Kolejny dzień, kolejny wypad do pracy, rano +13, ciepło, ale coś jest nie tak, jakoś tak ciemno, niebo zasnyte grubą warstwą chmur. Oj będzie dzisiaj ciężko, sprawdzam prognozę, powrót będę miał w ulewie i to solidnej. Nie pierwszy i nie ostatni raz :), tyle, że ma być zimno. Zabieram do plecaka wdzianko przeciwdeszczowe, przyda się. Na drogach tak jak się spodziewałem sporo niedzielnych kretynów za kierownicą, trzeba uważać, jakoś docieram w jednym kawałku do Gliwic. Szykuje się nieźle pokręcony dzień w firmie.
Paskudny dzień, przez większość czasu leje, powrót szykuje się ciężki, jednak... coś się zmienia i trochę przed wyjazdem deszcz gdzieś znika. Jadę szosami, w Rudze Śląskiej modyfikuję nieco trasę, dzisiaj patrząc na googlemaps wyszło mi, że może być to ciekawa alternatywa po szosach, trzeba było to sprawdzić, może źle że w taki dzień.
Jakoś nie mam melodii do kręcenia, chyba dopadł mnie kryzys. Jedzie mi się bardzo średnio, może te długie wdzianko na mnie tak działa?
Poranek wtorek, w końcu dochodzę do siebie po weekendzie, jeszcze chwila i odrobię zaległośći we wpisach. Dzisiaj już prawie na bieżąco.
Wyjazd ok 7:10 - względnie ciepło 12 stopni, jadę szosami, nie ma czasu na wydziwianie, na szaleństwa po lesie, po prostu trzeba dojechać do Gliwic. Szczęśliwie mały ruch na ulicach, jedynie pomiędzy Panewnikami, a Kochłowicami bawię się z autobusem, raz ja jego, raz on mnie i tak przed dobre kilka km, w końcu każdy jedzie w swoją stronę.
Powrót z pracy w całkiem niezłych warunkach, jest ciepło, można jechać na krótko, można lekko przycisnąć, chociaż miejscami na ulicach zaciska, ale co mi tam... Na dokładkę spieszy mi się troszeczkę, w domu jeden komp do zrobienia (w zasadzie do dokończena), a jeszcze czeka mnie jeden wypad do innego "chorego". Czasu jak zawsze brakuje na wszystko...
Za to dzisiaj zapadła decyzja o wyjeździe na Odyseję Jurajską :). Zespół już się uformował, chwila problemu z nazwą i... wyszło DarkRiders. :) Niby od imion 2 zawodników, ale... istnieje gra o tej samej nazwie... hmmm... czytając jej opis: "Fabuła gry nawiązuje do Apokalipsy św. Jana, gdyż wcielamy się w jednego z Czterech Jeźdźców Apokalipsy - Wojnę" - a stąd do Kazika już niedaleko :) Więc nazwa jest jak najbardziej na miejscu :)
Poniedziałek, budzę się wcześnie, jestem zmęczony, wczoraj dość długo zajęło mi pozbieranie się po wyjeździe na BSOrient. Pranie, lekki serwis roweru, w końcu do pracy trzeba dojechać. Uzupełnianie wpisów na BS zajęło trochę czasu, zresztą nie wszystko na raz... Dłubanie przy fotach jest czasochłonne, szczególnie jak jest ich natrzaskane ponad 600szt. Ech...
Sama droga do pracy standardowym szlakiem, mały incydent w Zabrzu gdzie jakiś kretyn wyprzedzał mnie na skrzyżowaniu gdy skręcałem w lewo. Dawno już nie miałem tak ciepło, na szczęście pewne nawyki zostały wyrobione i udało mi się uniknąć większych problemów. Q..a w zasadzie powinienem gonić g...a i obić mu ryja, tak dla zasady
Suchy Chleb Dla Konia - Prawdziwa ballada o kobietach
Wyjeżdżam dość późno, nawał pracy - taki jest ten poniedziałek. Na dokładkę w domu czeka mnie dodatkowa praca przy reanimacji kolejnego kompa. Średnio mam dzisiaj na to ochotę, ale jak trzeba, to trzeba, z drugiej strony zawsze to dodatkowa kasa do zdefraudowania :), może na rower, a może na coś innego?
