To zaczynamy kolejny tydzień dojazdów do pracy, tyle, że tym razem wariant skrócony, tydzień kończy się w środę :)., przynajmniej dla mnie, jaki wyjdzie ten przedłużony weekend? Nie mam pojęcia. Chciałoby się go wykorzystać go rowerowo, ale nie wiadomo co z tego wyjdzie, jak ułożą się kolejne dni. Wracając do drogi to początkowo pogoda całkiem ładna, świeci słońce, wygląda na to, że będzie ok. Jednak im bliżej było do pracy tym nadciągały gęstsze chmury, w zasadzie już od Zabrza nie widziałem słońca. Cóż, może wkrótce się to zmieni...? Aby było jeszcze ciekawiej to zamiast błąkać się po lasach pojechałem szosami, pomimo tego, że całkiem spory ruch panował. Dopiero w Kończycach zdecydowałem się na przejazd przez lasek Makoszowski. Przyczyna banalna, w Zabrzu trwają prace remontowe torowisk tramwajowych i miasto w wielu miejscach jest zupełnie nieprzejezdne.
Kolejny poranek, kolejny raz spoglądam za okno i... zupełnie nie podoba mi się to co widzę, a widzę gęste chmury zasłaniające niebo i słońce, temperatura spadła poniżej 10 stopni. Zima była paskudna, przeciągnęła się niesamowicie, a teraz męczymy się z wiosną. Zaledwie kilka dni było cieplejszych przy czym udało mi się nawet przypalić na słońcu w ostatnią niedzielę, ale co z tego. Takie szarobure dni odbierają ochotę na cokolwiek. No nic. trzeba wypić kawę i zabrać się za pracę :)
Wybiła 17:00 pora do domu, pora kończyć na dzisiaj, Wychodzę na zewnątrz i zimno..., znowu nieprzyjemnie. Tak szybko jak się da wjeżdżam w las, w zasadzie to na hałdę w Sośnicy a później lasami. Tyle, że dzisiaj jakoś dziwnie cicho, nawet ptaków nie słychać, czyżby cisza przed burzą? Na szczęście chyba nie, za to chęć do kręcenia gdzieś uszła, gdzieś zniknęła. Gdyby nie to że mam rower ze sobą to pewnie wsiadłbym do pociągu, autobusu i poszedł spać na godzinkę. Taki to już był dzisiejszy dzień.
Poranek dość nieciekawy, za oknem gęste chmury, jest chłodno, ok 10 stopni, niefajnie, prognozy wskazują na możliwe deszcze przez cały dzień. Tylko co to zmienia? Do pracy trzeba jakoś dotrzeć, a rowerem jest najszybciej :)
Ruszam. początkowo jest nieźle, jednak już w Piotrowicach zaczyna kropić. Zaczynam się zastanawiać czy nie polecieć po szosach. Będę bardziej mokry, ale za to nazbieram mniej błota. Jednak w Panewnikach znowu odbijam w las :), może ty tylko przelotne, może przejdzie bokiem..., na horyzoncie widać jakby jaśniejsze chmury. Dojeżdżam do Halemby, deszcz coraz większy, w zasadzie zaczyna całkiem nieźle lać i tak już utrzymuje się do końca trasy. W Kończycach nieco zmieniam trajektorię, nie jadę przez starą hałdę, tam będzie błotniście. Kieruję się na ul. Wiosenną i pobliski nasyp kolejowy po którym można spokojnie przejechać. Jeszcze tylko Lasek Makoszowski i wyjeżdżam na szosy w Gliwicach. I o ile w lesie nazbierałem trochę błota to... woda do butów wlała mi się dopiero w Gliwicach na drogach, może dlatego nie lubię nimi jeździć gdy leje? Zresztą chyba tylko w zimie pasują mi szosy ;P
Jest po 17:00, najwyższa pora się zbierać, starczy na dzisiaj. Przebieram się w nie do końca suche wdzianko rowerowe, brrrr...., nieprzyjemnie.
Wychodzę na zewnątrz, pogoda wyraźnie się poprawiła, nie leje, świeci słońce, jednak jest chłodno. Kombinuję którędy pojechać, mam na to ok 4km jazdy. Wybieram trasę nieco zbliżoną do porannej, nieco większy „ES” w Makoszowach, jednak na hałdę w Sośnicy nie pakuję się dzisiaj, za to liczę że stara hałda w Makoszowach będzie już przejezdna i.... nie mylę się. Jedynie trochę błota. Po drodze jednak bardzo nieprzyjemny obrazek, na ul Legnickiej tuż za wiaduktem na wysokości ul. Sejmowej rozwalił się motocyklista, musiało się to zdarzyć max kilka minut wcześniej, sporo gapiów, nie ma jeszcze karetki, pogotowia. Na jezdni masa krwi..., nie wygląda to na kolizję raczej na... głupotę. Pewnie nadmierna prędkość na zakręcie na którym jest ograniczenie do 30km/h. Chociaż przyznaję, że w życiu nie widziałem tam kogoś kto by zwolnił, najczęściej ciśnie się ile fabryka dała bo to dodatkowo na dłuuugim zjeździe.
