Później wypad na Paprocany. Zabrałem ze sobą Piotrka, był dzisiaj w nieco lepszym nastroju niż ostatnio, kręcić też mu się chciało, a przynajmniej nie marudził jak ostatnio :) Droga prosta i przyjemna. Na specjalne wyczyny dzisiaj się nie nastawiałem, jutro muszę dojechać do i z pracy :), więc nie ma co przesadzać. Jechaliśmy trasą przez Kostuchnę, Podlesie, Mąkołowiec, Żwaków i Paprocany. Kilka postoi po drodze i dłuższy już na miejscu.
Trochę przerażała mnie ilość spacerowiczów w tym miejscu, ale w końcu to dzień wolny i temperatura w okolicach 28 stopni. Powrót do domu podobny. Żwaków->Mąkołowiec->Podlesie->Piotrowice->Ochojec. Po drodze ponownie zahaczyliśmy o "MechaCow" na miejscu wypiliśmy po 0.5l mleka i kolejny litr zabrałem do domu. Chyba się starzeję, jeszcze w zeszłym roku wycieczki rowerowe kończyły się piwem :)
W zasadzie to zrobiłem sobie wycieczkę do Rud Raciborskich. Już od jakiegoś czasu planowałem się tam wybrać. W maju przejeżdżałem tam i nie miałem specjalnie czasu na postój. Trasa z grubsza była zaplanowana, jednak po drodze nie obyło się bez kilku niespodzianek, ale o tym dalej. Pierwsza część trasy to kierunek Starganiec, tam kilka min odpoczynku i dalej w drogę, tutaj pierwsza korekta trasy, okazało się, że ścieka którą miałem jechać była nieprzejezdna dla roweru. mocno zarośnięta, na dokładkę spora ilość powalonych drzew skutecznie odstaraszyła mnie od jazdy tamtędy. Skierowałem się więc w kierunku Halemby i w końcu miałem też okazję zahaczyć o osadniki w pobliżu elektrowni. Tutaj kolejne kilka min przerwy, uzupełnienie płynów, kilka fotek
Następnie pojechałem się na Chudów, coś mnie ostatnio ciągnie w to miejsce. W ostatnim czasie byłem tu kilka razy i zawsze było coś do obejrzenia, focenia itp. Tym razem było pusto, chyba przyjechałem za wcześnie. Zrobiłem sobie jednak nieco dłuższy postój, zaliczyłem obiad w przyzamkowej knajpie. Po terenie kręcił się ... Andrzej Sośnierz. W zasadzie nic dziwnego, w końcu jest Prezesem Fundacji Zamek Chudów :)
Pozbierałem się i ruszyłem dalej w drogę. Skierowałem się żółtym szlakiem w kierunku Ornontowic, niby oznaczenia były, ale nie zawsze. W pewnym momencie droga mi się skończyła, a ja pchałem rower po jakiś wertepach. Zrobiłem tak kilka kółek i w końcu znalazłem właściwą trasę, ujechałem może kilka km i ponownie miałem okazję szukać właściwego szlaku. Oznakowania w tej okolicy to mały horror. Przez chwilę miałem tam okazję jechać pod prąd, ale w końcu szlak tak prowadził. Shit.... Z Ornontowic pojechałem w kierunku Szczygłowic, oczywiście dalej tym samym szlakiem i po kolejnych kilku km ponownie błądziłem zastanawiając się, którędy mam jechać. Gościa który oznakował tą trasę powinno się powiesić. Gdy ponownie odnalazłem trasę, okazało się, że jakiś sprytny wysypał ją na odcinku jakiś 5-6 km dość paskudnymi kamieniami. Jazda po tym to była masakra. Zbyt wyboiste, luźne podłoże. Momentami miałem 10km/h na liczniku. W końcu dotarłem do Kuźni Nieborowskiej, tam skierowałem się w kierunku miejscowości Wilcza. Ten odcinek poszedł szybko i bezproblemowo. Szosą jechało się całkiem przyjemnie, dodatkowo uzupełniłem zapasy wody w przydrożnym sklepie, to co zabrałem z domu zaczęło się kończyć. W Wilczy skręciłem w polną drogę prowadzącą do Ochojca ... tego pod Rybnikiem. Początkowo droga była znośna, jednak im dalej, tym była bardziej zarośnięta. Trawy miałem do pasa, na dokładkę cały czas pod górkę. Gdy dojechałem na szczyt zrobiłem sobie kolejny popas przy okazji looknąłem na mapy i .... gdybym nieco wcześniej skręcił to jechałbym normalną drogą polną. Ech ... następnym razem będę o tym pamiętał, przynajmniej mam taką nadzieję.
