zabrza, w końcu jak nie z jednej, to z drugiej strony dojadę na miejsce spotkania. Wysiadam w Zabrzu i jadę przez Rokitnicę, dojeżdżam na Helenkę i .... trafiam na śniadanie. Jest dobrze, jestem przed czasem i na dokładkę mogę uzupełnić "zapasy energii" przed dalszą podróżą. Na miejscu spotykam Kosmę100, Alistar z rodziną i lekko zdekompletowaną rodzinę DJK71. Chwilę rozmawiamy i z Darkiem ruszamy pojeździć po okolicy, niestety reszta bikestatowiczów ma inne plany, trudno może następnym razem.
Po okolicy oprowadza Darek, nieczęsto zapuszczam się tu zapuszczam, na dokładkę jeżeli już to z buta lub komunikacją miejską. Kilkaset metrów dalej pierwszy podjazd i .. mam problem, rower stanął mi dęba, oj niedobrze się zaczyna. Jedziemy przez Miechowice i tutaj lekki szok. Ruiny Ruiny pałacu Thiele-Wincklerów. Budowla robi na mnie wrażenie, szkoda, że stoi zapomniania i niewykorzystana. :(
Chwilę później wjeżdżamy do Rezerwatu Segiet, piękny las, przypomina mi okolice lasu Murckowskiego, tyle, że tu jest bardziej pod górkę :). Następnie wjeżdżamy do DSD, fajne miejsce, jeżeli ktoś ma ochotę na aktywny wypoczynek to to miejsce czeka
zresztą nie jedyne na dzisiejszej trasie wycieczki. Wjeżdżamy na Red Rock - hałdę popłuczkową w okolicach Tarnowskich Gór. Rozciąga się przed nami piękna panorama
Ruszamy jednak dalej, nie będziemy przeszkadzać, w kościele trwa ceremonia zaślubin, chociaż gdzieś w nas budzi się diabeł i zastanawiamy się, czy nie wjechać w tłum z okrzykiem "nie mam hamulców" :)
Nie kusimy jednak losu i ruszamy dalej. Stajemy przy jeziorze Naklo-Chechło, jest okazja się posilić, wszystkie okoliczne budki są otwarte więc głupio nie skorzystać z okazji. Tym bardziej, że od wyjazdu minęło już kilka godzin. Kupujemy po cheeseburgerze max. Faktycznie są MAX. Walczymy z nimi dłuższą chwilę, a kilka metrów dalej pojawiają się inni biesiadnicy ...
Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć je w naturze. Piękne ptaki. Wsiadamy na rowery i ruszamy w kierunku Bibieli, jednak gdzieś po drodze źle skręcamy i zanim zauważamy pomyłkę mija dłuższa chwila, wracać nam się nie chce więc jedziemy dalej. Bez mapy mamy mały problem z określeniem gdzie jesteśmy. Dopiero oznaczenia Dobrodzień 60km sugerują, że chyba coś poszło nie tak.
Po powrocie na Helenkę dokręcamy kilka km robiąc kółko po "wolnym mieście", Darek ma na liczniku niecałe 100km. Głupio by było zakończyć wycieczkę z wynikiem 99.00km.
W domu Darka odpoczywam dłuższą chwilę, jestem trochę zmęczony na dokładkę, zaczęło padać. Po analizie prognoz pogody umawiamy się na następny dzień na podbój jury Krakowsko-Częstochowskiej :). ok 20:10 już sam jadę przez Rokitnicę do centrum Zabrza. Ładuję się do pociągu. 25 min później jestem w Katowicach jeszcze 2 górki i jestem w domu :)
Było rewelacyjnie, momentami ciężko, ogólnie zajebiście. Dzięki Darku
Powrót do domu standardową trasą, bez większych przeszkód i przygód. Denerwujący był tylko silny wiatr. Boczne podmuchy były bardzo odczuwalne i kilka razy niebezpiecznie mnie przechyliły. Zdecydowanie lepiej jechało się po lesie gdzie byłem osłonięty od wiatru.
Wczoraj dzień wolny, niestety nagromadziło się trochę spraw do załatwienia. O wielkich wyprawach nie było mowy. Dzisiaj jednak wróciłem na "moją" trasę. Wyjazd późno ok. 7:15 - późno, ale dam radę. Bez jakichkolwiek przerw dojechałem do pracy i ... tyle :) Rano zimno, chyba zbliża się jesień. 10 stopni to nie najlepiej jak na sierpień, pozostaje nadzieja, że to się wkrótce poprawi. Z drugiej strony jestem zimnolubny więc specjalnie mi to nie przeszkadzało :)
Zaległy wpis na bikestats. W zasadzie suma 2 wpisów. Pierwsza część to niedzielny wypad na grzyby z Matką. Jazdy niewiele, więcej pchania roweru i szukania grzybów, reszta to wczorajsze testowanie nowego nabytku kamery sportowej Kodak Playsport Zx3. Muszę jednak pomyśleć nad jej mocowaniem. Statyw dopiero idzie pocztą ,a drgania na tym co miałem wzmacniają się i filmiki wyglądają strasznie.
Powrót do domu ok 16:30. Niebo w ciągu dnia mocno się chmurzyło i chwilami kropiło, ale ... było to zgodne z wcześniejszymi prognozami. Jednak po 17:00 coraz bardziej się wypogadzało, chmur również coraz mniej. Rewelacja. Trasa powrotna podobna to tej porannej, jednak tym razem w Panewnikach mogłem przejechać przez las pomiędzy ul. Bałtycką a Medyków, to tam trwa wycinka od ok 2 tygodni. Szczęśliwie ok 15:00 pracownicy kończą pracę, więc da się przejechać, bez ryzyka. Pomimo niewielkich opadów ponownie pomiędzy Zabrzem a Halembą sporo kałuż i błota. Trochę to dziwne ..., ale podobno Zabrze znajduje się w kotlinie Raciborskiej :)
Dzisiaj pierwszy wyjazd do pracy w tym tygodniu. Wczoraj była też taka opcja ale prognozy pogody skutecznie mnie zniechęciły do jakiejkolwiek jazdy. Trasa prawie standardowa, jedyna korekta była w Panewnikach, dalej trwa wycinka drzew i niestety jazda tamtędy jest ryzykowna. Dalej jeszcze 2 wymuszone postoje związane z zamkniętym przejazdem w Makoszowach i w Sośnicy, ... ale dotarłem do pracy i to w niezłym czasie, chyba po raz pierwszy zszedłem poniżej 1:20h. Zobaczymy jaki będzie powrót :)
Powrót z pracy ok 16:30. Pogoda się nieco zepsuła, niebo zaciągnęło się chmurami, jednak nie spadła ani jedna kropla deszczu, za to ... było duszno. Droga powrotna identyczna jak w poprzednich dniach. Jechało się przyjemnie i względnie szybko, chociaż myślałem, że uda mi się wykręcić podobną średnia jak ta poranna. No nic. spróbujemy powalczyć o średnią w poniedziałek.
Właśnie zauważyłem, że dzisiaj pękło 4000km w tym roku na rowerze :)