Od wczoraj poprawia mi się powoli nastrój, jest lepiej, zaczynam wracać do rzeczywistości, chyba. Dzisiaj jednak wybrałem nieco okrężną drogę, siadałem nad jednym z stawów (zalany las w okolicy Zabrza Makoszowy) by chwilę pomyśleć o ostatnich kilku dniach, o wszystkim. Trochę chyba tego potrzebowałem, mam nadzieję, że tendencja się utrzyma i nie będę potrzebował psychiatry ;). A, żeby podtrzymać nową świecką tradycję na dole wpisu link do koncertu czeskiej kapeli Kabát - Corrida Tour. Wczoraj trafiłem na nich przez przypadek błądząc po przepastnych czeluściach youtube, po drodze odwiedzając U2, Guns N' Roses, AC/DC, RadioHead i kilka innych zacnych kapel. 2 dzisiejsze foty
Po południu pogoda poprawiła się, wiatr osłabł (chociaż znowu wieje nie z tej strony), pokazało się słońce. humor nieco mi się poprawił, być może również dzięki sesji z Nightwishem podesłanym przez Darka, a może z zupełnie innego powodu. Mam nadzieję, że dół z ostatnich dni powoli minie.
Dzisiaj wolniutke tempo, co nie oznacza, że się op...em. Silny północno-zachodni wiatr skutecznie utrudniał mi jazdę. Za to znowu miałem więcej czasu na rozmyślania, przy okazji zupełnie zapominając o porannej focie. Po głowie tłukły mi się 3 kawałki, 3 różnych wykonawców.
Żeby nie przeginać to dzisiaj DIE TOTEN HOSEN - Der Froschkönig, chyba głównie z tego powodu, że wczoraj na Youtubie obejrzałem cały ich koncert, jak ktoś ma ochotę to wrzuciłem go niżej.
Cały koncert Die Toten Hosen - Nur zu Besuch: Unplugged im Wiener Burgtheater
Powrót ponownie standardowy, pogoda średnia, na szczęście tym razem bez przygód, kretynów za kierownica, dziadków skręcających znienacka. W pracy w końcu udało mi się wyłączyć na kilka godzin i nie myśleć o problemach, które mnie trapią od jakiegoś czasu. Niestety po powrocie wszystko wróciło, ech... , kiedy to się skończy.
Wracając do tytułu wpisu, to dzisiaj zadzwonił do mnie serwis z Warszawy, okazało, się, że nie chcą już roweru, wystarczą tylko zdjęcia uszkodzenia. Coś niezdecydowani byli. Więc goście w stolicy zrobili ładne fotki i posłali to dalej. Teraz KTM ma 14 dni na rozpatrzenie reklamacji, pozostało mi czekać i mieć nadzieję na pozytywne załatwienie problemu. Zdziwiła mnie jeszcze jedna sprawa, z rozmowy z serwisantem wynikało, że producenci lubią się czepiać w przypadku gdy zmieniany jest osprzęt w rowerze. W niektórych przypadkach wymiana kierownicy, mostka, czy przerzutek może skutkować utratą gwarancji. Chory jest ten świat, nie dość, że rowery kosztują jakąś koszmarną kasę, to producenci patrzą tylko żeby nabić sobie kabzę. Przy okazji dowiedziałem się też, że wykorzystuję chyba rower w sposób niestandardowy. Standardem są podobno wycieczki max 1000km na rok. Q..a, chyba komuś się coś po...o.
Poranek chłodny (na dokładkę wyjechałem ok 40 min wczesniej, coś nie mogłem spać), na szczęście nie padało, chociaż może trochę szkoda byłaby idealna na mój nastrój. Po raz kolejny nie mogłem skupić się na jeździe, masakra, na dokładkę niewiele brakowało a dzisiaj sam potrącił bym dziadka na rowerze. Zacząłem go wyprzedzać, gdy dziadek ni z tego nie z owego zasygnalizował, że skręca w lewo i sekundę później rozpoczął manewr. Tylko cudem uniknąłem kraksy, jedynie rowery otarły się o siebie. Chwila rozmowy z gościem i jadę dalej, pogrążony w moich myślach.