Ochojec minąłem dość szybko, interesowały mnie Rudy Raciborskie. Na szczęście tutaj wszystkie oznaczenia były na swoim miejscu i nie musiałem się zastanawiać gdzie jechać. Poszło to nadspodziewanie szybko i po kilkunastu minutach dotarłem do celu podróży. Na pierwszy ogień poszła kolejka wąskotorowa, niestety w tygodniu stacja kolejki otwarta jest do godzi 16:00 (bez sensu). Jednak pracownik wpuścił mnie na teren stacji i miałem okazję porobić trochę fot.
Następnie wybrałem się do parku przy zespole pałacowo-klasztornym Cystersów. Tutaj nieco dłuższy postój, zjadłem zapasy i uzupełniłem płyny, strzeliłem fotkę ...
Musiałem się zastanowić co dalej. Opcje było kilka. 1) Pojechać do Rybnika, wsiąść do pociągu i pojechać do domu 2) Pojechać do Raciborza, wsiąść do pociągu i pojechać do domu 3) Pojechać do Gliwic, wsiąść do pociągu i pojechać do domu 4) Wrócić tą samą trasą. 5) Jechać szosami przez Pilchowice, Knurów i Gierałtowice
Wybór był ciężki, temp wg. termometru w rowerze pokazywała 28 stopni, byłem zmęczony tą trasą, na dokładkę odezwało się kolano i bolała mnie głowa ..., więc wybrałem .... opcję 5. Zdawałem sobie sprawę z tego, że podróż powrotna będzie ciężka ze względu na wyżej opisane problemy, ale szosami jakoś dam radę. Wbrew pozorom jechało się całkiem przyjemnie. Po drodze zrobiłem kilka przerw, w tym jedna koło pomnika powstańców w Knurowie
Reszta trasy prowadziła przez Panewniki i Piotrowice. W ciągu 30 min byłem w domu. Musiałem odpocząć, kilkadziesiąt min, następnie kąpiel, kolacja i spać. :)
Dzisiaj po raz kolejny wybrałem się w trasę. Pierwotnie planowałem coś dłuższego, ale rano miałem zajęcie i nie mogłem się wyrwać. Druga sprawa to zdzwoniłem się z Piotrkiem i miał ochotę na pokręcenie. Wyjechaliśmy trochę po 12:00, Planowałem pojechać na Lędziny tam odbić na Bieruń, Tychy i dalej Paprocany, a tam miała być decyzja co dalej. Jednak plan uległ modyfikacji. Kręcenie "Pyjtrowi" coś nie szło, jakiś taki zmęczony był, po 16km wyglądał jakby zrzucił 10 ton węgla, na dokłądkę co chwilę musiałem się zatrzymywać i na niego czekać. W Lędzinach zdecydowałem się skrócić jego męczarnie i wrócić do Ochojca możliwie krótką i względnie niemęczącą trasą tzn przez Tychy, Czułów i Podlesie. Zajęło nam to kolejną godzinę, średnia wyszła paskudna, dawno nie miałem tak niskiej, a Piotr miał dość. Coś pod nosem mamrotał o po...nych rowerach itp. Pewnie minie kilka dni i poprawi mu się nastrój i ... kondycja. Zobaczymy
Dzisiaj w końcu ponownie mogłem wsiąść na rower. Przez ostatnie kilka dni pogoda nie rozpieszczała. Dodatkowo pierwotne plany na ten tydzień miałem zupełnie inne nierowerowe, ale ... wszystko się zmieniło ... niestety, a może stety? No nic. Wczoraj udało mi się zakupić na allegro nowe opony Schwalbe Rocket Ron Evo 2.1. Dzisiaj dotarły do domu, więc nic nie było mnie w stanie powstrzymać przed wypróbowaniem ich. Wrażenia dziwne. Do tej pory wszystkie moje opony były drutowe, te są kevlarowe i ... jechało mi się inaczej, nie wiem jeszcze, czy lepiej czy gorzej, za to wydawały inny dźwięk podczas jazdy. Chwilę trwało zanim do tego się przyzwyczaiłem. Zależało mi na sprawdzeniu ich w lesie, na ścieżkach, którymi najczęściej jeżdżę, więc wybrałem się w kierunku Lędzin. 20km lasów w linii prostej przed mną więc jechałem z tym większą ochotą. Drogę nieco zmieniłem w stosunku do ostatniego wyjazdu. Chciałem zobaczyć, co to jest ta kamienna góra zaznaczona na mapach. Rozczarowanie było spore, bo to ani kamienna, ani góra. W miejscu gdzie spodziewałem się czegoś, był ... paśnik dla zwierząt. Kilkaset metrów dalej miałem przekonać się, co autor miał na myśli pisząc, że opony Rocket Ron szybko oczyszczają się z błota. Faktycznie szybko były czyste, problem w tym, że spora część tego co było na oponach znalazło się na mnie :). Na dokładkę musiałem się zatrzymać bo jakiś fragment błota dostał mi się do oka. Zatrzymałem się i jedyne co miałem do przemycia to zielona herbata, którą wlałem do bidonu przed wyjazdem. Cieszyłem się, że od kilku lat nie słodzę herbaty :), swoją drogą chyba pora kupić kolejne okulary. Poprzednie zostawiłem gdzieś w Kończycach kilka tygodni temu. Dojeżdżając do Lędzin zdecydowałem się na jazdę w kierunku Tych (ostatnio pojechałem na Mysłowice), Trekbuddy pokazywał mi, że da się dojechać tam lasami więc długo się nie zastanawiałem i skręciłem w odpowiednim miejscu, dalej skręciłem na Czułów - w końcu po co pchać się przez miasto jak można jechać cały czas lasem :). Za Czułowem skręciłem w kierunku Podlesia i dopiero tam wyjechałem na szosę, znajomymi drogami wróciłem do domu.
