Niby trochę mało, ale zmieściełem się w planie lipcowym. Cykloza w pełni rozwinięta, kolene lata mogą być tylko na +, nie ma innej możliwości.... Spodobał mi się uphill i downhill w górach. Czekam na kolejne wyzwania... Korci Pilsko.
Rano standardzik, droga identyczna jak zawsze, może trochę chłodno ale to tyle. Jechało się całkiem przyjemne, na drogach dziwnie mały ruch, dzięki temu nie miałem niepotrzebnych przerw na skrzyżowaniach. Średnia wyszła dość przyzwoita, jestem z niej zadowolony, chociaż dalej czuję ostatni wypad w góry, ale to może przez siniaki na nogac :P.
Ciężki poranek, nie chce się wstać, nie chce się kręcić, nic się nie chce. Wstaję później niż zwykle, wyjeżdżam później niż zwykle, ale... gdy tylko wsiadłem na rower, gdy zakręciłem kilka razy... . Soki zaczynają szybciej krążyć, budzę się, chce mi się jechać, chce mi się, żyć, po takim weekendzie wszystko jest piękniejsze. Sama trasa to standard, bez żadnych udziwnień, zaliczone kilka podjazdów i w zasadzie tyle.
Jest 16:50. Wyjeżdżam z pracy, pogoda nieciekawa, coś krąży na niebie, chmury nie wyglądają przyjaźnie, trzeba gnać do domu. Jadę może nie najkrótszą trasą, ale moją częściowo leśną, przeżyłem już tu kilka burz, więc w razie czego kolejna nie zrobi mi różnicy, a przynajmniej będę miał kilka podjazdów i trochę wertepów, błota... . Co jakiś czas zaczyna kropić, chwilę później przestaje. Taką zmienną pogode mam aż do domu.
Dzisiaj może uda się pójść wcześniej spać, muszę odpocząć, jak mawiał Adaś Miałczyński.
Weekend spontaniczny, nietypowy i.... jak zawsze rewelacyjny, tym bardziej, że rowerowy.
Jest sobota rano, powoli zbieram się i jadę na miejsce spotkania, po drodze odwiedzając bankomat. Chwilę później dociera cała rodzina K. Darek, Anetka, Wiktor i Igor03. Pakujemy rowery, i wraz z moją rodziną, siostrą Basią, szwagrem Philippe, Valerie, Julie i Hugo w końcu ruszamy w drogę.
Cel do osiągnięcia to Pietrzykowice koło Żywca, tam jest nasza baza wypadowa. Po dorarciu i rozpakowaniu się wraz z Darkiem wsiadamy na rowery i ruszamy na podbój Beskidu Małego, zabieramy ze sobą mapy, przwewodnik i... w drogę.
Początkowo próbujemy odnaleźć żółty szlak, jednak efekt jest taki, iż jedziemy po nasypie kolejowym, później przez żwirownię i w efekcie przebijamy się przez tory ma stację pkp w Pietrzykowicach Żywieckich. Szosa będzie w tym przypadku lepsza, wbijamy się na nią, na szczęście ruch nie jest zbyt wielki, jedzie się szybko i przyjemnie, mijamy kolejne miejscowości: Zarzecze, Tresną, Czernichów,
tam odbijamy na żółty szlak na Hrobaczą. Niby asfalt, ale nachylenie daje się we znaki, dodatkowo temperatura 36 stopni skutecznie nas osłabia, odpoczywamy kilka razy. Tętno skacze powyżej 200, masakra..
Jedziemy szczytami, co chwila wyjeżdżając z lasu ukazują się nam fantastyczne widoki, panoramy gór i okolicy, patrząc na to wiem po co się tak męczyłem, po co wjechałem, a miejscami wciągałem rower na górę.
Godzinę później jesteśmy na Magurce Wilkowickiej, kolejne schronicko, kolejna chwila przerwy, tym razem posilamy się, uzupełniamy płyny, spędzamy w tym miejscu prawie godzinę, słuchając wowodów starych wyjadaczy na temat żywności...
Kilka fot i ruszamy dalej, jednak coś poszło nie tak, gubię Darka i skręcam nie w tą drogę, szczęśliwie telefony działają i szybko naprawiam swój błąd, w zasadzie niewiele się stało, przejechałem może 1,5km zanim stwierdziłem, że coś jest mocno nie tak.
Po paskudnym zjeździe z Magurki gdzie zaliczam solidne OTB, wracamy do naszej bazy wypadowej, Pietrzykowic, na miejscu czeka już na nas reszta ekipy, szybki prysznic i ruszamy do Żywca, coś zjeść. Trafiamy na fajną góralską knajpkę, spędzamy tam kolejną godzinkę i...
W końcu jednak zmęczenie daje się we znaki, trzeba się położyć, wcześnie rano musimy wstać i odwiedzić kilka okolicznych górek w nieco większej ekipie.
Piatek..., wstaję spoglądam za okno jest piękna mgła, jestem zachwycony, czym prędzej się zbieram i wyjeżdżam. Lubię taki klimat, lubię te kropelki osadzające się na rękach, twarzy... Jazda dzisiaj to czysta przyjemność, chociaż w lesie miejscami widać max na 20m ;) Kilka razy staję, grzechem byłoby tego nie sfocić. Brakuje mi do szczęścia tylko jednego.... temperatury poniżej zera, tak by osadziła się szadź, ale na to jeszcze muszę trochę poczekać, pewnie do października, może dłużej... . Wszystko w swoim czasie, nie ma się co spieszyć,
Czas coraz bardziej zap...a i za diabła nie można go zatrzymać.