Reszta trasy już bez drastycznych obrazków, a nawet zrobiło się przyjemnie przy jeździe obok akademików na Ligocie. Zaczęły się Juwenalia.
Poranek, mam problem, by zwlec się z łóżka. W końcu udaje się pozbierać, ruszam ok 7:15, późno, po głowie chodzi mi nawet myśl, aby polecieć szosami, decyzję zostawiam jednak do Panewnik, gdzie... wjeżdżam w las :). Jednak im dalej tym coraz większe ślady po nocnych ulewach. Początkowo tylko trochę kałuż, jednak po minięciu Rudy Śląskiej coraz więcej błota. Do Gliwic dojeżdżam totalnie umorusany, teraz pozostało już wykąpać się i... do roboty. ;)
Koniec pracy, na dzisiaj, mam dość, zmęczył mnie ten dzień..., a jutro pewnie wcale nie prościej. Niemniej mam szansę odreagować na rowerze, wychodzę na zewnątrz i... wieje, jak diabli wieje od wschodu. Ruszam, jadę pod wiatr, rower nie chce się specjalnie toczyć, w końcu mam dość szos, wjeżdżam w las, tutaj już spokojniej, przynajmniej mną tak nie tarmosi. Zatrzymuję się na chwilę widząc kwiaty przy drodze, nie spodziewałem się ich tutaj w pobliżu zjazdu z A4-ki w Kończycach... :) Chwila focenia i do domu. Tam czeka na mnie obiektyw po serwisie, w końcu chyba działa tak jak chcę a nie tak jak on chce... zniknęło paskudne świstanie, zgrzytanie działa poprawnie, trzeba go „przestrzelić”. Więc kilka fotek roślinek z okna na ogniskowej 300mm na tej na której występowały problemy z ostrzeniem. Starczy na dzisiaj. Muszę odpocząć.
Wpis uzupełniony, niestety czasu na coś więcej nie ma. Na chwilę obecną to jedyna rzecz której kompletnie nie posiadam. Poniedziałkowy poranek. Pali mnie skóra, po upalnej niedzieli po Miechowie, lecz cóż zrobić, trzeba jechać do pracy. Wsiadam na rower i ruszam, nie ma na co czekać. Nie ma co kombinować... Myślałem, że będę miał zakwasy, ale nie, nie ma nic, nie wiem jak to działa, w zeszłym tygodniu załatwiłem się na trasie do Tychów, odpuściło dopiero w piątek, a po górkach, owszem czuję zmęczenie ale to tyle...
Wyjazd z pracy ok 17:00. Miało być wcześniej ale nie wyszło, jadę w wariancie terenowym, jest więc hałda w Sośnicy, Makoszowach, Kończycach, las w Halembie, Stara Kuźnia, Panewniki i w końcu dom :) Kolory nieba wskazywały, że coś może spaść, może zacząć padać, jednak jeszcze nie teraz. Lunęło dopiero koło 20:00 i to w sumie niewiele, burza trwała może 15 min. To wszystko.
Kolejny poranek, ostatni wypadowy do Gliwic. Pomimo wielkiej chęci jazdy lasami, łąkami, terenem pojechałem szosami. Głównie dlatego, aby nie usyfić roweru przed weekendem, szanse na mycie są niewielkie przed niedzielnym wyjazdem do Miechowa.
Za to z rana mały zonk. Wychodzę z domu w jednej ręce rower w drugiej śmieci i klucze, wywalam śmieci, wsiadam na rower i jadę. W Gliwicach orientuję się, że... nie mam kluczy... tel. do domu, mały alarm i... są wywaliłem je razem ze śmieciami. uff
Za to sama droga dość przyjemna, cieplutko, suchutko, pomimo sporego ruchu na drogach nie ma żadnej szarpaniny, wyprzedzana na 3-go, wymuszania pierwszeństwa... Dopiero w Zabrzu odbijam na lasek Makoszowski. W Kończycach, jak wielu miejscach Zabrza trwa remont torowisk, dróg itd... . Nie przepadam za korkami, nawet gdy mogę je wyminąć.