Poniżej kilka fotek trzaśniętych w drodze w tym część w podczerwieni. Oraz zapis dzisiejszej drogi.
Jest godzina 15:30. Pogoda taka sobie, gorąco, duszno, będzie padać. We wtorek telefonicznie umówiłem się z Kosmą na dzisiaj na wycieczkę rowerową po Pogoriach. W okolicach Dąbrowy Górniczej nigdy nie jeździłem do tej pory, więc z tym większą ochotą wsiadam na rower i jadę. Przez Brynów, Muchowiec i 3 stawy docieram na miejsce spotkania. Czekam 20 min i ... dzwonię, okazuje się, że zebranie się przeciągnie do ok 17:00 więc jadę nad najbliższy staw i trochę focę, a przy okazji opróżniam bidon.
O 17:00 ponownie jadę na miejsce spotkania i okazuje się, że Monika przyjechała ... Cytryną, jednak proponuje podjechanie do Dąbrowy Górniczej i tam przesiadkę na rower. Na moje pytanie o pogodę i ciężkie wiszące chmury otrzymuję również pytanie: Z cukru jesteś ? Co było robić. Pakuję się do Cytryny i w drogę. W Łośniu przesiadka na Bike-i i w drogę. Prowadzi Kosma, w końcu to jej okolica, a ja za Przemszę z własnej nieprzymuszonej woli rzadko się wybieram, w końcu trzeba przygotować paszporty i takie tam :)
Docieramy do oznakowania szlaku który nas interesuje. Szybka fotka i dalej w drogę.
Trochę później dojeżdżamy do skrzyżowania ul Legionów Polskich i Braci Miroszewskich, tam się rozstajemy i każdy jedzie swoją drogą. Zaczyna lać, a przede mną jeszcze kilkadziesiąt km drogi. Przyspieszam, ... chyba, staram się jak najszybciej dojechać do domu. Po drodze kilkukrotnie sprawdzam na trekbuddy moją pozycję. Ciężko się zorientować bez nawigacji gdzie jestem, bo nie znam okolicy, a oberwanie chmury skutecznie ogranicza mi widoczność. Miejscami widzę na max. 20-30m. W Sosnowcu skręcam w kierunku Stawu Morawa i chwilę później jestem już na swoim terytorium. Tutaj nawet po ciemku jestem w stanie dojechać do domu, nie korzystając z map, nawigacji i innych wynalazków. W Szopienicach niewiele brakowało, bym się wyp...ł. Zalane torowisko tramwajowe to nienajlepsze miejsce na rower. Przednie koło wpadło mi w szynę i tylko dzięki szczęściu udało mi się w miarę bezpiecznie zatrzymać. Skręcam na Janów, dalej Nikiszowiec, Giszowiec i przez las do domu. Pod drodze kilka razy słyszałem komentarze patrz jaki pojebany ? Pojebało cię. Pewnie reagowałbym podobnie widząc rowerzystę w takim deszczu, ale jakoś musiałem dotrzeć do domu, a na łatwiznę nie chciałem iść :)
Wycieczka w sumie rewelacyjna, świetny przewodnik po okolicy, szkoda, że czasu było tak mało (środek tygodnia), ale ja tu jeszcze k...a wrócę. :)
Dzisiaj wycieczka do Lędzin. Dawno tam nie byłem, a trasa jest rewelacyjna. W większości po lesie i prowadzi przez kolejne rezerwaty przyrody. Rano sprawdzenie prognoz pogody i ... shit będzie lać, ale odczekałem do 11:00 i ... nic się nie działo, ogoda ok więc pozbierałem się i w drogę. Pierwotnie pojechałem w kierunku Murcek i dopiero tam odbiłem na lędziny. Całą droga dość dobrze oznaczona, chociaż komuś w kilku miejscach przeszkadzały oznakowania ... Ech. W lędzinach skręciłem w kierunku Mysłowic i tu mały zawód, pomimo oznaczenia na mapie szlaków to nigdzie nie widziałem ich po drodze. Dobrze, że miałem przy sobie GPS-a i mapę, inaczej zmuszony byłbm do jazdy głównymi drogami. W Mysłowicach obrałem kierunek na Zalew Fala i dalej przez Giszowiec do domu. Trochę po przyjeździe zaczęło lać i grzmieć. Tym razem udało mi się przed deszczem. Ciekawe jaka będzie pogoda jutro.
