Powrót do domu... Po Wyprawie na Piękny Wschód...

Poniedziałek, 24 sierpnia 2015 · Komentarze(2)
Wczesny poranek...  pakuję się, czas ucieka niesamowicie... Gdy ruszam jest 7:38... późno... o ósmej muszę być w Tomaszowie by pożegnać się z moją współtowarzyszką podróży na Piękny Wschód.... 
Trochę na wariackich papierach wsiadam na rower i pędzę ile się w nogach... jedzie się dziwnie łatwo...może z górki... ale nie... to coś innego... jadę z wiatrem.... teraz mnie wspomaga, ale gdy będę jechał do domu... oj będzie ciężko...
Melduję się na placu Kościuszki... Karolina już jest rozmawia ze znajomym :)...

Chwila powitania... troszkę rozmawiamy..., czas szybko umyka... powoli zbliża się dziewiąta... Karolina musi iść do pracy... a ja mam przed sobą kilka kilometrów do przejechania... 
Chwila pożegnania trochę się przeciągnęła... już umawiamy się na kolejną wyprawę, kiedyś... może niedługo... 

Każdy rusza w swoją stronę, ja wracam do Smardzowic... a w zasadzie przez nie...  Zatrzymuję się na chwilę przy sklepie, szybkie zakupy... Pepsi zamiast porannej kawy... 
Wczoraj wieczorem rozrysowałem sobie drogę powrotną, nie jadę najkrótszą drogą do Katowic, jadę na Częstochowę a tam w zależności od pory i samopoczucia albo pojadę przez Woźniki, albo... wpakuję się do pociągu Kolei Śląskich... na tą chwilę jeszcze nie wiem co będzie... 

Ruszam spod sklepu... Zakładam, że po drodze nie będę nigdzie wchodził i odbijał na boki, mam spory kawałek drogi na dokładkę wieje od południa... więc większość trasy będę miał pod wiatr... Pamiętam jak to było przy dojeździe do Hajnówki jak wiatr nas wykończył... Boję się, że będzie podobnie... Ale jadę... kierunek Twarda, po około kilometrze słyszę, że coś mi spadło, chwilę później słyszę chrupnięcie... Odwracam się... już wiem co się stało... Po rak kolejny zostawiłem wpięte w sakwy okulary, tym razem spadły na jezdnię, a samochód jadący za mną rozjechał je... Ech... To był prezent... :(

Jadę dalej, mijam Małe Końskie, kieruję się na Błogi Rządowe i dalej Szlacheckie, tutaj po raz pierwszy robię króciutką przerwę na focenie... :) i jadę dalej... 

Kościół parafialny pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja
Kościół parafialny pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja © amiga

Wiatr jest paskudny, muszę z nim walczyć o każdy kilometr, na dokładkę czuję, że coś mi się w żołądku przewraca, to chyba Pepsi tak na mnie działa... Po drodze znów zatrzymuję się przy kościołach... sam nie wiem czemu... pewnie to dlatego, że są najbardziej widoczne i najbardziej rzucają się w oczy... Ich konstrukcja jest ciekawa, a poza tym jak wspomniałem to założenie było takie, że focę tylko to co będzie po drodze... 

Więc kilka zdjęć w Dąbrowie nad Czarną
Parafia Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Dąbrowie nad Czarną
Parafia Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Dąbrowie nad Czarną © amiga

Nieco dalej w Dąbrówce, znów trafiam na kościółek :)
Parafia św. Rozalii w Dąbrówce
Parafia św. Rozalii w Dąbrówce © amiga

Za to w Skotnikach wpierw podjeżdżam pod drewniany kościółek, a później do sklepu... tutaj kupuję mleko... i wypijam na miejscu licząc na to, że rozwiąże to problem bólu żołądka... Sprzedawca coś na mnie dziwnie się patrzał, pewnie normalnie tutaj tylko wino i piwo tak się pija :) Cóż... widocznie jestem inny ;P

Parafia Niepokalanego Poczęcia NMP w Skotnikach
Parafia Niepokalanego Poczęcia NMP w Skotnikach © amiga

Dzwonnica przy kościele
Dzwonnica przy kościele © amiga

Koniec laby, jadę dalej przed Faliszewem zaskakuje mnie budynek, wygląda n a stary młyn wodny, ale na mapie nie ma po nim śladu... Jakaś niedoróbka, czy jednak to nie jest młyn?

