Wyjazd z pracy nieco przed 17:00. Ze względu na problemy z przerzutkami i wymienionym łańcuchem jechało się paskudnie. Specjalnie nie mogłem nacisnąć na pedały bo łańcuch przeskakiwał. Zmiana biegów też masakra. W ciągu ostatniego miesiąca odwiedziłem 2 serwisy i wszyscy twierdzili że przerzutki są wyregulowane, jednak po przejechaniu kilkunastu metrów już czułem, że coś jest nie tak. Wszyscy serwisanci polegli, podejrzewałem już uszkodzenie manetek, linek, uszkodzenie haka czy przerzutki). Jednak zaświeciło światełko w tunelu, zadzwoniłem dzisiaj do qmpla (chyba urodził się już z rowerem) i powiedział mi tak "... bo w serwisach pracują ci..e, żaden dobry serwisant nie będzie pracował za 1500 zł ...", umówiliśmy się więc na wieczór. Podjechałem wracając z pracy i w ciągu 10 min. przerzutka pracowała idealnie. Przeskoki łańcucha praktycznie ustały (w zasadzie występują tylko na jednej zębatce, ale to już kwestia dopasowania się łańcucha do kasety), mogę znowu mocniej nacisnąć na pedały :). Ruch manetki powoduje natychmiastową zmianę położenia, łańcuch nie spada, nie zmienia samoczynnie zębatki, rewelacja. Za co q...wa płaciłem w serwisach.
Powrót z pracy prawie standardowo, nieco dłuższą drogą - przez całą długość Zabrza Makoszowy. Dobrze się jechało, było ciepło, jedynie wiatr mocno dawał się we znaki. W miejscach gdzie da się jechać >40km/h miałem ciężko uzyskać 30-35km/h. W lesie było na szczęście "normalnie" wiatr nie przeszkadzał, bo i jak ? (chyba, żeby rzucał mi kłody pod nogi, nie miał takiej siły ;)
Prognozy na jutro są dobre. Więc po raz kolejny będę miał okazję pojeździć. Heh. Jak mało jest mi potrzebne do szczęścia :)
Poniedziałkowy wyjazd do pracy. Pogoda ma być taka sobie, ale jadę, trzeba rozruszać mięśnie po weekendzie. Tu i tam mnie coś boli ale to po glebkach. Zakwasów nie zauważyłem, z czego jestem i zadowolony, i trochę zdziwiony. Rano słońce pięknie świeciło, nie wiem co będzie po południu podczas powrotu. Mogę trafić na burze, ale już mnie to nie rusza. :) Wiem, że dam radę.
Droga powrotna nieco inna niż ta poranna. Zamiast jechać przez Kończyce pojechałem przez całą długość Zabrza Makoszowy. Lubię tą trasę, idzie się nieco zmęczyć, jest tam jeden podjazd podobny do tego co miałem okazję spotkać w górach czy jurze. Kto by pomyślał, że już po 24 godzinach będzie mi brakowało gór. Chyba znowu coś się we mnie zmieniło.
Dzisiaj już na "luzaka" wyjazd do pracy. Specjalnie się nie przemęczałem, W sobotę to odrobię z sporą nawiązką. Prognozy na dzisiaj są nieciekawe. po południu ma mocno wiać i ma padać deszcz. Zobaczymy. Jak będzie bardzo źle to się zapakuję do pociągu ;) Jutro do pracy bez rowera. 2 dni przed maratonem muszę poświęcić na regenerację. W piątek rower jedzie do serwisu na przegląd, regulację itp. A w sobotę ....
Powrót ok 16:30. Gry się przebierałem liczyłem na to, że uda mi się przejechać trasę przed deszczem. Gdy jednak tylko dotknąłem pedałów zaczął padać deszcz i towarzyszył mi przez całe 30km. :) Na drogach i w lesie było sporo kałuż, mniejszych i większych rozlewisk oraz trochę błota. Jechało się ciekawie :), jednak kręciłem bez większego natchnienia. Może dlatego, że jutro i pojutrze mam dni bezrowerowe. Zbieram siły na weekend czeka mnie 3 km przewyższeń na odcinku ok 70km. Będzie ciężko, do tej pory najcięższa wycieczka to Jura gdzie na podobnym odcinku było niespełna 700m przewyższeń. Już wtedy było ciężko, z drugiej strony to będzie piękna śmierć na rowerze ;)
Kolejny wypad rowerowy do pracy. W nocy nawiedziły moją okolice burze, więc poranny wyjazd zapowiadał się "ciekawie". Tak jak się spodziewałem w lesie sporo rozlewisk, kałuż i różnych artefaktów, w postaci połamanych gałęzi. Jechało mi się tak sobie, ani dobrze, ani źle. Temperatura o poranku w okolicach 14 stopni, więc nie było tragedii. Za to widoki czasami robiły wrażenie :)
Powrót ok 17:00, może kilka minut wcześniej. Pogoda idealna do jazdy, przyjemnie ciepło, ok 20 stopni, bez większego wiatru. Zmieniłem dzisiaj nieco trasę. Powróciłęm do starej wersji z maja przez hałdę Makoszowy. Jakiś czas temu coś zaczęło się dziać na niej, pojawiły, się koparki, spychacze, droga zrobiła się mało przejezdna. Pojechałem sprawdzić jak to wygląda teraz, trasa zarosła, ale jest dalej przejezdna. Nie można zbyt szybko jechać, lecz jedzie się dość przyjemnie. W kilku miejscach trzeba mocno uważać, pozostały jakieś zasieki, kopce usypane przez spychacze czy luźno leżące na trasie głazy. Jeżeli tylko załaduje się filmik z przejazdu przez hałdę, na youtube-a, to udostępnię go na stronie.
Po 2 dniach odpoczynku od rowera (miało być mniej, jednak wczorajsze plany w łeb wzięły), ruszyłem do pracy na rowerze. Prognozy na dzisiaj są takie sobie, po południu może padać, jednak pewności nie ma, prognoza na dzisiaj zmieniła się 2-3 raz od wczoraj. Jak będzie to się dopiero okaże (Szczerze to bardziej nie podobają mi się prognozy na koniec tygodnia). Profilaktycznie zabrałem ze sobą kurtkę przeciwdeszczową. Co do samej jazdy to jechało się rewelacyjnie. Ciepło, ale nie upalnie, żadnych przegięć. Bez jakigoś specjalnego wysiłku dotarłem do Gliwic. Średnia też niezła. :)
Powrót do domu ok 16:30. Jest upalnie, duszno, wszystkie popołudniowe prognozy wskazują na deszcze, niby już około 17:00 mogą pojawić się burze. Więc jadę ...., pędzę ....., może uda się dojechać przed deszczem. W Rudzie Śląskiej zrywa się silny wiatr od wschodu, wygląda to nieciekawie, przez kilka km czuję, jakbym jechał pod górę. Po wjechanu do lasu Panewnickiego jest lepiej, drzewa mnie osłaniają. Rower toczy się dalej, tempo całkiem przyzwoite. Nie zatrzymuję się nigdzie, po co ? Żeby zmoknąć ? Niespecjalnie mam ochotę wymijać błyskawice, więc naciskam mocniej. W końcu dojeżdżam do Ochojca, widzę, swój dom, otwieram drzwi, wnoszę rower i ... deszczu dalej nie ma. Jest godzina 19:00 w chwili gdy piszę te słowa, w domu jestem już od ponad godziny i dalej nie pada. Ech ... i po co tak pędziłem ?