Dzisiaj pierwszy dzień przerwy w pracy ... Specjalnej melodii do jazdy na rowerze nie miałem, ale ... jakoś się pozbierałem i ok 8:00 wyjechałem z domu. Pierwsza myśl to Goczałkowice, ale druga ... była inna. Powieliłbym część wczorajszego wyjazdu, więc odłożyłem to na kiedyś. Zdecydowałem się na objazd okolic. Pojechałem pierwtonie w kierunku Murcek, później odbiłem na Giszowiecki staw Janina i dalej Muchowiec, 3 stawy, Bulwary Rawy, Kopalnia Katowice, SSC, WPKiW, os. 1000 lecia, os. Witosa, Kokociniec, Panewniki, Owsiana, Starganiec, Kamionka, Zarzecze, Podlesie, Piotrowice i powrót do domu. Dzisiaj nigdzie mi się nie spieszyło, miałem czas, więc co kilka km krótka przerwa na uzupełnienie płynów, ew. zrobienie fot i ... aby posiedzieć w spokoju, nie myśleć o pracy, problemach itp., pełny odstres. Samej jazdy było ok 3 godz, wliczając przerwy wyszło ok 4,5 godz., ale warto było. Kolano niestety dalej daje znać o sobie, więc nie tym bardziej nie mogę przeginać z wysyłkiem. Cały czas mam nadzieję, że obejdzie się bez wizyty u lekarza. Poniżej kilka fot i zapis GPS.
Dzisiaj dzień nieco pokręcony. Pomimo ... rozpoczęcia urlopu, masa spraw do załatwienia. W domu dopiero ok 18:00. Zjadłem obiad i .... wybrałem się w krótką trasę do ... Paprocan. Droga niezbyt wymagająca, w obie stronu podjazdy łagodne podobnie jak zjazdy. Jechało się bardzo przyjemnie, pogoda idealna, prawie bezwietrznie i nie za gorąco. Nad jeziorem krótka przerwa (na dłuższą czasu nie było, zbyt późno się tam wybrałem). Ok 20:00 pozbierałem się i wróciłem do domu.
Krótka wycieczka z qmplami po okolicy. Tempo mocno spacerowe, ale nie zależało nam na osiągach, średniej czy odległości. Wyjazd późno ok 19:00, pojechaliśmy w okolicye zalewu Fala na Wesołej. Tam chwila przerwy i powrót przez Giszowiec do domu.
Wyjazd z pracy pierwornie planowany na 16:00 nieco się opóźnił. Nieco wcześniej w Gliwicach zaczął padać (to mało powiedziane, lać byłoby bardziej na miejscu) deszcz. Myślałem że go przeczekam, ale po ok 30-40 minutach gdy nic się nie zmieniło postanowiłem jednak wyjechać. Woda lała się z nieba przez pierwsze 16 km. Początkowo nieco zmodyfikowałem trasę decydując się na szosy, ale to był głupi pomysł. Płynące drogami rzeki skutecznie ograniczały prędkość jazdy a dodatkowo wszystko co miałem na sobie było przemoczone. Woda wlewała się do butów od góry. Shit ... . Gdy w Zabrzu skręciłęm do lasku makoszowskiego okazało się, że jest całkiem przyjemnie a i kałuż praktycznie nie ma. Cały deszcz wsiąkał w ziemię, więc resztę trasy pokonałem klasycznie, jadąc po lasach tyle ile się dało. Dopiero gdy minąłem Rudę Śląską deszcz przestawał padać, a w Katowicach nie spadła ani kropelka. Jadąc drogami po mieście ludzie jakoś się dziwnie na mnie parzyli :), może dlatego że wyglądałem jak Wodnik Szurarek :)
Kolejna porcja starych gier Tym razem Another World