Młyn wodny przed Faliszewem, chociaż pewności nie mam
Młyn wodny przed Faliszewem, chociaż pewności nie mam © amiga

Z grubsza poruszam się wzdłuż Pilicy... zahaczam o kolejne miejscowości by w końcu wjechać do Przedborza... Pierwotnie chciałem poświęcić więcej czasu na to miasto, pamiętając zdjęcia na blogu Karoliny, ale wiem że czas goni... chcę maksymalnie pociągnąć ile się da, rezygnuję nawet z obiadu przynajmniej do Częstochowy, by zyskać na czasie... Będę się żywił bananami, i wszystkim co znajdę w sklepach przy drodze... 

W przedborzu szybka fota Pilicy i przylegającego do niej budynku, jak się później dowiedziałem Domu Weselnego, ciekawe czy powstał od podstaw, czy to wykorzystanie czegoś co było już wcześniej?

Pilica i po prawej Dom Weselny w Przedbórzu
Pilica i po prawej Dom Weselny w Przedbórzu © amiga

Trochę za Przedborzem odbijam na Zachód, w końcu wiatr mam z lewej strony mam go z boku... Zdecydowanie lepiej się jedzie. W pobliżu Chełmna zaskakuje mnie coś przy stadninie koni... Jakaś kaplica? Chyba nie... Nie mam pojęcia co to może być... 

Coś.... przy stadninie w Chełmnie
Coś.... przy stadninie w Chełmnie © amiga

Jadę na Radomsko, zaczynam dopuszczać opcję wpakowania się w tym mieście do pociągu i podjechania do Częstochowy... :)... jednak nie... nie teraz....  Omijam Radomsko od południa... Przejeżdżam w pobliżu jednego z wyremontowanych peronów... Chyba w Bobrach... 

Za stacją kombinuję jak dalej pojechać, sprawdzam mapę, sprawdzam na mapach OSMAnd... i nic ciekawego nie ma ... muszę odbić nieco na północ.... i zawrócić jakieś 2 km dalej, dziwny myk... Po drodze zaczynam szukać sklepu... znów by się przydał.. Strasznie chce mi się pić... Niby nie jest upalnie, ale jednak... gorąco czuję... 

Stacja PKP... w sumie mogłem poczekać na pociąg :)
Stacja PKP... w sumie mogłem poczekać na pociąg :) © amiga

W Szczepocicach Rządowych rozglądam się za miejscem bazy BikeOrienty sprzed chyba roku :), ale pamięć mnie zawodzi.... Przejeżdżam nad Wartą... masakra jak mało wody... Gdy byliśmy tutaj z Darkiem Warta była mocno rozlana po okolicy..
W Szczepocicach Prywatnych wpadam na głupi jak się później okaże pomysł by skrócić sobie trasę przez niebieski szlak rowerowy... początkowo jest ok, droga pomiędzy polami, później leśna, ale to co mam dalej... jeży włos na głowie... zresztą nie tylko na głowie... To trasa rodem z zawodów MTB... Droga usiana jest wyrwami po metr, czasami więcej... jadę po garbie i modlę się by rower mi się nie ześlizgnął... bo będzie nieciekawie... Myślałem, że talki odcinek będzie krótki ale ciągnie się i ciągnie... jakieś 8 km... walki jeszcze sakwy na bagażniku...