Niedziela 7:30, nadszedł czas, aby powoli kończyć przygodę z BSOrientem, na dzisiaj zaplanowana jest jeszcze wycieczka po okolicy, jednak, nie mogę towarzyszyć do końca, mam na dzisiaj coś innego w planach, ale... jest ranek, wszyscy śpią (prawie wszyscy). Do wyjazdy mam prawie 90 min. więc z buta wybrałem się do lasu, może znajdę tam coś godnego uwagi, uwiecznienia, obfocenia. Pogoda jest średnia, chociaż wg prognoz ma się poprawić, ale może dlatego w lesie panowała cisza, prawie absolutna cisza, jedynie z daleka dobiegały odgłosy ulicy.
Spoglądam w pewnej chwili na zegarek i... masakra gdzieś mi czas uciekł, specjalnie nie wiem jak daleko się oddaliłem, teoretycznie w ciągu godziny mogłem przejść ok 6-8km, jednak focenie skutecznie spowalnia marsz, więc pewnie do bazy nie mam więcej niż 3km. Czasu na powrót mam niewiele, pozostaje jedno - bieg...., w zasadzie to nie pierwszyzna, już zdarzało mi się ganiać po kilkanaście km, jednak tym razem w jednej ręce mam 1.5kg aparatu a w drugiej 0.7kg obiektyw, dziwnie się biega z takim sprzętem, ale jest to możliwe. Przy okazji okazało się, że kontuzja biodra jest już historią, a ja w ciągu 20 min dotarłem do bazy ufff... Po powrocie okazuje się, że część uczestników jeszcze śpi :), więc wyjazd nieco się opóźnia (o ponad godzinę). Żegnamy się z częścią uczestników, a my w składzie Kosma100, T0mas82, Kajman, Niradhara, Kiri, Tymoteuszka i oczywiście Ja.
W Łęce trafiamy na imprezkę z okazji 75-lecia miejscowej Straży Pożarnej, tubylcy chodzą odświętnie ubrani, całość wygląda ciekawie...
i... niestety muszę opuścić tak zacne towarzystwo, mój plan obejmuje wizytę u qmpla na Zagórzu, czasu mam mało, więc żegnam się i jadę dalej sam. W Dąbrowie Górniczej natykam się na Maraton MTB Skandia, który dość skutecznie mnie opóźnia, zamknięte całe centrum, muszę jechać opłotkami, trochę focę, ale znowu czas, czas...., niby niedaleko, ale...
W końcu udaje się dotrzeć do Sosnowca i względnie bez błądzenia docieram na spotkanie. Trochę czasu zajmują nam pogaduchy z całą rodzinką, w efekcie wyjeżdżam w dalszą trasę po 18:00, późno, ale... warto było. Jadę przez Mysłowice, Giszowiec i w końcu docieram do moich lasów, jakoś nie mogę sobie odpuścić lekkiego objazdu po nich :),lubię ten las ten klimat, ten teren, pięknie tu... Wieczorem jeszcze trochę prac przygotowawczych, w końcu jutro do pracy.
Jest piątek, pogoda średnia, wstaję ok. 6:00 i zaczynam przygotowania…, przygotowania do wyjazdu na BSOrient. Dzisiaj jednak zamiast do pracy, wybieram się nieco okrężną drogą do Błędowa. Pierwotny plan był prosty – zaliczyć Ojców, jednak po drodze zmieniam plany, od dawna leży mi wyjazd od zamku Tenczyńskiego i przejazd przez Puszczę Dulowską. Byłem tam ostatnio chyba 3 lata temu na dokładkę z buta, tym razem wybieram się tam rowerowo. Wyjazd dość późno, ok. 10:00 naciskam na pedały i jadę, początkowo wybieram drogę na Lędziny, później zaczynam kierować się na Chełm Śląski, po drodze jak przystało na mnie kilka razy źle skręcam i jadę mocnymi zakosami, później jest już zdecydowanie lepiej, W końcu przez Chrzanów i Trzebinię docieram do puszczy. Coś jest niesamowitego w tym miejscy, jest taki inne, takie spokojne, dzisiaj na dokładkę nie słychać nawet ptaków, ale to pewnie związane jest z pogodą, która jest nijaka, w zasadzie zero słońca, a niebo zasnute jest dość grubą warstwą chmur…, pora na pierwszy krótki odpoczynek przy Ośrodku hodowli zwierzyny w Dulowej.
