Porannek dnia czwartego – czyli czwartek ;P Za oknem znowu nieciekawie, chmurzyska, wieje jak diabli z zachodu, jest chłodno, ale nie pada. Dosiadam rower i ruszam standardową, oklepaną już trasą. Standardowo wjeżdżam w Panewnikach w las, Halembę, las, Zabrze Makoszowy, hałdę w Sośnicy. Ciężko to dzisiaj idzie, myślałem, że w lesie nie będzie tak dęło. Niby drzewa trochę chronią przed czymś takim, ale dalej wiatrzysko było odczuwalne. Zatrzymuję się na chwilę przy krzyżu przydrożnym tuż przy wjeździe na hałdę, zastanawiam się kto go tu postawił? W jakiej intencji? Powód pewni był, tyle, że nie ma żadnego napisu, żadnej inskrypcji, po prostu nic. Za to widać, że ktoś o niego dba, jest odmalowany, posadzone kwiaty…
Wybiła 17:00 pora do domu, pora kończyć na dzisiaj, Wychodzę na zewnątrz i zimno..., znowu nieprzyjemnie. Tak szybko jak się da wjeżdżam w las, w zasadzie to na hałdę w Sośnicy a później lasami. Tyle, że dzisiaj jakoś dziwnie cicho, nawet ptaków nie słychać, czyżby cisza przed burzą? Na szczęście chyba nie, za to chęć do kręcenia gdzieś uszła, gdzieś zniknęła. Gdyby nie to że mam rower ze sobą to pewnie wsiadłbym do pociągu, autobusu i poszedł spać na godzinkę. Taki to już był dzisiejszy dzień.
Poranek dość nieciekawy, za oknem gęste chmury, jest chłodno, ok 10 stopni, niefajnie, prognozy wskazują na możliwe deszcze przez cały dzień. Tylko co to zmienia? Do pracy trzeba jakoś dotrzeć, a rowerem jest najszybciej :)
Ruszam. początkowo jest nieźle, jednak już w Piotrowicach zaczyna kropić. Zaczynam się zastanawiać czy nie polecieć po szosach. Będę bardziej mokry, ale za to nazbieram mniej błota. Jednak w Panewnikach znowu odbijam w las :), może ty tylko przelotne, może przejdzie bokiem..., na horyzoncie widać jakby jaśniejsze chmury. Dojeżdżam do Halemby, deszcz coraz większy, w zasadzie zaczyna całkiem nieźle lać i tak już utrzymuje się do końca trasy. W Kończycach nieco zmieniam trajektorię, nie jadę przez starą hałdę, tam będzie błotniście. Kieruję się na ul. Wiosenną i pobliski nasyp kolejowy po którym można spokojnie przejechać. Jeszcze tylko Lasek Makoszowski i wyjeżdżam na szosy w Gliwicach. I o ile w lesie nazbierałem trochę błota to... woda do butów wlała mi się dopiero w Gliwicach na drogach, może dlatego nie lubię nimi jeździć gdy leje? Zresztą chyba tylko w zimie pasują mi szosy ;P
Jest po 17:00, najwyższa pora się zbierać, starczy na dzisiaj. Przebieram się w nie do końca suche wdzianko rowerowe, brrrr...., nieprzyjemnie.
Wychodzę na zewnątrz, pogoda wyraźnie się poprawiła, nie leje, świeci słońce, jednak jest chłodno. Kombinuję którędy pojechać, mam na to ok 4km jazdy. Wybieram trasę nieco zbliżoną do porannej, nieco większy „ES” w Makoszowach, jednak na hałdę w Sośnicy nie pakuję się dzisiaj, za to liczę że stara hałda w Makoszowach będzie już przejezdna i.... nie mylę się. Jedynie trochę błota. Po drodze jednak bardzo nieprzyjemny obrazek, na ul Legnickiej tuż za wiaduktem na wysokości ul. Sejmowej rozwalił się motocyklista, musiało się to zdarzyć max kilka minut wcześniej, sporo gapiów, nie ma jeszcze karetki, pogotowia. Na jezdni masa krwi..., nie wygląda to na kolizję raczej na... głupotę. Pewnie nadmierna prędkość na zakręcie na którym jest ograniczenie do 30km/h. Chociaż przyznaję, że w życiu nie widziałem tam kogoś kto by zwolnił, najczęściej ciśnie się ile fabryka dała bo to dodatkowo na dłuuugim zjeździe.
Reszta trasy już bez drastycznych obrazków, a nawet zrobiło się przyjemnie przy jeździe obok akademików na Ligocie. Zaczęły się Juwenalia.