Warta w okolicach Szczepocic Rządowych
Warta w okolicach Szczepocic Rządowych © amiga

W Witkowie staję przy pierwszym i chyba jednym sklepie... muszę odsapnąć 5 minut, przy okazji uzupełniam zapasy... wodę... 
Po chwili ruszam w dalszą podróż, 120 km za mną... Znów odbijam na południe i znów czuję wiatrzysko...
Zatrzymuję się znów przy kolejnych kościołach w Kruszynie i Borownie

Kościół p.w. św. Macieja w Kruszynie
Kościół p.w. św. Macieja w Kruszynie © amiga
Jakiś pałac w Kruszynie
Jakiś pałac w Kruszynie © amiga
UM w Kryszynie
UM w Kryszynie © amiga
Parafia p.w. Św. Wawrzyńca w Borownie
Parafia p.w. Św. Wawrzyńca w Borownie © amiga

Ale jadę na na Kościelec i Rędziny... W tej drugiej miejscowości pakuję się na 91, niby teraz prosta droga do Częstochowy, ale... drogowcy postanowili zerwać asfalt, zrobili wahadło... jaja jakieś... nie ma nic, chodnika, pobocza, są tylko dołu... piasek... 
Spoglądam na mapę i widzę jakąś drogę równoległą.. odpalam nawigację, wygląda na to, że powinno to być przejezdne... więc korzystam z tego objazdu :) Wkrótce kluczę po Częstochowie, po ścieżkach rowerowych... Gdy trafiam na Kościół św Jakuba robię krótką przerwę przy nim... Dopijam resztki wody... Wiem jedno... dalej dzisiaj na rowerze nie jadę... 
Kierunek Dworzec PKP...

Kościół św. Jakuba w Częstochowie
Kościół św. Jakuba w Częstochowie © amiga

Widać Jasną Górę
Widać Jasną Górę © amiga

Chwila poszukiwań i jestem na Dworcu PKP... Mam trochę czasu do pociągu, jestem głodny, jestem spragniony... Więc wpierw szybka wizyta w sklepie... 2l Muszynianki kupione... Teraz coś zjeść i to najlepiej w pobliży... widzę jakąś knajpkę... z ogródkiem, jest mi wszystko jedno co to będzie, byle dużo i ciepłego... 
To... chińczyk.... 
Chwila rozmowy z właścicielem, chińczykiem świetnie mówiącym po polsku... i proponuje mi kurę z warzywami... 10 minut później już jem... jest naprawdę dobre... Po 30 minutach lecę na dworzec, kas nawet nie chce mi się szukać,  trwa remont dworca... są jakieś oznaczenia ale ganianie z rowerem z sakwami po schodach tam i z powrotem nie pasuje mi... już wolę dopłacić u konduktora... 

Pociąg już czeka... pakuję się do środka... jadę na Śląsk, jadę do Katowic... czuję zmęczenie...


W Katowicach na dworcu chwilę się zbieram, po drodze m.in. w Dąbrowie Górniczej padało, radary meteo pokazują, że chmury deszczowe krążą po okolicy... Więc ile sił w nogach jeszcze zostało, gnam do domu... 30 min później mogę usiąść na czymś innym niż siodełko... Jeszcze tylko gorąca kąpiel i mogę iść spać... 

To.... definitywny koniec wyprawy... Ostatni dzień tym razem samotnej podróży... Pozostały wspomnienia... i ochota na kolejną wielką wyprawę w towarzystwie Karoliny

Komentarze (2)

Tymoteuszka Mam taką nadzieję, że jeszcze gdzieś uda się pojechać.... Sakwy czekają... :)

amiga 12:50 poniedziałek, 14 września 2015

Piękny, długi i trudny odcinek drogi, a ile atrakcji po drodze....przynajmniej nie nudziłeś się za mocno ;)
Piękny wpis, czyta się go tak swobodnie.
Dziękuje wspólną podróż, będzie następna, zobaczysz ;) Gdzie? zobaczymy.

Tymoteuszka 12:37 poniedziałek, 14 września 2015
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa ylisz

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]