Ruszam dalej, zamek w Rudnie czeka, czeka na mnie stromy, ale krótki podjazd, kiedyś mnie wykończył, teraz czuję niedosyt, trochę tego jakby mało było…, ale cieszę się, że to już zaliczyłem. Kawałek dalej podjeżdżam pod zamek i… szok, nie Estem pewny czy zabezpieczają ruiny czy próbują odbudować zamek, ale na terenie jest kilkudziesięciu pracowników, o wejściu do środka nie ma mowy, więc kilka fot z zewnątrz muszę odszukać szlak za zamkiem, jest to o tyle trudne, że ścieżka jest przysypana gruzem usuniętym z murów… .
Obchodzę to bokiem i mogę zjechać w dół, teraz pora kierować się na Krzeszowice, po drodze odwiedzam bramę zwierzyniecką, też wygląda jakoś inaczej niż ją zapamiętałem ;).
W Krzeszowicach miały być lody w pobliżu dworca PKP (jedna z najwspanialszych lodziarni jaką znam), jednak z jakiegoś powodu lokal jest zamknięty, trudno, będę musiał się zadowolić czymś innym… . Jest jednak jeszcze jedno miejsce które chcę tu odwiedzić to pałac Potockich, liczyłem na to, że coś się tu zmieniło, jednak nie, wszystko wygląda tak jak było, ruina, tyle, że zakonserwowana…, może nie zostanie zdewastowana bardziej, może w końcu coś się zacznie tutaj dziać, może za kolejne 3 lata…, może, może, może…
Kieruję się na Olkusz i dalej przez Klucze docieram do Chechła, tutaj standardowa chwila odpoczynku na pustyni Błędowskiej, czuję sentyment do tego miejsca i jakoś nie wyobrażam sobie, aby się tutaj chociaż na chwilę nie zatrzymać.
W końcu docieram do Eurokempingu w Błędowie i okazuje się, że jestem jednym z pierwszych…, Na miejscu jest Kosma100, T0mas82, Kajman, Niradhara i Piotr Kiri (jeszcze niezrzeszony na BS). Mamy nieco czasu na krótkie pogaduchy w tym czasie zaczynają docierać kolejni Bikestatsowicze, jest nas coraz więcej, w końcu odpalamy Grilla, zajadamy się karbonowymi kiełbaskami, zapijamy izobronikami i gadamy, gadamy, gadamy… W końcu przed pierwszą w nocy zbieramy się do domków, pora odpocząć, juro czeka nas rajd, rajd na orientację ;)
Zgodnie z prognozami rano leje, może nie jest to oberwanie chmury, ale pogoda jest paskudna, jednak nie dopuszczam innej możliwości dojazdu do Gliwic niż rowerem. W końcu to nie mój pierwszy deszcz, wiem czego się spodziewać, nie jestem z cukru..., dojadę. Trzeba przy okazji sprawdzić jak został wyregulowany rower w końcu wczoraj przeszedł mały remont. Obie zmieniarki działają perfekcyjnie, koło nie ma luzów, w końcu... . Na drogach nie ma specjalnie dużo samochodów, za to Ci którzy wsiedli za kółko są jacyś rozkojarzeni, trzeba było mocno uważać na to co się dzieje, miejscami działy się cuda na drodze. Ps. W weekend będzie okazja przetestować całą konfigurację na jurze na BSOriencie.
Anti Tank Nun "If you are going through hell, keep going"
Wyjeżdżam z pracy, pada, ciągle pada, już to dzisiaj raz przerabiałem, więc żadna nowość, jadę po szosach, spieszy mi się, zadzwonił qmpel i wieczorem szykuje się mały wypad na koncert, koncert o zabarwieniu "lekko" metalowym. W domy szybki obiad, kąpiel, nowe ciuszki i pora lecieć. Dojeżdżamy na miejsce do tyskiego klubu Underground, mamy trochę czasu, jest okazja pogadać (nie widzieliśmy się dobre 3 miesiące), uzupełnić elektrolity - tego mi było trzeba i zaczyna się. Jako suport gra Katowicki zespół J.D. OVERDRIVE i... mają chłopcy powera, dobrze się tego słucha, dobry kawał metalu, grają około godziny, w tym czasie dochodzą maruderzy, na koncert "gwiazdy" - ANTI TANK NUN. W zasadzie chyba pierwszy raz byłem na koncercie zespołu który zagrał całą swoją dyskografię :) (mają w dorobku jedną płytę, ale za to jaką) + kilka zapożyczonych kawałków. Rewelacja. Szokujący jest trochę skład zespołu ale, warto zajrzeć na ich stronę.
Ogólne cała "spontaniczna" wyprawa była bardzo udana, za jakieś 2 tygodnie w tym samym miejscu gra KAT. Może się tam wybiorę ponownie? Zobaczymy...