Poranek, mam problem, by zwlec się z łóżka. W końcu udaje się pozbierać, ruszam ok 7:15, późno, po głowie chodzi mi nawet myśl, aby polecieć szosami, decyzję zostawiam jednak do Panewnik, gdzie... wjeżdżam w las :). Jednak im dalej tym coraz większe ślady po nocnych ulewach. Początkowo tylko trochę kałuż, jednak po minięciu Rudy Śląskiej coraz więcej błota. Do Gliwic dojeżdżam totalnie umorusany, teraz pozostało już wykąpać się i... do roboty. ;)
Koniec pracy, na dzisiaj, mam dość, zmęczył mnie ten dzień..., a jutro pewnie wcale nie prościej. Niemniej mam szansę odreagować na rowerze, wychodzę na zewnątrz i... wieje, jak diabli wieje od wschodu. Ruszam, jadę pod wiatr, rower nie chce się specjalnie toczyć, w końcu mam dość szos, wjeżdżam w las, tutaj już spokojniej, przynajmniej mną tak nie tarmosi. Zatrzymuję się na chwilę widząc kwiaty przy drodze, nie spodziewałem się ich tutaj w pobliżu zjazdu z A4-ki w Kończycach... :) Chwila focenia i do domu. Tam czeka na mnie obiektyw po serwisie, w końcu chyba działa tak jak chcę a nie tak jak on chce... zniknęło paskudne świstanie, zgrzytanie działa poprawnie, trzeba go „przestrzelić”. Więc kilka fotek roślinek z okna na ogniskowej 300mm na tej na której występowały problemy z ostrzeniem. Starczy na dzisiaj. Muszę odpocząć.
Wpis uzupełniony, niestety czasu na coś więcej nie ma. Na chwilę obecną to jedyna rzecz której kompletnie nie posiadam. Poniedziałkowy poranek. Pali mnie skóra, po upalnej niedzieli po Miechowie, lecz cóż zrobić, trzeba jechać do pracy. Wsiadam na rower i ruszam, nie ma na co czekać. Nie ma co kombinować... Myślałem, że będę miał zakwasy, ale nie, nie ma nic, nie wiem jak to działa, w zeszłym tygodniu załatwiłem się na trasie do Tychów, odpuściło dopiero w piątek, a po górkach, owszem czuję zmęczenie ale to tyle...
Wyjazd z pracy ok 17:00. Miało być wcześniej ale nie wyszło, jadę w wariancie terenowym, jest więc hałda w Sośnicy, Makoszowach, Kończycach, las w Halembie, Stara Kuźnia, Panewniki i w końcu dom :) Kolory nieba wskazywały, że coś może spaść, może zacząć padać, jednak jeszcze nie teraz. Lunęło dopiero koło 20:00 i to w sumie niewiele, burza trwała może 15 min. To wszystko.
Kolejny poranek, ostatni wypadowy do Gliwic. Pomimo wielkiej chęci jazdy lasami, łąkami, terenem pojechałem szosami. Głównie dlatego, aby nie usyfić roweru przed weekendem, szanse na mycie są niewielkie przed niedzielnym wyjazdem do Miechowa.
Za to z rana mały zonk. Wychodzę z domu w jednej ręce rower w drugiej śmieci i klucze, wywalam śmieci, wsiadam na rower i jadę. W Gliwicach orientuję się, że... nie mam kluczy... tel. do domu, mały alarm i... są wywaliłem je razem ze śmieciami. uff
Za to sama droga dość przyjemna, cieplutko, suchutko, pomimo sporego ruchu na drogach nie ma żadnej szarpaniny, wyprzedzana na 3-go, wymuszania pierwszeństwa... Dopiero w Zabrzu odbijam na lasek Makoszowski. W Kończycach, jak wielu miejscach Zabrza trwa remont torowisk, dróg itd... . Nie przepadam za korkami, nawet gdy mogę je wyminąć.
Piątek, po pracy wyjazd na Helenkę, szykuje się kolejny weekend na wyjeździe. Jednak dzisiaj w planach mały rozjazd po okolicy. Dojeżdżam na miejsce spotkania, mały przepak i ruszamy z Darkiem w kierunku Zbrosławic. Dzisiaj spotkanie z Olkiem. Trochę kropi, lecz o to dla nas ;P. Na miejsce dojeżdżamy w niezłym czasie - 22 minuty. Na miejscu chwila na rozmowę, ustalamy trasę i... jedziemy za Olkiem. Szybko skręcamy w teren, odwiedzamy okoliczne bunkry, później po starym nasypie kolejowym jedziemy dalej. Po drodze sporo błota, pokrzyw, komarów. Całkiem solidna zaprawa przed wyprawą na Odyseję Miechowicką. Zatrzymujemy się na chwilę w okolicznej knajpce. Piękne miejsce i dziwnie opustoszałe. Jest już ciemno, jest późno, pora ruszyć w drogę powrotną. Żegnamy się z Olem i lecimy na Helenkę.