Kolejny powrót popracowy, trasa standardowa, bez udziwnień, bez kombinacji. Dalej nastrój mam wisielczy, ech... może to ta wiosna, może coś innego, cały dzień nie potrafiłem się skupić na czymś sensownym. W drodze powrotnej 2 scenki, które na chwilę poprawiły mi na chwilę humor. W Gliwicach kretyn wjechał mi przed koło z drogi podporządkowanej, skończyło się na moim ostrym hamowaniu, ale... za debilem jechała Policja i wyjątkowo byłem zadowolony z ich obecności. Kilka metrów dalej kretyn został zatrzymany i poczęstowany mandatem i punktami. 1:0 dla bikera ;) Druga sytuacja już w Katowicach, dokładniej w Panewnikach, spotkałem gości którzy zrobili sobie przerwę w spływie kajakowym po Kłodnicy. Byłem w szoku, że po tej rzece (jeżeli tak o niej można powiedzieć), ktoś pływa. Chwila rozmowy z kajakarzem, i wiem że planują w Piątek dotrzeć do miejsca gdzie wpada do Odry ;) Dzisiejsze foty.
Kolejny standardzik. Rano temp. +10 stopni, ale po wyjściu mam wrażenie, że jest chłodniej niż wczoraj. Jednak rower toczy się bez problemu napędzany jednym Amigą i to w całkiem słusznym tempie. Dzisiaj niestety w ponurym nastroju, coś mi ciąży, moje myśli zaprząta zupełnie inna sprawa, krążą gdzieś 30km dalej. Zupełnie nie myślałem o jeździe, w pewnym momencie zdziwiłem się, że władowałem się centralnie na węzeł w Kończycach, czego nie robiłem od ostatniej gleby w tym miejscu prawie rok temu.
Powrót do domu standardowy, pogoda nie rozpieszcza, może nie leje, ale nie jest zbyt przyjemnie. Wieje silny wiatr i jest chłodno. Na dokładkę na 8km coś zaczyna mi się dziać, muszę jak najszybciej dotrzeć do kibelka. Masakra, przede mną jeszcze ponad 22km - ok godziny jazdy, a rewolucja w żołądku coraz większa. Nie lubię takich numerów. Więc nie robiłem fot, siła wyższa. Dopiero w domu popełniłem zdjęcie zastępcze. ;)
Dzisiaj wyjazd z domu ponownie późno, było po 7:10 nim się wyzbierałem, wcześniej jednak musiałem zająć się rowerem, po ostatnim rajdzie na orientację rower miał na sobie tony piachu, brudu, resztek roślin i wszystkiego co można było spotkać na szlaku. Pewnie bym to zignorował, gdyby nie fakt, że hamulce i zmieniarki pod koniec trasy odmawiały posłuszeństwa. W chwili wyjazdy na termometrze jest 8 stopni, niedużo, ale biorę tylko bluzę z długim rękawkiem, musi wystarczyć. Na zewnątrz okazuje się, że jest całkiem przyjemnie w słońcu, po rozruszaniu się na pierwszych kilku km dalej kręci się już nieźle, jest mi ciepło, nie przeszkadza mi nawet wiatr. Chcąc jednak nadrobić poranne opóźnienie, przełączam się na blat i całą trasę pokonuję 3 najwyższych przełożeniach. Jadę jak za starych dobrych czasów, siłowo, ale chyba też z większą kadencją niż kiedyś (chyba udało mi się wyrobić nawyk przez ostatni kilka miesięcy jeżdżąc na niższych przełożeniach). Teraz trzeba popracować nad kondycją. Ta trasa musi być pokonana w tym roku w godzinę, zresztą 28 września 2011 roku już niewiele brakowało ;)
Fot chwilowo nie ma, bo jak pisałem wcześniej próbowałem nadrobić stracony czas
Po wczorajszym ciężkim dniu, dzisiaj jest zdecydowanie lepiej. Z rana zbieramy się w 3-kę, Ja Monika i Tomek. Dzisiaj mój debiut w Rajdach na dezorientację, nie jest źle, kierowniczką całego przedsięwzięcia jest Monia. Tomek po wczorajszym wypadku, niestety nie może czynnie wziąć udziału, jednak pomaga ile może (tasuje karty ;P, itp.). Na miejsce zbiórki dojeżdżam godzinę przed czasem, coś trzeba zrobić. Pierwsze kroki kieruję do pobliskiego sklepu, a później jadę w kierunku żółtego szlaku, zobaczyć czy jest tam dużo piachu (szlak prowadzi przez pustynię ;P). Chwila przerwy na uzupełnienie płynów i czas na focenie przed rajdem.