Powyższy kawałek dla tych którzy wyryszają rowerami na wakacje w ten weekend ;), zresztą też wybieram się w Beskidy ;)
Pokręcony dzień, rano zauważyłem, że rozwaliłem kolejną oponę w tym sezonie, cały czas czekam na posadę testera w firmie rowerowej. Tym razem rozpruta została opona Kenda SBE na długości ok 10cm, przy obręczy (przejechane 1700km). W ciągu dnia kupiłem nowego Maxxisa Crossmarka, zobaczymy ile na nim pojeżdżę.
Ok 16:00 zaczynam się zbierać, wymieniam przy okazji uszkodzoną oponę i ruszam tym razem asfaltami, centralnie przez Zabrze, Rudę Śląską, Świętochłowice, Chorzów i Katowice. Myślałem, że pojadę szybciej, okazało się, że... jazda na czerwonej fali skutecznie spowalnia podróż. Ostatnio gdy jechałem na masę moją standardową trasą, to pomimo, że było 10km więcej przejechałem ją w podobnym czasie. Fuck....
Docieram na miejsce 2 minuty przed czasem i szok.... jest ledwie 11 osób + ja, to nie masa, to maska. To karykatura tego co powinno być w tak dużym mieście jak Katowice. Po objeździe Katowic rozmawiamy dłuższą chwilę z Łukaszem na dolinie 3 stawów i ... spróbujemy rozruszać tą imprezę, najbliższy sprawdzian za miesiąc, niewiele czasu... . Szukamy więc kontaktu z dotychczasowymi organizatorami masy w Katowicach, ciężko powiedzieć czy już im się nie chce, czy nie mogą, może pora zmienić formułę tego spotkania. Mile widziane są też osoby które chciałby by wspomóc nas w tych działaniach. Im będzie nas więcej tym lepiej. Co z tego wyjdzie to się okaże.
Mam nadzieję że udam nam się Katowiczanie pozbierać i pokazać, że to NASZE MIASTO i rower jest najlepszym środkiem komunikacji.
Poranek, kolejny w tym tygodniu dojazd do pracy, znowu po imprezowym wieczorze przy grilu, znowu mam problem się pozbierać. W końcu ruszam ok 7:05, początek trasy całkiem miły, jest sucho, jedzie się szybko, jednak już za Halembą w lesie zaczyna być ciutkę mokro, pierwotnie chciałem pojechać przez hałdę w Sośnicy. Przejeżdżając przez jeziora w Makoszowach zrezygnowałem z tego zamiaru i pojechałem szosą odbijając na plac budowy w lasku Makoszowskim.
Jest kilka kapel do których wracam jak bumerang i kilka płyt które kocham, po raz kolejny odpaliłem dzisiaj KNŻ - Bar la Curva, po prostu obłęd.
Wrażenia z nowej kasety są takie, że na Górnym Śląsku używam w zasadzie 3 najmniejszych koronek + blat ew. średnia koronka z przodu. Dzisiaj próbowałem się przekonać do pozostałych przełożeń, ale to nie na ten teren, jest zbyt prosty, zbyt łatwy... zero wyzwań....
... i dlatego szukuje się weekend w Beskidach - być może caaałe 2 dni rowerowe z jakimś noclegiem.
Jest 16:30, wychodzę z firmy i pełne zaskoczenie leje... Dzisiaj jakoś nie spojrzałem na prognozy pogody, tylko.... co by to zmieniło ? Zakładam kurtkę przeciwdeszczową i jadę. Zastanawiam się nad trasą po szosach, ale mijając znak "Zabrze" okazuje się, że jest sucho..., zdejmuję kurtkę, skręcam w lasek Makoszowski, dalej Makoszowy - wbijam się w las, wyjeżdżam w Halembie i tutaj znowu zaczyna kropić, ech... nie nie chce mi się po raz kolejny grzebać w placaku, jadę dalej, jest coraz gorzej, ale nie tragicznie. W zasadzie to specjalnie mi ten deszczyk nie przeszkadza, jedyna wątpliwa przyjemność to mokry pampers...
Fot nie robiłem, aura jakoś mi nie sprzyjała, myślałem głównie o tym aby jak najszybciej wrócić do domu. Więc fotka zastępcza z ok 2005 roku ;) zrobiona Nikonem Coolpix 4100
Dzisiaj grubszy serwis Manfreda, zmiana kasety, łańcucha, konusów i kulek + wymiana środka suportu. Do domu wracam okrężnie, chcę pobawić się nowymi szpejami, chcę wyczuć nową kasetę, pierwszy raz mam cudo 11-34 normalnie jeździłem na 11-28. Wrażenie są proste, na 100% jesienią wracam do 11-28 SLX. Na trasie brakowało mi czegoś za to za dużo miałem pod górkę zębatek. Nawet w Iwkowej korzystałem z kasety 11-28. Zobaczymy jak w weekend sprawdzi się ta konfiguracja (czeka mnie Beskid Żywiecki i/lub Śląski). Przy "ścianiach" dalej mam problem z podnoszeniem przedniego koła, q..wa chyba zmieni ęmostek. W każdym bądź razie wybralem sie prze Chudów, Mikołów, Podlesie do domu, a tam czekał n a mnie grill ;) i wódka,a na koniec Adovcat o smaku kawy, lubię go w wersji z lidami. Ostatnio zapomałem jak smakują, dzisieaj była okazja sobie o tym przypomnieć.