Minęło trochę czasu, więc pora wrócić na miejsce zbiórki, zaczynają się powoli zbierać pozostali uczestnicy, kilka min. później wysłuchujemy prelekcji prowadzonej przez Kosmę na temat punktów kontrolnych, ich oznaczenia itp. W między czasie zaczyna się psuć pogoda, zrywa się porywisty wiatr i zaczyna od czasu do czasu kropić. Ruszam sam, taki mam plan, sprawdzić się, zobaczyć jak mi pójdzie, czy mnie to pociąga. Od Moniki dowiaduję się, że optymalna trasa to jedyne 20km. Co to dla mnie, powinienem całość zrobić w godzinę ;) Nie biorę jednak pod uwagę, że wielkość ta została nieco zaokrąglona w dół, poza tym optymalna, nie oznacza, że ja nią pojadę. Na początek postanawiam pojechać na najbardziej oddalony punkt na pustyni Błędowskiej w pobliżu Chechła. Jednak po drodze zaliczam PK 13 na bagnach błędowskich, lampion wygląda dziwnie, w zasadzie w ogóle nie wygląda. Ktoś go spalił, wraz z pieszymi uczestnikami zostawiamy odpowiednią informację dla pozostałych uczestników ;)
Kolejny punkt nieco dalej, na skrzyżowaniu drogi z czerwonym szlakiem. Zastanawiam się czy nie pojechać szlakiem jednak... decyduję się na jazdę nieco dłuższą drogą, ale za to asfaltem. Boję się, że na szlaku będzie sporo piachu i może mnie to nieco spowolnić.
Do Chechła dojeżdżam w ciągu kilkunastu minut, na miejscu napotykam autokar z wycieczką nomadów ;), grasujących po pustyni. Mam problem, ze zdjęciem tego miejsca bez ludzi, ale udaje się.
Rzut oka na mapę i widzę, że do PK 12 prowadzi jakaś ścieżka polna, jest to najkrótsza trasa więc się w nią ładuję, problem pojawia się nieco dalej gdy ścieżka robi się coraz bardziej porośnięta trawą.
Wszystkie PK na północ i wschód Błędowa mam zaliczone, pora na te zachodzie i południowe. Wracam do Błędowa i szukam wjazdu na czerwony szlak prowadzący do Krzykawy, Coś jednak idzie nie tak, wjazdu nie odnajduję, obok na mapie jest jednak zaznaczona inna ścieżka. Jadę ją sprawdzić, początkowo asfalt, później ścieżka leśna. Z każda chwilą, robi sie jednak coraz węższa, mniejsza, bardziej zarośnięta, aż w końcu znika. Patrzę i na oko mam max. 500m na przełaj do kolejnego PK. Po drodze jest jednak Biała Przemsza. Dochodzę do brzegu i wstępne kalkulacje są takie, że przejdę ją w brud. Mam szczęście, kawałek dalej leży powalone drzewo, rower pod pachę i idę, kilka razy łapię równowagę, ale docieram do drugiego brzegu.
Pod kapliczką jeszcze chwila odpoczynku, trzeba uzupełnić zapasy energii. Kilka min. później ruszam dalej, w kierunku Krzykawy. Zaczyna lać deszcz, mocniej i mocniej. W Krzykawie odnajduję kolejno PK1 - Pomnik Francesco Nullo, PK10 - Dworek Staropolski, PK9 - krzyż (dużo ich dzisiaj na trasie, Monia się chyba nawróciła ;).
Jadę dalej, na... Laski ;) do odnalezienia pozostały 2 punkty, PK7 - Jaskinia pod skałą i PK6 - drzewo na środku ronda.
Z PK7 mam problem, szukam go kilkanaście min, i nie ma, za to znajduję urocze stawiki, jest pięknie, ale pogoda coraz gorsza, jestem przemoczony. Przerywam poszukiwania jaskini i jadę do PK6.
Do mety pozostały mi już tylko 4km. Ubłocony, w zasadzie upiaszczony dojeżdżam na miejsce. Przemoczone ubranie przy 10 stopniach i wietrze, szybko odbiera mi ciepło. Odpoczywam chwilę przy ognisku rozpalonym przez organizatorów (w zasadzie miał być grill), ale dzięki temu trochę się rozgrzewam, do mety docierają kolejni uczestnicy. Ok 16:00 jest już po imprezie, szybkie rozdanie dyplomów i wracam rowerem do Łośnia. Tam zmieniam ubranie na jedyne suche - cywilne, szybka kawa i jadę na dworzec PKP DG Ząbkowice. Organizacją rajdu jestem zachwycony, liczę na kolejne :), szkoda jednak, że uczestnicy się wykruszyli, wpływ na to miała pewnie pogoda. Coś jest pociągającego w tych rajdach, pewnie spróbuję sił na jakimś kolejnym, może na dłuższej trasie, może Zygfrydem jak wróci z serwisu?